Gość: iv
IP: *.internetdsl.tpnet.pl
16.01.05, 09:45
Rzeczpospolita
Anoda czy Rosół
Zmiany nazw ulic, placów, szkół budzą obecnie znudzenie, drwinę, zniecierpliwienie. Słusznie. Przecież zmiany adresów kosztują. W latach pięćdziesiątych rodzice zabierali mnie co roku na tzw. letnisko do Kępy Polskiej. Płynęło się tam Wisłą parostatkami o nazwach postaci historycznych. W Wyszogrodzie, Czerwińsku, Kępie, Płocku dziatwa wylegała na powitanie "Kościuszki", "Matejki", "Traugutta" oraz... "Marchlewskiego", "Dzierżyńskiego" i "Świerczewskiego". I ładnie oraz składnie rodziła się w młodych główkach historiozofia ojczystej ziemi, w której bohater narodowy kojarzył się z "bohaterem międzynarodowego ruchu robotniczego". Pojęcia te - wedle zacofanej historiografii - nijak się nie nakładały. A tu się przecież nałożyły. Tak trwale, jak w opisie Gogolowskiego bohatera, co to był źle skrojony, ale mocno zszyty.
Minęła właśnie kolejna rocznica śmierci Jana Rodowicza "Anody". Grupa byłych żołnierzy Batalionu AK "Zośka" wystąpiła o nazwanie imieniem kolegi jednej z ulic Ursynowa. Wywołała konsternację części radnych - tym bardziej że nowy patron ma zabrać ulicę staremu. Takim zresztą pseudonimem - "Stary" - posługiwał się Jan Rosół w konspiracji komunistycznej przed pierwszą wojną światową.
Miał siedemdziesiąt lat, kiedy umarł śmiercią naturalną w 1914 roku. Dwadzieścia lat wcześniej wraz z Adolfem Warskim i Julianem Marchlewskim zakładał Socjaldemokrację Królestwa Polskiego. Po kilku latach więzienia i zesłania odrodził tę partię, współdziałając z Feliksem Dzierżyńskim. SDKP - w odróżnieniu od partii robotniczych o polskim charakterze, jak PPS - uważała odzyskanie niepodległości przez Polskę jako sprzeczne z interesem europejskiej klasy robotniczej. Ideę tę najpełniej wyraziła Róża Luksemburg, która zresztą nie znała języka polskiego. Sądziła, prawdopodobnie patrząc na mapę wyrysowaną podczas kongresu wiedeńskiego, że polski proletariat jest zwyczajnie częścią niemieckiego bądź rosyjskiego. Dążenia niepodległościowe Polaków prowadziły - wedle niej i jej wiernych towarzyszy z SDKP - do storpedowania wielkiej sprawy ogólnoświatowej rewolucji. Owej to wielkiej sprawie oddał się Jan Rosół. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można też uznać, że gdyby towarzysz Rosół dożył 1920 roku, to podążałby w ślad za Armią Czerwoną na Warszawę razem z towarzyszami Dzierżyńskim i Marchlewskim. Nie dożył, ale i tak za czasów PRL uważany był za "chlubę polskiego ruchu robotniczego". Żeby zaś zostać "chlubą", trzeba było mieć obowiązkowo poglądy "internacjonalistyczne". I komu to dziś przeszkadza?
"Anoda" miał dwadzieścia pięć lat, kiedy w Wigilię 1948 roku zabrali go z domu funkcjonariusze bezpieki. Czy 7 stycznia 1949 roku sam wyskoczył z piątego piętra gmachu Informacji Wojskowej (dziś Ministerstwo Sprawiedliwości), kładąc kres okrutnemu śledztwu? Czy go wyrzucono? Chyba nigdy się tego nie dowiemy. Był jednym z tych chłopców, którzy z harcerstwa weszli wprost do walki zbrojnej. Walczył w słynnych Grupach Szturmowych. W akcji pod Arsenałem, kiedy odbijano "Rudego", dowodził tzw. sekcją butelkową, która obrzuciła wrogów ogniowymi koktajlami. Za walkę w podziemiu i w Powstaniu Warszawskim został odznaczony Krzyżem Virtuti Militari i dwukrotnie Krzyżem Walecznych. A powstanie przeszedł w kompanii "Felek" Batalionu "Zośka" od początku do końca - z Woli przez Starówkę po Powiśle i Czerniaków. Dwukrotnie ranny, cudem ocalał przeprawiony przez Wisłę pod koniec września. Jak mówią żyjący do dziś "zośkowcy" - na przykład Anna Jakubowska "Paulinka" czy Stanisław Krupa "Nita" - "Anoda" był najweselszym, najbardziej spontanicznym, najodważniejszym z nich. Toteż po niego funkcjonariusze bezpieki przyszli najpierw. Tuż po nim, w pierwszych tygodniach 1949 roku, uwięziono i torturowano niemal wszystkich żołnierzy harcerskich batalionów. Okupację hitlerowską i powstanie przeżył co czwarty, co piąty. I te właśnie niedobitki trafiły do więzień. Czy warto upamiętniać jednego z nich?
Część ursynowskich i stołecznych radnych jest, jak się zdaje, odmiennego zdania. - Rosół jest u nas od ponad ćwierćwiecza, dzieci tam wyrosły, ludzie się przyzwyczaili, dobrze, żeby nie powiedzieć smacznie się kojarzy, zmiany kosztują... - powiadają. - Czy nie wystarczy na Ursynowie zmiana nazwy ulicy Findera na Pileckiego? Po co to całe zamieszanie?
Na Ursynowie jest jeszcze ulica imienia ZWM (niewielu już pamięta, że to nie coś w rodzaju Szarych Szeregów, ale komunistyczna organizacja Związek Walki Młodych) oraz moskiewskiego agenta Ciszewskiego, którego największą zasługą jest to, że po odwołaniu z Polski ukatrupił go towarzysz Stalin. Te nazwy też nikomu nie przeszkadzają. Niedaleko są ulice: wielkiego historyka Stanisława Herbsta oraz wielkiego geografa Eugeniusza Romera. Prawda, jak się to wszystko świetnie nakłada i uzupełnia? Niemal jak "Dzierżyński" cumujący pod wiślaną skarpą obok "Traugutta"... •
MACIEJ ROSALAK