Dodaj do ulubionych

Polska a Afganistan

IP: *.recluce.one.pl / 192.168.0.* 30.11.02, 14:14
Czytałem ciekawą dyskusję o Wietnamie coś dodam z innego frontu
ponoć w początkowym okresie interwencji w Afganistanie przemyśliwano w
Moskwie o "zaproszeniu" kilku krajów w tym i Polski do pomocy...
Nasi mieli szanse już 20 lat temu zobaczyć przyjazną afgańską ziemię .
Dziadek opowiadał mi iż ponoć na 1946 były plany skorzystania z naszych w
razie akcji Armii Czerwonej w Japonii , dziadek był silnie nastawiony
antykomunistycznie więc może wymyślił to tylko.
Acha jeszcze jedno słyszał kto może o polakach w SS ?
Z pewnością byli w łotewskiej ss , kilkunastu górali też , Himler myślał o
brygadzie Polskiej ale mu Hitler zabronił słyszałem też o dużej ilości
polaków w SS Galizien ? niektóre formacje nawet 20 % mam nadzieje że macie
jakieś informacje .
Obserwuj wątek
    • dreaded88 Długaśny cytat 30.11.02, 15:00
      "Ktoś wizytujący oddziały niemieckie na froncie wschodnim zdziwiłby się, jak
      wielu żołnierzy mówiło słabo (lub w ogóle) po niemiecku. Byli to zarówno
      przymusowo powołani do armii Niemcy etniczni - z Polski, Belgii, Słowenii,
      Francji, Węgier, Rumunii, jak i ponad milion ochotników nie posiadających
      niemieckich korzeni. Pochodzili zarówno z państw okupowanych, jak
      sprzymierzonych przeciw Hitlerowi czy neutralnych: Szwajcarii, Hiszpanii,
      Portugalii, Szwecji, Turcji. Zdarzali się Arabowie, Irlandczycy, obywatele USA
      i Kanady. Niewielu było Polaków. Co o tym sądzić? Fakt, że nie było w
      Wehrmachcie oddziałów polskich, zawdzięczamy w największej mierze zdecydowanemu
      oporowi Polaków wobec współpracy z okupantem. Z drugiej jednak strony
      propozycje utworzenia polskich formacji, wysuwane przez środowiska gotowe do
      kolaboracji, były aż do końca 1944 r. kategorycznie odrzucane przez Berlin.
      Pierwsze pomysły powołania takich oddziałów pojawiły się bezpośrednio po
      zakończeniu kampanii wrześniowej w warunkach głębokiego rozczarowania i
      zbiorowego stresu. Jest ziarno prawdy we wspomnieniach germanofila Władysława
      Studnickiego, który napisał, że jesienią 1939 r. przychodzili do mnie ludzie z
      różnych środowisk społecznych, reprezentujących różne kierunki polityczne.
      (...) Uważali oni, że należałoby pertraktować z Niemcami, utworzyć Komitet
      Narodowy, wysłać do Berlina jakąś delegację, że trzeba ratować, co się da.
      Mówili, że jest moim obowiązkiem wziąć sprawy w swoje ręce". Płaszczyzną
      porozumienia miał stać się spodziewany konflikt niemiecko-radziecki. "Nie macie
      materiału ludzkiego - tłumaczył Niemcom Studnicki - aby obsadzić to terytorium
      i zabezpieczyć wasze linie komunikacyjne. Zatem bez odbudowy Polski, bez
      odtworzenia wojska polskiego wojnę z Rosją przegracie". Propozycje zawarł w
      złożonym 20 listopada 1939 r. "Memoriale w sprawie odtworzenia Armii Polskiej i
      w sprawie nadchodzącej wojny niemiecko-sowieckiej". Armia owa, powołana przez
      choćby prowizoryczny polski rząd, w ewentualnym pochodzie na Rosję obsadziłaby
      tereny do Dniepru, Niemcy zaś po Don i Kaukaz. Wyszukaniem odpowiednich
      oficerów, wykazujących "zrozumienie niebezpieczeństwa", zajęłaby się stworzona
      przez Studnickiego organizacja. Pomysłodawca zauważał jednak, że oddziały
      mogłyby walczyć wyłącznie na wschodzie. "Nie może być jednak powodu do żadnych
      obaw ani żadnych wątpliwości, gdy hasłem będzie: "Wojna przeciw Rosji" -
      albowiem największym nieszczęściem dla narodu polskiego byłoby znalezienie się
      całej Polski pod panowaniem Rosji Sowieckiej". Poza tym kilka dywizji piechoty
      i kawalerii, pozbawionych broni pancernej i lotnictwa, nie zagrażałoby Rzeszy.
      Niemcy mówią nie Niemcy byli jednak innego zdania. Hans Frank kategorycznie
      zakazał rozpowszechniania memorandum, zwłaszcza wśród oficerów Wehrmachtu.
      Niezrażony Studnicki przesłał w styczniu 1940 r. zarówno ten memoriał jak i
      kolejny, protestujący przeciw brutalizacji polityki okupantów, m.in. Hitlerowi,
      Göringowi i Goebbelsowi. Minister propagandy spotkał się niebawem ze
      Studnickim, nie pozostawiając mu żadnych złudzeń: "Wiem, że zawsze był pan
      wrogiem Rosji - mówił. - (...) Ale dziś jest pan dla nas niewygodny, może pan
      nam zaszkodzić albo nawet być niebezpieczny". Należałoby się zastanowić, czy
      gdyby Niemcy zaakceptowali propozycję Studnickiego, znalazłby ochotników.
      Wydaje się - choć to jedynie nie poparta źródłami intuicja historyka - że tak.
      Skoro w tym samym czasie udało się bez większych trudności wyselekcjonować w
      obozach radzieckich grupę oficerów polskich gotowych do współpracy, to podobna
      próba podjęta w oflagach i stalagach niemieckich byłaby również uwieńczona
      sukcesem. Należy przypuszczać, że w pierwszych miesiącach okupacji, kiedy
      dopiero rozwijała się spirala terroru i gwałtu, zapewne udałoby się znaleźć
      chętnych również "na wolności". Wydawało się, że właściwy czas nadszedł latem
      1940 r., wraz z widocznym narastaniem napięć między ZSRR a Niemcami. Na
      początku lipca 1940 r. Ludwik Landau zanotował w swojej "Kronice", że
      pojawienie się megafonów warszawska ulica tłumaczyła spodziewanym ogłoszeniem
      przez nie "wezwania do wstępowania do wojska, do jakichś oddziałów, tworzonych
      przeciw bolszewikom, istotnym wrogom Polski". Rozchodziły się plotki, że gdzieś
      na prowincji werbunek już się zaczął. Nastroje takie musiały być stosunkowo
      powszechne, skoro mieszkający w Grodzisku Mazowieckim Stanisław Rembek,
      człowiek wywodzący się z PPS, tłumaczył spotkanemu na ulicy Wacławowi
      Sieroszewskiemu, że "jednak należałoby zacząć paktować z Niemcami, żeby
      ratować, co się jeszcze da z żywiołu polskiego, i żeby mieć jaką taką siłę
      zbrojną na wypadek powszechnej rewolucji bolszewickiej, która według mnie grozi
      bardzo w związku ze spustoszeniem całej niemal Europy". Autor "Wyroku na
      Franciszka Kłosa" nie znalazł uznania u starego pisarza. Natomiast spotkany
      tego samego dnia Ferdynand Goetel nie tylko zgodził się z nim, ale stwierdził
      wręcz, "że już coś robi w tym kierunku, ale wcześniej nie zacznie się, jak
      dopiero na jesieni". Kiedy rok później wojna rzeczywiście wybuchła, Niemcy nie
      skorzystali z kolejnej oferty Studnickiego "mobilizowania Polaków", a nasz
      czołowy germanofil znalazł się (na ponad rok) na Pawiaku. Jednakże latem 1941
      r. ustawiono w kilku miejscach Warszawy olbrzymie ekrany, na których pokazywano
      krótkometrażówki, m.in. o cudzoziemskich ochotnikach udających się na front
      wschodni. "Cała Europa walczy z bolszewizmem... - brzmiał komentarz - (...) U
      boku żołnierza niemieckiego są Włosi, Hiszpanie, Belgowie, Norwegowie,
      Holendrzy, Duńczycy, Chorwaci, Słowacy, Węgrzy i Rumuni. A ty gdzie jesteś,
      Polaku?". Po kontrakcji małego sabotażu Niemcy zaprzestali pokazywania filmu.
      Niemcy zmieniają front Jego prezentacja nie była zapewne wybrykiem jakiegoś
      nieodpowiedzialnego propagandzisty, ale świadomą - i najprawdopodobniej
      nieuzgodnioną z Berlinem - decyzją władz Generalnego Gubernatorstwa, które co
      pewien czas łagodziły terror, czyniąc pozory porozumienia z Polakami. Podobnie
      było wiosną 1943 r., kiedy niemiecka propaganda w GG próbowała, szermując
      hasłami zagrożenia bolszewicko-żydowskiego, zdyskontować sprawę katyńską. Od
      połowy maja 1943 r. w "Nowym Kurierze Warszawskim" obok wykazu pomordowanych
      oficerów zamieszczano - preparowane lub nie - listy do redakcji wzywające do
      walki z "żydokomuną". "Jakiś autor takiego listu - zanotował Landau 29 maja
      1943 r. - woła w natchnieniu, że idzie na front walczyć z Żydami i bolszewikami
      i wzywa ogół Polaków do pójścia w swoje ślady - pierwsza taka wyraźna próba
      werbunku". Pojawiła się pogłoska, że dowodzenie polskiego legionu
      antybolszewickiego zaoferowano gen. Bortnowskiemu, który jednak odmówił. W
      oficjalnej prasie nie brakowało entuzjastycznych doniesień o oddziałach
      Andrieja Własowa i tłumnie zgłaszających się do dywizji SS-Galizien Ukraińcach,
      podkreślając, jak liczna jest wśród nich dawna kadra Wojska Polskiego.
      Odpowiednie rozegranie "sprawy polskiej" planowano jednocześnie w
      rywalizujących kręgach hitlerowskiego establishmentu. Zapewne nie było dziełem
      przypadku, że jednego dnia - 19 czerwca 1943 r. - aż dwóch dygnitarzy
      przedstawiło Hitlerowi pomysł powołania Polaków pod broń. Pierwszym był szef SS
      i policji Heinrich Himmler, który nie uczynił tego bez wcześniejszego
      uzgodnienia z generalicją. Drugim był Hans Frank, tłumaczący, że Katyń tworzy
      ku temu odpowiednią atmosferę. W obu przypadkach odmowa Hitlera była
      kategoryczna. Frank bojąc się o swą nadwątloną pozycję nasilił terror do
      niespotykanych dotąd rozmiarów. W koszmarze okupacji pokutował jednak pogląd,
      że jedyną ochroną przed nadciągającą "burzą od wschodu" są Niemcy.
      Reprezentowała go część polskiego społeczeństwa, zwłaszcza (choć nie wyłącznie)
      ze sfer mieszczańskich, dla których - jak notował 25 września 1943 r. Landau -
      "bolszewizm po
    • dreaded88 Długaśny cytat - vol.2 30.11.02, 15:03
      jak notował 25 września 1943 r. Landau - "bolszewizm pozostał uosobieniem
      skrajnego i niemal jedynego zła: wychodząc obronną ręką z trudności
      gospodarczych życia pod okupacją, mniej może od innych dotknięte terrorem
      politycznym, gotowe jest widzieć nawet w Niemcach mniejsze zło niż w
      bolszewikach". Nowe posunięcia propagandy - odpowiednio dobrane (lub
      spreparowane) listy i zeznania polskich jeńców i dezerterów spod Lenino,
      informacje o poborze na Łotwie i w Estonii odczytywano jako zapowiedź podobnego
      kroku i w Polsce. Plotki takie nasiliły się po przekroczeniu w styczniu 1944 r.
      dawnej granicy polskiej przez Armię Czerwoną. Około 20 stycznia w Warszawie
      rozeszły się pogłoski o powstaniu w Sarnach rządu komunistycznego.
      Jednocześnie - zauważył kronikarz - "uznaniem cieszy się zwłaszcza pogłoska o
      pójściu Polaków z Niemcami na bolszewików - a więc o poborze zarządzonym już
      przez Niemców, i to... w porozumieniu z aliantami". Od wiosny 1944 r. można
      było zauważyć zelżenie terroru. Władze GG wstrzymały publiczne egzekucje, a
      represje - w dalszym ciągu krwawe - tłumaczono koniecznością wojenną. Niemcy
      szukali dróg porozumienia z różnymi sferami społeczeństwa polskiego. Według
      sprawozdań Delegatury Rządu, szefowie Gestapo w Radomiu, Lublinie, Przemyślu i
      Tarnowie czynili pojednawcze gesty w stosunku do Polaków, próbując skłonić ich
      do wspólnej akcji antykomunistycznej. Próbowano - bezskutecznie - namówić
      Wincentego Witosa do wydania odpowiedniej odezwy. W marcu 1944 r. utworzenia
      oddziałów polskich miał się ponownie domagać w rozmowie z gubernatorem
      warszawskim Fischerem Władysław Studnicki. Z datą 17 kwietnia 1944 r. ukazał
      się w Krakowie (choć z powodów propagandowych jako miejsce wydania podano
      Racławice) pierwszy numer pseudokonspiracyjnego, w rzeczywistości całkowicie
      sterowanego i kontrolowanego przez Niemców pisma "Przełom". Na jego łamach
      m.in. Feliks Burdecki i Jan Emil Skiwski nawoływali do wspólnej z Niemcami
      walki z bolszewizmem, sugerując, że część podziemia myśli podobnie. Zwerbować
      Polaków! Działania nie ograniczały się jedynie do papierowej propagandy i
      problem polskich oddziałów dotarł na najwyższe szczeble władzy. Chociaż 19 maja
      1944 r. Berlin podtrzymał "w zasadzie" zakaz werbowania Polaków, to jednak
      Himmler uznał utworzenie przez nich własnych formacji za możliwe. Dwa dni
      później Hitler zdecydował, że tylko Ukraińcy i Białorusini - byli obywatele
      polscy - mogą być przyjmowani do oddziałów pomocniczych Wehrmachtu. Wydaje się,
      że ani Hans Frank, ani niektóre sfery wojskowe nie uznały tej decyzji za
      ostateczną, czekając na odpowiedni moment. Jak wiosną 1943 r. pretekstem do
      podjęcia gry była sprawa katyńska, tak jesienią 1944 r. - powstanie
      warszawskie, po którego upadku podjęto próbę pozyskania Polaków. Z jednej
      strony kokietowano podziwem dla odwagi powstańców, tłumacząc jednocześnie ich
      walkę jako przejaw antykomunizmu. Z drugiej rozwodzono się nad
      wspaniałomyślnością Niemców za to, że przyznali żołnierzom AK prawa
      kombatanckie. Rozpuszczano pogłoski, że część oddziałów podziemia zdecydowała
      się na wspólną walkę z bolszewikami (w czym wiernie sekundowała propaganda po
      drugiej strony frontu). Próbowano wykorzystać bynajmniej nierzadką na przełomie
      lat 1944-1945 niechęć części społeczeństwa do podziemia, na którego władze
      zrzucano winę za klęskę powstania, zniszczenie miasta, tysiące ofiar, wygnanie.
      Hans Frank znowu przekonywał Berlin o pożytkach płynących z werbunku Polaków.
      Tym razem nie natrafił na opór. 24 października - dwa dni przed uroczystościami
      pięciolecia GG - Naczelne Dowództwo Wojsk Lądowych ogłosiło, że Hitler zgodził
      się w końcu na użycie Polaków w oddziałach pomocniczych Wehrmachtu. Polscy
      ochotnicy mieli nosić mundury niemieckie, wyróżniając się opaską na ramieniu z
      napisem "im Dienst der deutschen Wehrmacht" (w służbie niemieckich sił
      zbrojnych). Jeszcze przed oficjalnym ogłoszeniem werbunku w jednej z
      krakowskich drukarni przygotowano afisze przedstawiające odkładającego łopatę
      polskiego robotnika, któremu żołnierz niemiecki wręcza karabin. Napis
      tłumaczył, że Polacy przez "masowy i dobrowolny" udział w kopaniu okopów
      zasłużyli na walkę z bronią w ręku. Pogłoski przedostały się do miasta,
      wywołując olbrzymie zaniepokojenie. Prezes Rady Głównej Opiekuńczej Konstanty
      Tchórznicki interweniując 2 listopada u władz niemieckich dowiedział się, że
      ogłoszenie powszechnego poboru nie wchodzi w rachubę, jest to tylko werbunek
      ochotniczy. Konfidencjonalnie poinformowano, że Wehrmacht nie przywiązuje
      większego znaczenia do tego pomysłu Franka i nie liczy na specjalne powodzenie.
      Wbrew takim deklaracjom, władze wojskowe poświęciły zasadom werbunku wiele
      uwagi i zadbały o odpowiedni wydźwięk propagandowy. Ostatecznie dowództwo
      Heeresgruppe Mitte ogłosiło 4 listopada 1944 r. pryncypia użycia Polaków.
      Oddziały miały liczyć początkowo 12 tys. ochotników, przy czym podkreślano
      dobrowolność zgłoszeń. Kategorycznie zakazano stosowania pogardliwego
      terminu "siły pomocnicze" (HiWi), starając się przekonać Polaków, że będą
      traktowani jak prawdziwi żołnierze Wehrmachtu. Zabroniono również kontaktów z
      oddziałami ukraińskimi lub rosyjskimi oraz prowadzenia jakichkolwiek rozmów
      politycznych z ochotnikami, wobec których należało reprezentować jeden
      pogląd: "Niemieckie Siły Zbrojne prowadzą do ostatniego żołnierza decydującą
      walkę o ochronę Europy przed bolszewizmem. Każdy uczciwy pomocnik w tej
      bezwzględnej walce jest witany jak kamrat". Zalecano przyjmowanie każdego
      między 16 a 50 rokiem życia, jeśli przejdzie przez komisję lekarską. Ochotnicy
      zobowiązywali się do służby czteromiesięcznej lub do końca wojny. Tylko ci
      ostatni mieli złożyć przysięgę: "Składam wobec Boga tę świętą przysięgę, że w
      walce o przyszłość Europy w szeregach niemieckiego Wehrmachtu będę bezwzględnie
      posłuszny Naczelnemu Dowódcy Adolfowi Hitlerowi i jak dzielny żołnierz jestem
      gotowy w każdej chwili poświęcić życie dla tej przysięgi". Uzbrojenie oddziałów
      przewidziano dopiero po dwumiesięcznym okresie próbnym i poddano bardzo ostrym
      rygorom. Kandydatom obiecywano te same uprawnienia co "normalnym" żołnierzom -
      troskliwą opiekę duchową (ze swobodą praktyk religijnych), identyczne
      zaopatrzenie w środki spożywcze, możliwość zakupów po niskich cenach, opiekę
      lekarską. Ochotników objęto ubezpieczeniem na wypadek zranienia lub śmierci.
      Wdowy i sieroty miały otrzymywać stałe zasiłki. Żołd nie był zbyt wysoki -
      szeregowiec 90 zł, kapral - 108, plutonowy 150-210 zł. Wyższych szarż dla
      Polaków nie przewidziano. 471 ochotników Co jednak charakterystyczne, zarówno
      plakaty jak gazety (np. "Goniec Krakowski" z 17 i 19-20.11.44) ogłaszały o
      naborze tylko do "polskiej służby pomocniczej przy niemieckich siłach
      zbrojnych". Dzień po ukazaniu się pierwszej wzmianki, 18 listopada, sfilmowano
      przemarsz ulicami Krakowa oddziału 30 mężczyzn i 15 kobiet ubranych w
      niemieckie mundury i śpiewających polskie piosenki wojskowe. Najpierw w
      Krakowie, a następnie w innych miastach i miasteczkach GG utworzono biura
      werbunkowe, nieraz, jak np. we Włoszczowej, udekorowane zielenią, biało-
      czerwonymi sztandarami i godłami polskimi. "Jednakże zaciąg do tej służby
      ochotniczej - pisano w raporcie Delegatury - idzie ciężko i daje rezultaty
      minimalne. W pewnym stopniu uzyskano je tylko w obozach i więzieniach. Do
      Krakowa przywieźli Niemcy grupę 50 młodych mężczyzn, rzekomo "ochotników",
      którzy stanowią akcję propagandową. Ludzie ci pochodzą z Warszawy, przeszli
      przez obóz w Pruszkowie i przez Oświęcim, skąd wysłano ich do obozu pod
      Wrocławiem, gdzie zostali zmuszeni do "ochotniczej" służby w wojsku niemieckim.
      Z prowincji nadchodzą wiadomości, że w licznych wypadkach lokalne władze
      okupacyjne zmuszają do zgłoszeń, w innych zaś miejscowościach rozgłaszają, że
      nastąpiło porozumienie polsko-niemieckie i że wysz
    • dreaded88 Długaśny cytat - vol.3 30.11.02, 15:04
      Z prowincji nadchodzą wiadomości, że w licznych wypadkach lokalne władze
      okupacyjne zmuszają do zgłoszeń, w innych zaś miejscowościach rozgłaszają, że
      nastąpiło porozumienie polsko-niemieckie i że wyszedł rozkaz do członków AK,
      aby zasilali szeregi nowej niemieckiej formacji przeciw bolszewikom". Do
      początku grudnia w całym Generalnym Gubernatorstwie według danych Delegatury
      udało się pozyskać jedynie 471 ochotników. Nic też dziwnego, że liczono przede
      wszystkim na wspomnianych więźniów. W Krakowie numerację zgłaszających się
      miano rozpocząć od 5000, wcześniejsze miejsca rezerwując dla "ochotników" z
      obozów. W więzieniach w Piotrkowie i na Montelupich w Krakowie próbowano
      namawiać więźniarki, z nikłym jednak skutkiem. Ewentualnych chętnych zrażał też
      coraz brutalniejszy sposób werbunku (np. pod Radomiem organizowano łapanki i
      odmawiających zapisywania się - kierowano do kopania okopów) oraz mało zgodne z
      obietnicami traktowanie rekrutów. Np. 170-osobowa kompania z koszar na ul.
      Zwierzynieckiej w Krakowie otrzymała mundury słowackie, a wprowadzenie
      bezwzględnego drylu i niemieckiej komendy szybko doprowadziło do dezercji.
      Słabe wyniki werbunku skłoniły z jednej strony do próby rozszerzenia go na
      ziemie włączone do Rzeszy. Spotkało się to z odmową Berlina, gdzie uznano, że
      Polacy są ważniejsi jako robotnicy niż żołnierze. Z drugiej skierowano uwagę na
      młodzież, przeznaczoną do obsługi dział przeciwlotniczych i łączności. Akcja
      miała być prowadzona pod hasłem: "Młodzież polska chce naprawiać błędy ojców i
      dać Polsce możność rozwoju". Według doniesień Delegatury, z niewielkiej grupki
      z Warszawy udało się utworzyć tzw. Polski Hufiec Lotniczy, który przeszkolono w
      Rzeszy. Polskich formacji nie zdążono jednak użyć - ofensywa zimowa ruszyła
      zbyt szybko (zresztą ochotnikom nawet nie wydano broni). Ostatnią - całkowicie
      absurdalną - próbę rzucenia Polaków do walki podjął w marcu 1945 r. Studnicki,
      apelując do Himmlera o zwolnienie z istniejących jeszcze obozów
      koncentracyjnych Polaków i skierowanie części z nich na front. Tak więc
      uniknęliśmy zbrojnej kolaboracji. Trzeba jednak pamiętać, że zawdzięczamy to
      nie tylko naszym narodowym cechom, lecz także nikłej atrakcyjności. Kiedy
      Niemcy zmienili zdanie, było już za późno. Można powiedzieć, że mieliśmy
      szczęście"

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka