radca
26.12.04, 20:15
www.pomorska.pl/apps/pbcs.dll/artikkel?SearchID=73126756236046&Avis=PO&Dato=20030215&Kategori=REGION&Lopenr=102150266
&R
"ZDROWIE. Dramatyczne przyżycia Roksanki czyli afera której nie było
Roz(g)rywki białych kitli
W środę Super Express opublikował tekst autorstwa Grzegorza Dudzińskiego,
opisujący rzekomy błąd w sztuce lekarskiej do którego, miało dojść w Szpitalu
Dziecięcym w Toruniu. Sprawdziliśmy fakty - wygląda na to, że afery nie ma, a
sprawa przypomina zwykłą rozgrywkę między lekarzami.
"Prawda"
- O dramatycznych przeżyciach Roksanki opowiedział nam lekarz z
toruńskiego szpitala - napisał Super Express. Jak ustaliliśmy tym tajemniczym
lekarzem, jest doc. Marek Orkiszewski, który 6 listopada powiadomił dyrekcję
szpitala o domniemanym błędzie lekarskim. Wg. "SE" sprawa miała wyglądać
następująco: Do toruńskiego szpitala trafiła miesięczna Roksanka. Dziecko
było pod opieką Domu Pomocy Społecznej dla Dzieci i Młodzieży w Grabiu, pod
Włocławkiem. Podczas ściągania gipsu, lekarz zmasakrował nóżki dziewczynki.
Uszkodzone były mięśnie, strumieniami lała się krew, a podczas zabiegu
dziecko wyło z bólu. - Nie rozumiem jak mogło do tego dojść. Nie będziemy
dochodzić sprawiedliwości przed sądem, bo nie wierzymy w ukaranie winnych -
mówiła zakonnica opiekująca się dzieckiem. Dziennikarz "SE" 10 lutego
przyjechał do ośrodka pod Włocławkiem w celu zrobienia zdjęcia. Dudziński
przekonywał, że został oszukany twierdzeniem, iż Roksany nie ma. Siostry
zakonne są całą sprawą przerażone. W szpitalu panuje zmowa milczenia i nikomu
nie zależy na jej wyjaśnieniu. W ten oto sposób sprawę przedstawił "Super
Express".
i prawda
Całkowicie inny przebieg wydarzeń jawi się po rozmowach w toruńskim
szpitalu i w Domu Pomocy Społecznej. Zacznijmy jednak od początku.
- 10 lutego dziecko przebywało w poradni ortopedycznej Wojewódzkiego
Szpitala Dziecięcego w Toruniu. Jednoznacznie wskazuje na to wpis do jego
karty. - mówi Elżbieta Redzińska, wicedyrektor szpitala ds. lecznictwa. - Nie
okłamaliśmy tego redaktora bowiem Roksanki rzeczywiście u nas nie było w tym
dniu. Przebywała w poradni ortopedycznej w Toruniu - potwierdziła nam Maria
Wingorska, dyrektor Dyrektor Domu Pomocy Społecznej w Grabiu. "Pomorska"
ustaliła również, że w poniedziałek dziewczynka zostało skierowana na
dwutygodniowy obóz rehabilitacyjny. Gdyby rzeczywiście znajdowało się w tak
krytycznym stanie jak się niesłusznie zarzuca, o żadnym wyjeździe do
sanatorium nie mogłoby być mowy.
Gips zdjęty za późno!
Do uszkodzeń mięśni, ani rozległego krwawienia - za co miałby być
odpowiedzialny toruński szpital, również nie doszło! Roksanka urodziła się 14
września. Po urodzeniu u niemowlaka stwierdzono zmiany chorobowe w budowie
nóżek. Konieczne było zastosowanie leczenia z użyciem gipsu. Gipsu nie
zakładał jednak toruński szpital, ale zupełnie inna placówka. Ponieważ
niemowlak rośnie bardzo szybko, gips powinien być zmieniany najpóźniej co 4-5
dni, najpóźniej po tygodniu.
Jednak do szpitala w Toruniu dziecko trafiło dopiero 28 października, z
rozległą opuchlizną. - Był to efekt zbyt długiej obecności gipsu. Lekarz
podjął decyzje o jego natychmiastowym ściągnięciu. Jest to rutynowy zabieg, z
którym bez trudu poradzi sobie student pierwszego roku medycyny. Tym razem
pojawiły się jednak komplikacje. Noga była spuchnięta, wręcz przyrośnięta do
gipsu. Stąd powstała rana, podczas jego ściągania - mówi Redzińska. "SE"
napisał o uszkodzeniu mięśni i wielkim krwotoku. Jest to nieprawdą, ponieważ
owe nacięcie miało 1,5 cm długości. - Broń boże nie twierdzę, że nie można
było ściągnąć gipsu bez uszkodzenia skóry. Gdyby zabieg taki był
przeprowadzony 4 tygodnie wcześniej, sprawy w ogóle by nie było - wyjaśnia
oskarżony przez gazetę lekarz.
Zemsta?
"SE" zarzuca również, że niemowlę u którego rozpoznano zapalenie skóry
trafiło najpierw na pediatrię, zamiast od razu na chirurgię. - U Roksanki
rozpoznano infekcję wewnętrzną, dlatego konieczne było jej wyleczenie właśnie
na tym oddziale. Musieliśmy uporać się z przeziębieniem, stąd skierowanie na
oddział pediatryczny - wyjaśnia Redzińska.
Orkiszewski zarzucił dyrekcji szpitala tuszowanie sprawy mimo, że
natychmiast po jego doniesieniu sprawę zbadało trzech innych lekarzy. Żaden z
nich nie dopatrzył się jakiegokolwiek błędu. - Jeżeli Orkiszewski uważa
inaczej niech zgłosi sprawę do prokuratury. Szpital nie zrobił nic złego i
nie ma nic do ukrycia. Zmowa milczenia jest zwykłym wymysłem. Dysponujemy
pełną dokumentacją tej sprawy, do której w każdej chwili można zajrzeć i
dowiedzieć się, jak było naprawdę - mówi Redzińska.
To prywatna rozgrywka między lekarzami
- Nie wiem, która z nas będzie miała dość odwagi, aby zawieźć ją
(Roksankę - K.S) znowu do Torunia - tak miała powiedzieć Dudzińskiemu (autor
tekstu w "SE") zakonnica opiekująca się dzieckiem. - Takie stwierdzenie jest
wierutnym kłamstwem i konfabulacją. W szpitalu w Toruniu pracują wspaniali
lekarze i pielęgniarki. Dzieci z którymi tu przyjeżdżamy na leczenie mają
zapewnioną doskonałą i troskliwą opiekę. Nikt nie pyta kto zapłaci za ich
pobyt, za udzieloną pomoc, za uratowanie zdrowia, a może nawet i życia. W tej
konkretnej sprawie, ale i we wszystkich innych mamy w stosunku do toruńskich
lekarzy ogromny dług wdzięczności. Są to wspaniali ludzie, a owa sensacja
będąca efektem chorej wyobraźni jej autorów, wygląda na prywatną rozgrywkę
między lekarzami. Nie mieliśmy i nie mamy żadnych zastrzeżeń do pracy
toruńskich lekarzy - mówi Maria Wingorska, dyrektor Domu Pomocy w Grabiu.
- Wyrabianie negatywnej opinii innym lekarzom przez doc. Orkiszewskiego
tylko dlatego, że zostało się zwolnionym z pracy uważam za nieetyczne -
kończy Redzińska.
W czwartek, w drugiej publikacji Super Expressu odnoszącej się do
rzekomego błędu w sztuce lekarskiej, doc. Marek Orkiszewski zapowiedział, że
po powrocie do szpitala dziecięcego będzie walczył z rażącymi zaniedbaniami i
błędami w sztuce lekarskiej, do których doszło podczas jego ponad pół rocznej
nieobecności. Jako przykład podał właśnie sprawę Roksanki. Sprawą
zainteresowała się prokuratura. Napiszemy co wyjaśniła. Dokładnie.
n
- Dzień przed ukazaniem się publikacji, we wtorek, o godz. 10.00 autor
artykułu w Super Expressie zapowiedział swoją wizytę w naszym szpitalu, celem
potwierdzenia doniesień od doc. Orkiszewskiego. Cały zespół lekarski
uczestniczący w leczeniu dziewczynki czekał aż do godz. 14.00. Redaktor nie
zjawił się - mówi Redzińska.
Kamil Sakałus Ps
15 Lutego 2003 "