windows3.1
13.04.03, 11:27
Właśnie skończyłem czytać wspomnienia Leona Degrelle i niemal odruchowo
porównywałem je do tego, co napisał Sajer. Obaj to frankofoni (Walon i
Alzatczyk), obaj służyli na froncie wschodnim, obaj znaleźli się w doborowych
jednostkach, obaj przeżyli w mundurze agonię i upadek III Rzeszy, obaj pisali
opierając się tylko na własnej pamięci, obaj zostali w swoich ojczyznach
napiętnowani i odrzuceni – więc porównanie wydaje się sensowne. Z drugiej
strony, trudno zignorować podstawowe różnice: Sajer został wcielony a
Degrelle był ochotnikiem; Sajer był chłopakiem ze wsi a Degrelle był liderem
ruchu politycznego; Sajer faszyzm poznał na wojnie a Degrelle już przed wojną
był bliski faszyzmowi; Sajer był gefreiterem a Degrelle został niemal dowódcą
dywizji; Sajer bał się rozmawiać z pułkowymi oficerami a Degrelle dyskutował
z Hitlerem i Himmlerem.
Co przeważyło, podobieństwa czy różnice między nimi? Czy front wschodni
wygląda u obu tak samo, czy jednak inaczej?
Moim zdaniem, wspomnienia Sajera i Degrelle różnią się diametralnie. A dzieje
się tak głównie dlatego, że jeden był wcieloną do wojska przypadkową ofiarą,
a drugi był ideowym, trawionym przez wewnętrzny płomień ochotnikiem.
U Sajera wojna jest naturalistyczna i przypadkowa, a u Degrelle wojna jest
ideowa i zorganizowana. Oczywiście, obaj opisują niesłychany wysiłek,
wyrzeczenia, cierpienia i wreszcie potworności. Ale u Sajera dominuje strach
przemieszany z przerażeniem, narastające poczucie bezsensu, głucha
desperacja, odruchy, a czytelnikowi nie jest oszczędzony żaden turpistyczny
szczegół. U Degrelle jest przede wszystkim żelazna wola, świadomość celu,
poświęcenie, wierność idei, a realizm jest zepchnięty na drugi plan (choć
sceny wielodniowych walk w Kaukazie wśród rozkładających się trupów zapadają
w pamięć). Czytając Sajera odnosi się niekiedy wrażenie że pod bronią trzymał
go tylko obraz powieszonych przez żandarmerię dezerterów. Degrelle jeszcze w
kwietniu broniąc Szczecina jeździ do Berlina organizować posiłki, wycofuje
się żeby walczyć w Szlezwiku, stamtąd przedziera się walczyć do Danii,
stamtąd płynie kontynuować walkę w Norwegii... Bierny Sajer pomiatany jest
przez los po okopach i stodołach, Degrelle co rusz chwyta los za pysk,
wszędzie pcha palce między drzwi, rzuca się, miota... Sajer już wiosną 1943
opisuje front tak, jakby był na skraju załamania – brak wszystkiego, upadek
morale, improwizacja. Degrelle jeszcze latem 1944 w Estonii podkreśla
fantastyczną organizację i panujący w armii niemieckiej żelazny porządek;
dopiero opisując walki na Pomorzu zimą 1945 zaczyna przeważać opis rozkładu.
U Sajera żołnierz niemiecki niewiele różni się od żołnierza radzieckiego,
obaj w śmierdzących łachmanach, o skórze koloru błota i moczu, zawszeni,
zagłodzeni; u Degrelle to przepaść, walońscy ochotnicy to rycerze a Sowieci
to rzeźne bydło, Mongołowie, Kałmucy, azjatycka swołocz. Paradoksalnie, to
Sajer ma kolegów i przyjaciół; Degrelle jeśli wymienia jakieś nazwiska
współkombatantów to jedynie żeby opisać, w jaki sposób bohatersko polegli.
O ile autentyczność wspomnień Sajera podważano, o tyle zdaje się nikt nie
atakował w ten sposób spuścizny Degrelle. A ja muszę powiedzieć, że to
czytając tego ostatniego miałem czasem wrażenie, że coś tu jest nie tak. Może
się mylę, może w SS Walonien duch bojowy był aż tak wspaniały i tak
dramatycznie różnił się od nastrojów w elitarnej bądź co bądź PzDiv
Grossdeutschland. Ale coś jednak podejrzewam. Sajer zaczął pisać bo czuł, że
powoli umiera, bo przepełniało go poczucie rozgoryczenia i przypadkowego
przemijania, odchodząc chciał dać świadectwo. Kiedy Degrelle pisał, to
walczył dalej, dumnie, zapalczywie, wierny i służąc swojej idei. Nazywając
rzecz po imieniu – wspomnienia Degrelle zatrącają o propagandę. Wystarczy
zerknąć na www.geocities.com/narwa44/ żeby zobaczyć, czego Degrelle
nie opisał – na przykład konfliktów personalnych o przywództwo wśród
walońskich ochotników.
Ale jest to ciekawa propaganda. Walki w Zagłębiu Donieckim zimą 41/42, na
Kaukazie zimą 42/43, w zakolu Dniepru zimą 43/44, w Estonii latem 44 są
interesująca lekturą. Natomiast absolutnie fascynujące są ostatnie rozdziały,
poświęcone walkom na Pomorzu zimą i wiosną 1945, oraz kilka ostatnich stron
książki, opisujące jak w ciągu 10 dni Degrelle najpierw walczył wręcz z
Sowietami pod Szczecinem, przedzierał się do Lubeki, a potem przez Kopenhagę
i Oslo wylądował na plaży pod hiszpańskim San Sebastian. Niewątpliwie głupie
skojarzenie, ale mi przypomniało to przekraczającego Europę wzdłuż i
wszerz „Kuriera z Warszawy”.