Gość: ispan
IP: *.bydgoszcz.cvx.ppp.tpnet.pl
18.04.03, 10:12
GAZETA POMORSKA:
Ciepło, coraz cieplej
Bydgoskie władze sprzedały niemieckiej firmie upadającą spółkę, która -
okazało się - prosperowała świetnie. Dziś wielu pyta: kto podał Niemcom na
tacy ten smaczny tort?
Jeszcze przed dwoma laty bydgoski Zarząd Miasta i prezes Komunalnego
Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej bili na alarm. Według nich firmie
zaglądało w oczy widmo bankructwa, a jedynym ratunkiem miał być nowy
wspólnik, który by pospłacał wszystkie długi. Tak też i zrobiono. Dziś
wychodzi na jaw, że gdy bydgoscy radni uchwalali sprzedaż udziałów KPEC,
zatajono przed nimi wiele faktów, a niektóre informacje były wręcz
nieprawdziwe!
Kłopoty KPEC zaczęły się od 1997 roku, który zamknięto ponad 11-
milionowymi stratami. W trzy lata później osiągnęły one już zawrotną sumę 40
mln zł. W tym czasie władzę w bydgoskim ratuszu przejęła już lewica.
Zarządzono wymianę zarządu spółki. Od lipca 1999 roku na jego czele stanął
Jerzy Żemojcin. Wcześniej rządził w "Formecie", "Romecie", "Bydgoskich
Cegielniach". Nowy prezes niezwłocznie wstąpił do SLD.
Kwiatek do kożucha
Żemojcin od początku nie krył, że jedyną szansą dla KPEC jest pozyskanie
inwestora strategicznego z zastrzykiem gotówki, który uzdrowi finanse firmy.
Plany te podzielali członkowie Zarządu Miasta. Uradzono, że trzeba podwyższyć
kapitał zakładowy spółki, a nowe udziały sprzedać. W styczniu 2000 roku
w "Rzeczypospolitej" opublikowano ogłoszenia zapraszające potencjalnych
nabywców do negocjacji. Zgłosiło się ich aż 9.
Pierwszej selekcji dokonano na podstawie... telefonicznych rozmów. Tylko
kilku chętnych zaproszono do KPEC, ale pełen wgląd do dokumentów spółki
otrzymały jedynie dwie niemieckie firmy. Ostatecznie na placu boju ostała się
spółka MVV ESCO z Mannheim.
Można się zastanawiać, po co zadawano sobie tyle trudu? Już w lutym 1999
roku ówczesna wiceprezydent Grażyna Ciemniak rozmawiała z przedstawicielami
MVV o współpracy dotyczącej eksploatacji i rozbudowy bydgoskiego
ciepłownictwa. W miesiąc później spółka przesłała do ratusza projekt umowy
koncesyjnej. W listopadzie 1999 roku MVV i władze Bydgoszczy podpisały list
intencyjny dotyczący przyszłej współpracy. Na jego podstawie specjaliści MVV
opracowali techniczną i ekonomiczną analizę KPEC. W listopadzie i grudniu
prezes Żemojcin wiele razy kursował do stolicy odwiedzając warszawskie
przedstawicielstwo MVV.
Prezes negocjuje
W minionych trzech latach, na podobną skalę, sprzedano udziały w
komunalnych spółkach ciepłowniczych m.in. w Gdańsku, Poznaniu i Szczecinie. W
tych dwóch ostatnich miastach do negocjacji powołano specjalne zespoły z
udziałem niezależnych specjalistów, zaś w Gdańsku zarządzono przetarg. W
Bydgoszczy główny ciężar rokowań z potencjalnymi nabywcami wziął na siebie
prezes Żemojcin. W ratuszu na próżno by dziś szukać ofert przesłanych przez
ośmiu odrzuconych inwestorów czy owego listu intencyjnego podpisanego przez
były Zarząd Miasta i MVV.
Wiodącą rolę KPEC w negocjacjach usankcjonowała uchwała Zarządu Miasta z
czerwca 2000 roku upoważniająca szefostwo spółki do określenia "szczegółowych
warunków podwyższenia kapitału" i podjęcia niezbędnych działań do wyboru
inwestora strategicznego. W 4 miesiące później władze Bydgoszczy udzieliły
prezesowi Żemojcinowi wyłącznych pełnomocnictw do negocjacji z MVV.
Efekty tych rokowań krytycznie zaopiniowały zainteresowane wydziały i
prawnicy Urzędu Miasta. W projektach umowy wskazano wiele zagrożeń dla
interesów miasta. Bydgoski zarząd przyjął te zastrzeżenia "do wiadomości" i
polecił Żemojcinowi robić swoje. W lipcu 2001 roku bydgoscy radni uchwalili
sprzedaż MVV udziałów na warunkach wynegocjowanych przez Żemojcina. Może
przekonały ich materiały dołączone do projektu uchwały przez Zarząd Miasta.
Jest w nich sporo przekłamań, a niewygodne fakty przemilczano.
Milioner, ale bankrut
Największym przekłamaniem jest stwierdzenie, że "spółka wyczerpała
możliwości pokrycia strat kapitałami własnymi". A naprawdę, w momencie
podejmowania uchwały, KPEC znajdował się w doskonałej kondycji ekonomicznej,
a perspektywy rysowały się jeszcze lepiej. Przypomnijmy: w 1997 roku firma
zanotowała 11 milionów strat, w 1998 - aż 20 milionów, w 1999 - 9,7 miliona.
Faktycznie w tym ostatnim roku KPEC jechał na stratach tylko do czerwca. W
lipcu, gdy powołano Żemojcina, weszły już w życie nowe podwyższone taryfy
opłat za ciepło i drugie półrocze skończyło się na małym plusie. Wtedy prezes
wdrożył drakoński program oszczędnościowy: na początek zwolnił 30 proc.
załogi i przerwał inwestycje, drastycznie ograniczył remonty.
Ponieważ jednak firma za 1999 rok przyniosła straty, po raz kolejny
zatwierdzono jej znaczne podwyżki cen ciepła. W połączeniu z programem
oszczędnościowym zaowocowało to w 2000 roku zyskiem w wysokości 6,7 mln zł.
Gdy w lipcu 2001 roku radni uchwalali sprzedaż udziałów KPEC, długi firmy
zmniejszyły się już z 40 do 30 milionów. Rok 2001 zamknięto zyskiem 10,2 mln
zł, a 2002 - 15,4 mln zł. Można więc zapytać, dlaczego mydlono radnym oczy,
że KPEC może uratować jedynie zastrzyk kapitału wniesiony przez nowego
wspólnika?
Jak okpić fiskusa
Owocem tej transakcji jest m.in. utrata przez miasto kontroli nad
spółką. Ratusz postawił prezesowi KPEC jeden twardy warunek: Bydgoszcz musi
dysponować większościowym pakietem w wysokości 51 proc. Żemojcin oddał jednak
Niemcom 55 proc. udziałów, a Zarząd Miasta i radni to zaakceptowali. Prezes
wyjaśnia mi, że był to zabieg "prawno-księgowy", by miasto mogło uniknąć
zapłaty 8-milionowego podatku. W zamian wynegocjował, że udziały Bydgoszczy
będą uprzywilejowane. Każdy otrzymał bowiem wartość 1,83 głosu, co łącznie
daje miastu 51 proc. głosów.
Zapis ten jest iluzją
Niemcy zagwarantowali sobie bowiem, że na 14 spraw wpisanych do
kompetencji zgromadzenia wspólników aż 12 musi zapaść większością dwóch
trzecich głosów. Dotyczy to m.in. zmiany umowy spółki, uchwalania rocznych
planów, podziału zysku czy odwołania członków zarządu. Może więc Bydgoszcz i
ma te 51 proc. głosów, ale bez zgody Niemców niczego nie przeforsuje. Przed
tymi właśnie zapisami przestrzegały podczas negocjacji wydziały i prawnicy
ratusza.
Podobnych pułapek jest znacznie więcej. Pod groźbą słonych odszkodowań
Bydgoszcz nie może sprzedać swoich udziałów, chyba że wcześniej zrobi to MVV.
Niemiecka firma zapewniła sobie też prawo do wyłącznego opiniowania,
zatwierdzania i nadzoru nad wykonaniem planów inwestycyjnych. Wbrew tym i
innym zapisom, w materiałach na sesję, z całą powagą zapewniono radnych, że
nowa umowa spółki zapewnia miastu ochronę jego praw.
Prezes Żemojcin też tak uważa. Wszystkie postanowienia projektu umowy
zatwierdził bowiem Zarząd Miasta, a także zgromadzenie wspólników, czyli
najwyższy organ spółki. Gdyby zaś uwzględniać wszystkie zgłaszane -
nieprzerwanie - uwagi urzędników i prawników z ratusza, negocjacje nigdy by
się nie zakończyły.
Kto się przeliczył
Na największy skandal zakrawa jednak wycena KPEC. Zadanie to powierzono
zagrożonej upadłością Kujawsko-Pomorskiej Agencji Rozwoju Regionalnego w
Bydgoszczy. Wysoki działacz SLD nie kryje, że była to "próba ratowania
Agencji". Cóż miała w sobie ta firma, że trzeba ją było ratować? Ano to, że
zarabiało w niej na chleb z masłem paru ludzi związanych z SLD. Prezes
Żemojcin, świeżo upieczony członek tej partii, machnął ręką na przetarg.
KPARR nie miała żadnych doświadczeń ani kadr, by wykonać to zlecenie.
Wystąpiła jedynie w roli pośrednika i, oczywiście, pobrała marżę.
Ostatecznej wyceny firmy dokonali w maju 2001 roku pracownicy Akademii
Ekonomicznej w Poznaniu. Doliczyli się 84 mln zł. Choć w kolejnych latach
systematycznie malały straty, a w 2000 roku firma osiągnęła prawie
siedmiomilionowy