bmc3i
06.04.20, 22:47
Słuchałem w NPR wywiadu ze współwłaścicielem i CEO największego amerykańskiego przedsiębiorstwa produkującego maski na twarz. Twierdził że dziennie dostaje ok. 5000 emaili z zamówieniami na maski, czy jak tam mówicie "maseczki" - przeważnie ze szpitali. Zamówienia są na od kilku tysięcy, do kilku milionów. Nie może zaspokoić ich wszystkich natychmiast, bo nie ma wystarczających mocy produkcyjnych.
Na pytanie dziennikarki, czy nie może zwiększyć tych mocy, odpowiedział że absolutnie nie wchodzi to w grę, bo firm już to przećwiczyła w 2006 roku, podczas poprzedniej epidemii. Zwiększenie mocy produkcyjnych wymaga bowiem zakupu nowych maszyn, zatrudnienia nowych pracowników, zapewnienia im odpowiedniego trening u i szkolenia, tymczasem kryzys kiedyś sie skończy. Jak twierdził, podczas poprzedniego kryzysu, zakupił dodatkowe maszyny, zatrudnił dodatkowych pracowników, a potem gdy kryzys minął, firma praktycznie zbankrutowała.
Musiała zwolnić ponad 120 pracowników, czyli więcej niż wcześniej zatrudnili, i ledwo obroniła się przed bankructwem. Bo jak tylko skończył sie kryzys, wszyscy zaczęli kupować tańsze maski z Chin, nie zaś produkowane lokalnie w kraju. Więcej - jak powiedział - takiego błędu nie powtórzymy. Robi co może, twierdził, aby maksymalnie zwiększyć poziom produkcji, ale przy pomocy tych środków i zasobów które ma, bez pozyskiwania żadnych dodatkowych.
Trudno nie zrozumieć takiego podejścia - człowiek musi myśleć nie tylko o tym co dziś, ale i co jutro. Bo jeśli dalej będziemy mieli taką globalizację jaka mamy, do niczego dobrego to nie doprowadzi. Przy czym myślę że problem z maskami w Europie bierze się z dokładnie tych samych przyczyn. Że lokalni europejscy producenci, gdy nie ma kryzysu nie są w stanie wytrzymać taniej konkurencji z Chin, a gdy wybuchnie kryzys, wtedy jest problem, bo nie ma komu produkować.