Dodaj do ulubionych

Afera bydgoska - czego nie powiedział prezydent...

IP: *.energis.pl 14.01.04, 21:53
No i mamy problem. przerzucanie odpowiedzialnosci to poczatek. Potem bedziemy
słuchac o zanikach pamieci, pamieci selektywnej, dobrej wierze w powierzaniu
spraw ludziom (pytanie czy przecietny obywatel miasta by im zaufał - nawet
gdyby nie wiedział , ze są działaczami sld?) Byleby nie trafiło na
prokuratora z namaszczenia bylego min. sprawiedliwosci Jaskierni (do 1997r.)
Czekamy na dalszy rozwój wypadków , poza tym niedługo wybory parlamentarne -
UWAGA niektorym juz nie warto sie podkładać SLD, więc liczymy na
sprawiedliwość a nie farsę.
Obserwuj wątek
    • Gość: pilot Re: Afera bydgoska - czego nie powiedział prezyde IP: *.bydgoszcz.cvx.ppp.tpnet.pl 14.01.04, 22:22
      a za chwilę pojawią się żółte papiery a potem świadectwo o niepocztalności

      czy o to chodzi?
      • Gość: bartas Re: Afera bydgoska - czego nie powiedział prezyde IP: *.int.elnet.pl / 195.85.209.* 15.01.04, 22:59
        i "pomroczność jasna"....

        • ivica Re: Afera bydgoska - czego nie powiedział prezyde 15.01.04, 23:01
          "lub czasopisma" :)
      • Gość: As 27.01 Jak to było z zegarkiem Millera IP: 158.75.48.* 27.01.04, 10:19


        Kto zapłacił za fant dla premiera?

        Wtorek, 27 stycznia 2004r.

        Ręce precz od prezentów! - winni grzmieć koledzy Leszka Millera (i jego
        potencjalnych następców) po tym, co się premierowi w Bydgoszczy przydarzyło.
        Podarowali mu nad Brdą zegarek, a teraz krzyczą, że... kradziony. Chodzą
        słuchy, potwierdzone ustami rzecznika rządu, że podarunek ma trafić na
        licytację. Pieniądze wrócą do bydgoskiego ratusza, bo stąd - jak wieść medialna
        niesie - zostały skradzione . - Nie pozwolę! - protestuje pewien bydgoski
        przedsiębiorca i działacz BKS Polonia - To ja zapłaciłem za ten zegarek.

        No to się porobiło. Szykuje się nam nowa afera. Tym razem... "Maurice Lacroix-
        gate". Takiej marki był zegarek, który wręczono premierowi podczas bydgoskiej
        żużlowej Grand Prix. Czasomierz kosztował 3.600 zł. Po dwóch latach w Polskę
        poszła wieść, że kupiono go za "zdefraudowane przez BKS Polonia pieniądze z
        miejskich dotacji". Innymi słowy: klubowi działacze, zamiast zapłacić za prąd,
        kupili Millerowi zegarek.

        Można dyskutować o tzw. kindersztubie, ale zatrzymajmy się faktów. Faktem jest,
        że Miller zegarek przyjął, choć miał już zapewne w swej upominkowej kolekcji
        kilka innych. Faktem jest, że zrobił sobie premier zdjęcie z prezydentem
        Jasiakiewiczem, które ten wykorzystał w akcji wyborczej. Przegranej. Niektórzy
        wręcz twierdzą, że to plakaty z Millerem kandydatowi zaszkodziły. Millerowi
        zresztą też. Upominek z Bydgoszczy odbił mu się teraz czkawką.

        Faktem jest - sprawdziliśmy - że na zakup zegarka wzięto z klubowej
        kasy "zaliczkę". Faktem jest, że potem - po paru miesiącach - "oddał" te
        pieniądze, sięgając do własnego portfela, pewien bydgoski przedsiębiorca i
        zarazem klubowy działacz. Można mieć wątpliwości, dlaczego tak późno.

        - Chciałem, żeby te pieniądze potrącono z pożyczki, której wcześniej udzieliłem
        BKS Polonia - twierdzi darczyńca ("dla świętego spokoju" pozostawia swoje
        nazwisko do wiadomości redakcji). - Ponieważ tak nie zrobiono, a osoba, która
        pobierała zaliczkę na swoje nazwisko, naciskała, wyjąłem te pieniądze z
        kieszeni i oddałem. De facto prezent dla Millera był więc ode mnie.

        To prawda, że od lat bydgoski urząd miejski dotuje kluby sportowe. Dotował
        także Polonię. Partycypował w utrzymaniu i remoncie obiektów, które miasto
        użyczyło klubowi, w organizowaniu imprez i szkoleń sportowych. Prawdą jest, że
        do 2001 roku przymykano oczy na rachunki. Miejscy urzędnicy przyjmowali od
        Polonii faktury za media i nie sprawdzając, czy w ślad za nimi szły przelewy
        pieniędzy z klubowego konta, wypłacali kolejne transze dotacji. Zapominano, że
        miejskie fundusze celowe miały być jedynie formą refundacji kosztów
        poniesionych przez klub. Czy było to... nadużycie?

        Było. To ocena kontrolerów, których w maju ubiegłego roku wysłał do BKS Polonia
        prezydent Konstanty Dombrowicz. Przewodził im inspektor Jerzy Szczurek. On też
        podpisał się pod stwierdzeniem, że BKS Polonia nieprawidłowo wykorzystał 51,6
        proc. celowych dotacji i jest zobowiązany zwrócić do miejskiej kasy 1.O76.135
        złotych wraz z odsetkami. Za lata 2000, 2001 2002 i połowę 2003 r.

        Kontrolerów nie interesowało, na jakie cele szły bezpośrednio pieniądze
        przelane z urzędu. Nie było dla nich żadnym usprawiedliwieniem to, że za prąd,
        ciepło czy wodę (na to przeznaczone były kolejne transze dotacji celowej) klub
        płacił potem z własnych funduszy, zawierał z wierzycielami umowy kompensacyjne
        bądź oddłużeniowe. Dla kontrolerów nadużyciem był sam fakt, że klub
        przedstawiał w urzędzie niezapłacone faktury i to one były (choć nie powinny)
        akceptowane przez decydujących o wypłacie urzędników.

        Kto jest winien tych zaniedbań? Wnioski o przyznanie kolejnych transz dotacji,
        kierowane do Wydziału Kultury Fizycznej, Sportu i Turystyki UM w Bydgoszczy,
        podpisywał dyrektor klubu Tadeusz Chyliński. Dołączał do nich faktury za media
        z adnotacją, że zostały one sprawdzone oraz zatwierdzone do wypłaty. Następnie
        wydział kultury fizycznej kierował do Wydziału Budżetowego UM pismo z prośbą o
        przekazanie raty dotacji na konto bankowe BKS Polonia. Kontrola wykazała, że
        klub przed złożeniem wniosku nie dokonywał zapłat za owe faktury. Mimo że potem
        uiszczał tylko część opłat za media (na które była dotacja), przyjmowano i
        akceptowano kolejne wnioski.

        Zdaniem kontrolerów, to właśnie w Wydziale Kultury Fizycznej, Sportu i
        Turystyki UM w Bydgoszczy, którym kierował wówczas Edward Pasterski, doszło do
        nieprawidłowości. Musiał też przymykać na to oczy wydział kontroli UM, który w
        rozliczeniach klubu z ratuszem za 2000 r. nie stwierdził większych
        nieprawidłowości. Dopiero w połowie 2001 roku wybuchła... burza.

        Latem 2001 zaczęły się w BKS Polonia wewnętrzne niesnaski. Rywalizowały ze sobą
        dwie grupy działaczy. Łączył ich żużel, dzieliły interesy i wspieranie dwóch
        skonfliktowanych asów: Golloba i Protasiewicza. Pojawił się anonimowy list,
        potem personalny donos do prezydenta. Było w nim o "lewej kasie" w klubie i o
        nieprawidłowo rozliczanych dotacjach. Pisaliśmy o tym w kilkuodcinkowym
        serialu "Polonia Restituta" ( czerwiec - lipiec 2001 r.). Efektem tej burzy
        była kontrola. Nikogo nie ukarano, ale faktem jest, że już w 2002 r. w urzędzie
        pilnowano rozliczania faktur związanych z dotacjami.

        Zauważyli to także kontrolerzy od Dombrowicza. W protokole z lipca 2003 r
        zapisali:

        "Wydział Kultury Fizycznej, Sportu i Turystyki UM w 2002 roku, przed akceptacją
        wniosku, kontrolował prawidłowość wykorzystania każdej poprzedniej raty
        dotacji. W wyniku tak rzetelnej kontroli BKS Polonia dokonywał zapłat dostawcom
        energii elektrycznej, cieplnej, wody i kanalizacji, niezwłocznie po otrzymaniu
        dotacji".

        Z ustaleniami kontrolerów, którzy nakazali zwrócić do kasy miasta ponad milion
        złotych, nie zgodzili członkowie komisji rewizyjnej BKS Polonia pod wodzą
        Piotra Kawałka. Ich zdaniem, kontrolujący winni uwzględnić (jako prawidłowo
        wydatkowaną) dotację na wodę. Chodzi o prawie 175 tysięcy złotych, które klub
        rozliczył z Miejskimi Wodociągami i Kanalizacją w drodze kompensaty. Bilety na
        Grand Prix, basen itp. równoważyły rachunki za wodę na tę kwotę. "Uważamy, że
        regulowanie zobowiązań następuje w formach prawnie dopuszczonych" - uzasadnili
        swoje stanowisko.

        Komisja rewizyjna podważyła również zasadność zwrotu dotacji za ciepło. We
        wrześniu 2001 r., na mocy porozumienia z bydgoskim Zespołem Elektrociepłowni i
        KPEC oraz klubami sportowymi Polonia i Astoria, podpisano porozumienie o
        oddłużeniu. Zwolniono Polonię z długu w wysokości 37O.380 złotych.

        Działacze Polonii twierdzą, że kiedy występowali z wnioskiem o te dotacje, nie
        wiedzieli, że będzie abolicja. Pieniądze poszły na bieżące wydatki, takie jak
        organizacja Grand Prix. Dowodzą, że w ciągu ostatnich kilku lat klub - ze
        środków własnych i pozyskanych - za ponad 9 milionów złotych zmodernizował
        obiekty Polonii, stanowiące mienie miasta. Na ten cel Urząd Miasta wydał
        jedynie 3,6 mln zł.

        *

        Na co konkretnie były wydawane pieniądze z dotacji, czy - jak spekulują
        niektórzy kupowano za nie mecze, urządzano bankiety - sprawdza prokuratura. My,
        bawiąc się w księgowych, spróbowaliśmy ustalić, na co została wydana dotacja
        wypłacona klubowi przez obecne władze. Chodzi o 400 tysięcy złotych, które -
        jak ustalili kontrolerzy - też jest... do zwrotu. Wyniki naszego
        dziennikarskiego śledztwa przedstawimy jutro.

        Grażyna Ostropolska - Express Bydgoski



    • carton Re: Afera bydgoska - czego nie powiedział prezyde 15.01.04, 07:17
      Gość portalu: dj law napisał(a):

      > No i mamy problem. przerzucanie odpowiedzialnosci to poczatek. Potem
      bedziemy
      > słuchac o zanikach pamieci, pamieci selektywnej, dobrej wierze w powierzaniu
      > spraw ludziom [...]
      On pomału zaczyna się kreować na kozła ofiarnego tej całej afery...
    • Gość: mikimaus Re: Afera bydgoska - czego nie powiedział prezyde IP: *.bydgoszcz.cvx.ppp.tpnet.pl 15.01.04, 19:26
      Poszukajcie prawdziwych winnych. Jeżeli Pan Jasiakiewicz nawet jest winny, to
      nie sam.
    • Gość: służba specjalna Re: Afera bydgoska - czego nie powiedział prezyde IP: *.torun.dialup.inetia.pl 15.01.04, 21:55
      Ciekawe jak na przykład przekazywano pieniądze samorządu na "utrzymanie
      obiektów" we Włocławku dla ANWILU? Samorządowcy uwaga na wydatki na komercyjny
      sport. To zawsze śmierdzi przekrętem.
    • Gość: wilk Re: Afera bydgoska - czego nie powiedział prezyde IP: *.alfa.pl 15.01.04, 23:12
      czy sprawdzilisci nastepna instytucje ktora dostawała kupe szmalu przed
      wyborami i robiła rózne rzeczy ale nie to co trzeba BORPA kto wie co to jest
      Osrodke leczenia alkoholików sprawdźci ajk szmal dostawał
      i zonbaczcie ze nie był kontrolowany tak jak polonia i sprawdzsci na co szły
      pieniądze no no
    • Gość: p. Re: Afera bydgoska - czego nie powiedział prezyde IP: *.chello.pl 18.01.04, 14:21
      apeluję: czy dziennikarze GW nie mogliby przejść jakiegoś krótkiego kursu
      pisania po polsku? czy gwiazdeczka M.K. nie mogłaby kupić sobie jakiejś
      podręcznej gramatyki ojczystego języka?
      apeluję, bo za cholerę nie rozumiem zdań takich jak:
      "We wtorek były prezydent Bydgoszczy, obecnie wiceprzewodniczący Rady Miasta,
      któremu wojewoda Romuald Kosieniak zatrudnił jako szefa zarządu komisarycznego
      PKS w Inowrocławiu, obiecywał, że na zarzuty "Gazety" odpowie na specjalnej
      konferencji."
      albo:
      "Po pierwsze zrzucił od Jasiakiewicz stwierdził, że zarzuty nie powinny być
      skierowane do niego, tylko do skarbnika miasta i do Elżbiety Krzyżanowskiej,
      byłej wiceprezydent."

      nie wiem jak was, ale mnie czytanie tekstów M.K. po prostu męczy...
      • ivica Re: Afera bydgoska - czego nie powiedział prezyde 18.01.04, 14:25
        to po co czytasz??

        :)
    • Gość: jechał Re: Afera bydgoska - czego nie powiedział prezyde IP: *.koszalin.sdi.tpnet.pl 20.01.04, 05:24
      Jacy dziennikarze - tacy politycy
    • Gość: luz Woda z mózgu IP: 158.75.48.* 27.01.04, 10:21


      Woda z mózgu

      Poniedziałek, 26 stycznia 2004r.

      Zbiorowa schizofrenia. Już nikt nic nie wie. Kto złodziej, a kto ofiara? Kto
      bohater, a kto gracz? Kto dawał, a kto brał? Choroby tej nabawić może się
      każdy, kto czyta kilka gazet, ogląda kilka telewizyjnych programów. To opinia
      naszych Czytelników, którą podzielamy w całej rozciągłości. Zbiorowa histeria
      wokół BKS Polonia trwa od trzech lat. Ostatnio osiągnęła apogeum.

      Wykorzystano ją do rozgrywek politycznych i personalnych. W ich tle wyrastał na
      bohatera ukarany za brak nadzoru nad podwładnymi naczelnik sekcji do walki z
      przestępczością gospodarczą Komendy Miejskiej Policji w Bydgoszczy - Krzysztof
      Mikietyński. Kreował się na ofiarę spisku.

      Już, już... miał podobno stawiać zarzuty popełnienia przestępstw byłym
      lewicowym notablom, których niecne czyny wykrył - a tu: stop. Śledztwo mu
      zabrano, zmontowano prowokację. Ludzie z biura wewnętrznego komendy głównej
      zrobili nalot na stadion Chemika. Sfilmowali, jak podwładni Mikietyńskiego
      przyjmują "haracz w towarze" od handlarki podrabianą odzieżą. Potem
      szantażowali złapanych na gorącym uczynku. W zamian za łagodniejsze
      potraktowanie mieli oni wyznać, że szef o wszystkim wiedział. Nie wyznali.

      Potem nawet ci, którzy już przyznali się do przyjęcia łapówki, stojąc przed
      kamerą u boku szefa, twierdzili, że towar im podrzucono. A naczelnik brnął
      dalej. Opowiadał dziennikarzom o szczegółach prowadzonych przez jego sekcję
      dochodzeń, sugerując, że i tam się niektórym ważnym naraził. I choć to
      prokurator decydował o przeszukaniach, zatrzymaniach, kolejnych działaniach
      policji i stawianiu zarzutów, a wszystkie sprawy nadal się toczą i "nie
      ukręcono im łba" - informacyjny szum zrobił swoje. Materiały z dochodzeń zawsze
      robią wrażenie. Zwłaszcza gdy potraktuje się je wybiórczo, nie podda
      weryfikacji i odpowiednio skompiluje.

      Tak z Bydgoszczy zrobiono... Starachowice. Może słusznie, bo i tu, i tam były
      policyjne przecieki.

      Czarne - białe

      Co jest prawdą, a co fałszem? Plewy od ziarna usiłowały ostatnio oddzielić
      Komenda Główna Policji i Prokuratura Apelacyjna w Gdańsku. Ich ustalenia
      pokazały, że zawieszony w czynnościach naczelnik Mikietyński - delikatnie rzecz
      ujmując - mija się z prawdą.

      * Nieprawdą jest, że odebrano mu śledztwo w sprawie "Polonii" i powierzono
      kolegom z komendy wojewódzkiej po to, żeby sprawę rozmydlić.

      Prawdą jest natomiast, że medialna burza wokół Polonii (w połowie listopada
      ubiegłego roku) zainspirowała komendanta wojewódzkiego Henryka Tokarskiego do
      nadania dochodzeniu szczególnej rangi.

      Komenda Wojewódzka z reguły przejmowała dochodzenie w sprawach szczególnie
      zawikłanych. W "Expressie Bydgoskim" od 8 do 15 listopada 2003 r., w serii
      publikacji o BKS Polonia pod tytułem "Dogorywka", pisaliśmy szczegółowo o
      powiązaniach polityki, sportu i biznesu. Komendant uznał, że sprawa jest
      poważna, a wyjaśnianie kolejnych wątków tej afery w miejskiej komendzie idzie
      zbyt wolno. Od maja do listopada zakończono zarzutami tylko najprostszą sprawę:
      fikcyjnych umów z piłkarzami. Na dodatek i tutaj popełniono błędy. Nie
      zabezpieczono oryginałów, a jedynie kopie owych umów. Te zaś nie stanowią
      dowodów.

      * Nieprawdą jest, że Mikietyński prosił, by sprawę Polonii KWP przejęła wraz z
      człowiekiem z "miejskiej", który ją prowadził.

      Prawdą jest, że o to, by nie zabierać mu pracownika z zarzuconej miejskimi
      aferami miejskiej komendy, wnioskował szef KMP Marek Echaust. Jak twierdzi: na
      prośbę samego Mikietyńskiego.

      * Nieprawdą jest, że wydział przestępstw gospodarczych w KWP był "w
      organizacji" i pracowali w nim niedoświadczeni funkcjonariusze.

      Prawdą jest, że pracują tu policjanci z długą praktyką i kwalifikacjami,
      których Mikietyński takim stwierdzeniami obraził. Także funkcjonariusz, któremu
      powierzono sprawę Polonii, prowadził już sprawy gospodarcze (w jednostce, z
      której go kilka miesięcy temu do KWP awansowano). Żaden z wątków "polonijnej
      afery" na razie się nie rozmył. Policja i prokuratura kontynuują śledztwo.
      Sprawa ma wiele wątków.

      * Nieprawdą jest, że Mikietyński, wespół z prokuratorem, szykował się do
      postawienia zarzutów byłym miejskim notablom. Chodziło o brak kontroli nad
      dotacjami miejskimi dla Polonii.

      Prawdą jest, że donos w tej sprawie wpłynął w październiku ubiegłego roku, a do
      14 grudnia przesłuchano w KMP zaledwie trzy osoby. Prokuratura uznała, że na
      tym etapie nikt o zdrowych zmysłach nie postawiłby zarzutów. Komenda Wojewódzka
      przejęła dochodzenie w sprawie dotacji 6 stycznia br. * Nieprawdą jest, że
      podwładnym Mikietyńskiego podrzucono "fanty", by zmusić ich do donosu na szefa.

      Prawdą jest, że biuro spraw wewnętrznych KGP przyglądało się sekcji kierowanej
      przez Mikietyńskiego ponad rok. O szczegółach działań operacyjnych wiedziało
      wąskie grono. Przestępstwo dokonane przez policjantów z sekcji PG na Chemiku
      zarejestrowano kamerą. Protokół, na którym nie znalazły się zabrane handlarce
      rzeczy, to kolejny dowód w sprawie.

      * Nieprawdą jest, że Fortis Bank bezpowrotnie stracił 550 tys. zł. kredytów,
      które bez należytego zabezpieczenia (rzekomo miała je stanowić tablica świetlna
      na stadionie) wpompował w BKS Polonię szef bydgoskiego oddziału Grzegorz Kloska.

      Prawdą jest, że oba kredyty zostały spłacone. I to z racji dobrego
      zabezpieczenia, które stanowiły m.in. poręczenia wekslowe bydgoskich firm i
      cesja należności z umów sponsoringu.

      * Nieprawdą jest, że dotacje z Urzędu Miasta "defraudowano, kupowano za nie
      mecze, zegarek dla Millera, organizowano bankiety".

      Prawdą jest, że część dotacji wydano niezgodnie z przeznaczeniem, najczęściej
      na bieżące potrzeby klubu, a w Urzędzie Miejskim przymykano na to oko.
      Pisaliśmy o tym w czerwcu i lipcu 2001 r. w wieloodcinkowym serialu "Polonia
      Restituta". Powtarzaliśmy w połowie listopada w serialu "Dogorywka". Dopiero
      teraz ogólnie znana dzięki tym publikacjom informacja urosła do miana afery.

      Grażyna Ostropolska - Express Bydgoski




    • Gość: x 400.000 zł - nowa afera IP: 158.75.48.* 28.01.04, 08:34
      Kto łyknął 400 tysięcy?

      Środa, 28 stycznia 2004r.

      Przedstawiliśmy wczoraj, jaki był mechanizm dotowania bydgoskiego klubu Polonia
      przez Urząd Miasta. Dziś czas na kolejne szczegóły "afery bydgoskiej", o której
      dzięki medialnej wrzawie wie już (choć niekoniecznie rozumie ją) cała Polska.
      Na co konkretnie były wydawane pieniądze z dotacji, czy - jak spekulują
      niektórzy kupowano za nie mecze, urządzano bankiety - sprawdza prokuratura. My,
      bawiąc się w księgowych, próbowaliśmy ustalić, na co została wydana dotacja
      wypłacona klubowi przez obecne władze. Chodzi o 400 tysięcy złotych, które -
      jak ustalili kontrolerzy - też jest do zwrotu.

      26 stycznia 2003 r. wiceprezydent Bydgoszczy Maciej Obremski oraz miejski
      skarbnik Ambroży Pawlewski zawierają umowę z prezesem Polonii Lechem Różyckim i
      wiceprezesem Grzegorzem Kloską. Urząd zobowiązuje się przekazać klubowi 500
      tys. zł. dotacji "na pokrycie części wydatków z przeznaczeniem na utrzymanie
      obiektów i urządzeń sportowych od stycznia do końca grudnia 2003 r.". Chodzi o
      energię i wodę.

      Pierwsza rata ma wynosić 400 tys. zł. Druga, po rozliczeniu pierwszej, ma być
      wypłacona w IV kwartale.

      13 marca 2003 r. prezes Polonii zwraca się do prezydenta Konstantego
      Dombrowicza z pisemną prośbą o przekazanie w formie zaliczki kwoty 400 tys. zł
      z przeznaczeniem na uregulowanie najpilniejszych należności związanych z
      działalnością klubu. "Brak wpływu w/w kwoty spowoduje załamanie płynności
      finansowej i zaprzestanie regulowania jakichkolwiek należności, co w
      konsekwencji doprowadzi do upadłości klubu" - motywuje.

      Wniosek o dotację wpływa tego samego dnia do wydziału edukacji i sportu UM.
      Jest akceptacja, choć i tu podkładki nie stanowią faktury za media, które
      należałoby jedynie refundować. 18 marca na subkonto klubu wpływa 400 tys. zł
      celowych dotacji. Tego samego dnia BKS Polonia wydaje 362.798 zł - niezgodnie z
      celem dotacji. Spłaca nimi kredyt bankowy, opłaca zawody Grand Prix, usługi
      ślusarskie, wypłaca wynagrodzenia pracownikom, szkoleniowcom i zawodnikom.
      Jeżeli wierzyć liście wypłat, która przypadkiem wpadła w nasze ręce, 100
      tysięcy złotych otrzymują Tomasz i Jacek Gollobowie, 20 tysięcy - Jacek
      Krzyżaniak, 10 tysięcy - Michał Robacki, 2 tysiące - Robert Umiński. 73,5 tys.
      zł idzie na spłatę kredytu, 30 tys. płaci firmie "GABO" na części do motocykli.
      3.400 zł otrzymuje mechanik R. Kowalski. 7 tys. zł. kosztują licencje w PZM,
      zaś 60 tys. zł kasuje BSI - za organizację Grand Prix. 45.400 zł z dotacji
      celowych idzie na wynagrodzenie pracowników, pozostała suma na drobne opłaty. .

      20 marca 2003 r. pozostałą na subkoncie kwotę klub przeznacza na opłatę za
      prąd. Dopiero 15 października 2003 r. Urząd Miasta pismem wzywa klub do
      rozliczenia raty dotacji. Potem żąda zwrotu.

      Klubowi działacze twierdzą, że i tym razem było na takie wydatkowanie
      pieniędzy... ciche przyzwolenie.

      Donosi o tym w oficjalnym piśmie do zastępcy dyrektora wydziału edukacji i
      sportu UM wiceprezes BKS Polonia

      Maciej Świątkowski: "Urząd Miasta wiedział o tym, że te 400 tys. zł dotacji
      klub przeznaczy na rozpoczęcie sezonu żużlowego. (...) Niestety, następne
      kierownictwo Polonii w osobie Andrzeja Walkowiaka nie dokonało żadnej zapłaty
      za utrzymanie mediów za 2003 r., mimo wygenerowania dochodów z organizacji
      Grand Prix w Chorzowie".

      Walkowiak był w klubie krótko, potem klubowe konta zajął komornik, a plan
      uratowania BKS Polonia autorstwa Antoniego Tokarczuka nie zainteresował
      ratuszowych władz. Konstanty Dombrowicz zgasił światło.

      Gollobowie opuścili Bydgoszcz. Gazety rozpisywały się o próbach zatrzymania
      mistrzów. Nadal noszono ich na rękach. W końcu jednak trzeba było pogodzić się
      z odejściem Gollobów. W centrum uwagi pojawił się za to "Miki", skrzywdzony
      policjant. Oznajmił, że chciał aresztować byłych lewicowych notabli, bo
      wytropił, na co naprawdę szły z ratusza dotacje. Zaczęła się nagonka na klan
      Gollobów. Jeszcze trochę i ich oskarżą, że... kradli.

      Miasto zawsze hołubi swoich mistrzów. Pamiętam burzę, jaką wywołali niegdyś
      wokół Golloba policjanci - związkowcy. Zaprotestowali, że przyznano mu z
      policyjnej służbowej puli mieszkanie. Dali się przekonać, że mistrzowi należą
      się specjalne względy. Potem przez lata języczkiem u wagi bydgoskiego żużla
      były kontrakty z mistrzem. Zawsze brakowało na nie pieniędzy. Sponsorzy też
      chcieli coś za coś. Tak tworzyły się układy między politykami, biznesmenami i
      sportowcami. Nie zawsze przejrzyste i nie zawsze świetlane (pisaliśmy o tym w
      listopadzie ub. r. w serii publikacji "Dogorywka").

      Tak działa sport w wielu miejscach na świecie. W palącej potrzebie mecze się
      kupowało i nadal kupuje. Trzeba z tym walczyć. Trzeba karać za bezprawie.
      Prokuratura ustala, czy w BKS Polonia doszło do przestępstw i czy są podstawy
      do przedstawienia zarzutów nadzorującym miejskie dotacje urzędnikom.

      Wkrótce okaże się, czy gra warta była świeczki. Tej na grobie bydgoskiego żużla.

      Grażyna Ostropolska - Express Bydgoski



    • Gość: xz 400.000 zl - nowa afera z Polonią w tle IP: 158.75.48.* 28.01.04, 08:36
      Kto łyknął 400 tysięcy?

      Środa, 28 stycznia 2004r.

      Przedstawiliśmy wczoraj, jaki był mechanizm dotowania bydgoskiego klubu Polonia
      przez Urząd Miasta. Dziś czas na kolejne szczegóły "afery bydgoskiej", o której
      dzięki medialnej wrzawie wie już (choć niekoniecznie rozumie ją) cała Polska.
      Na co konkretnie były wydawane pieniądze z dotacji, czy - jak spekulują
      niektórzy kupowano za nie mecze, urządzano bankiety - sprawdza prokuratura. My,
      bawiąc się w księgowych, próbowaliśmy ustalić, na co została wydana dotacja
      wypłacona klubowi przez obecne władze. Chodzi o 400 tysięcy złotych, które -
      jak ustalili kontrolerzy - też jest do zwrotu.

      26 stycznia 2003 r. wiceprezydent Bydgoszczy Maciej Obremski oraz miejski
      skarbnik Ambroży Pawlewski zawierają umowę z prezesem Polonii Lechem Różyckim i
      wiceprezesem Grzegorzem Kloską. Urząd zobowiązuje się przekazać klubowi 500
      tys. zł. dotacji "na pokrycie części wydatków z przeznaczeniem na utrzymanie
      obiektów i urządzeń sportowych od stycznia do końca grudnia 2003 r.". Chodzi o
      energię i wodę.

      Pierwsza rata ma wynosić 400 tys. zł. Druga, po rozliczeniu pierwszej, ma być
      wypłacona w IV kwartale.

      13 marca 2003 r. prezes Polonii zwraca się do prezydenta Konstantego
      Dombrowicza z pisemną prośbą o przekazanie w formie zaliczki kwoty 400 tys. zł
      z przeznaczeniem na uregulowanie najpilniejszych należności związanych z
      działalnością klubu. "Brak wpływu w/w kwoty spowoduje załamanie płynności
      finansowej i zaprzestanie regulowania jakichkolwiek należności, co w
      konsekwencji doprowadzi do upadłości klubu" - motywuje.

      Wniosek o dotację wpływa tego samego dnia do wydziału edukacji i sportu UM.
      Jest akceptacja, choć i tu podkładki nie stanowią faktury za media, które
      należałoby jedynie refundować. 18 marca na subkonto klubu wpływa 400 tys. zł
      celowych dotacji. Tego samego dnia BKS Polonia wydaje 362.798 zł - niezgodnie z
      celem dotacji. Spłaca nimi kredyt bankowy, opłaca zawody Grand Prix, usługi
      ślusarskie, wypłaca wynagrodzenia pracownikom, szkoleniowcom i zawodnikom.
      Jeżeli wierzyć liście wypłat, która przypadkiem wpadła w nasze ręce, 100
      tysięcy złotych otrzymują Tomasz i Jacek Gollobowie, 20 tysięcy - Jacek
      Krzyżaniak, 10 tysięcy - Michał Robacki, 2 tysiące - Robert Umiński. 73,5 tys.
      zł idzie na spłatę kredytu, 30 tys. płaci firmie "GABO" na części do motocykli.
      3.400 zł otrzymuje mechanik R. Kowalski. 7 tys. zł. kosztują licencje w PZM,
      zaś 60 tys. zł kasuje BSI - za organizację Grand Prix. 45.400 zł z dotacji
      celowych idzie na wynagrodzenie pracowników, pozostała suma na drobne opłaty. .

      20 marca 2003 r. pozostałą na subkoncie kwotę klub przeznacza na opłatę za
      prąd. Dopiero 15 października 2003 r. Urząd Miasta pismem wzywa klub do
      rozliczenia raty dotacji. Potem żąda zwrotu.

      Klubowi działacze twierdzą, że i tym razem było na takie wydatkowanie
      pieniędzy... ciche przyzwolenie.

      Donosi o tym w oficjalnym piśmie do zastępcy dyrektora wydziału edukacji i
      sportu UM wiceprezes BKS Polonia

      Maciej Świątkowski: "Urząd Miasta wiedział o tym, że te 400 tys. zł dotacji
      klub przeznaczy na rozpoczęcie sezonu żużlowego. (...) Niestety, następne
      kierownictwo Polonii w osobie Andrzeja Walkowiaka nie dokonało żadnej zapłaty
      za utrzymanie mediów za 2003 r., mimo wygenerowania dochodów z organizacji
      Grand Prix w Chorzowie".

      Walkowiak był w klubie krótko, potem klubowe konta zajął komornik, a plan
      uratowania BKS Polonia autorstwa Antoniego Tokarczuka nie zainteresował
      ratuszowych władz. Konstanty Dombrowicz zgasił światło.

      Gollobowie opuścili Bydgoszcz. Gazety rozpisywały się o próbach zatrzymania
      mistrzów. Nadal noszono ich na rękach. W końcu jednak trzeba było pogodzić się
      z odejściem Gollobów. W centrum uwagi pojawił się za to "Miki", skrzywdzony
      policjant. Oznajmił, że chciał aresztować byłych lewicowych notabli, bo
      wytropił, na co naprawdę szły z ratusza dotacje. Zaczęła się nagonka na klan
      Gollobów. Jeszcze trochę i ich oskarżą, że... kradli.

      Miasto zawsze hołubi swoich mistrzów. Pamiętam burzę, jaką wywołali niegdyś
      wokół Golloba policjanci - związkowcy. Zaprotestowali, że przyznano mu z
      policyjnej służbowej puli mieszkanie. Dali się przekonać, że mistrzowi należą
      się specjalne względy. Potem przez lata języczkiem u wagi bydgoskiego żużla
      były kontrakty z mistrzem. Zawsze brakowało na nie pieniędzy. Sponsorzy też
      chcieli coś za coś. Tak tworzyły się układy między politykami, biznesmenami i
      sportowcami. Nie zawsze przejrzyste i nie zawsze świetlane (pisaliśmy o tym w
      listopadzie ub. r. w serii publikacji "Dogorywka").

      Tak działa sport w wielu miejscach na świecie. W palącej potrzebie mecze się
      kupowało i nadal kupuje. Trzeba z tym walczyć. Trzeba karać za bezprawie.
      Prokuratura ustala, czy w BKS Polonia doszło do przestępstw i czy są podstawy
      do przedstawienia zarzutów nadzorującym miejskie dotacje urzędnikom.

      Wkrótce okaże się, czy gra warta była świeczki. Tej na grobie bydgoskiego żużla.

      Grażyna Ostropolska - Express Bydgoski



Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka