Sytuacja jest właściwie prosta - chodzi o drugie dziecko. Mam 33 lata, mąż
jest 2 lata starszy, nasz syn w tym roku skończył 4 latka. Oboje pracujemy,
lubię swoja pracę i po kilku "okrężnych" rozmowach z szefem mam wrażenie, że
po urodzeniu dziecka miałabym gdzie wrócić ale ...
Ale mąż na razie nie zgadza się na drugie dziecko. Każdą rozmowę kończy
konkluzją, że jeszcze nie teraz - może za rok, może za 3 lata. Mamy
mieszkanie, dwie pensje, stary ale wciąż jeżdżący samochód. Nie mogę
powiedzieć, że nie mamy kłopotów finansowych ale zwykle sobie radzimy. Fakt -
nie mamy oszczędności ale kto je ma przy dzisiejszych cenach i płacach ?
Poczekać, poczekać ? Ile jeszcze ? Mały ma 4 lata, chciałabym żeby miał
rodzeństwo już niedługo. Zresztą to przecież nie chodzi o towarzystwo dla
syna, chodzi o to, że ja bardzo pragnę drugiego dziecka, chcę je czuć w
sobie, wychowywać, cieszyć się z tego jak rośnie... Mówiłam mu o tym, że ja
BARDZO tego chcę, jednak on ma zawsze argumenty na NIE. No i tu pojawia się
problem natury etycznej. Mam założoną spiralkę - trzeci rok. W każdej chwili
mogę ją wyjąć - problem tylko w tym, że jeśli CHCĘ dziecka już teraz to
musiałabym ją wyjąć nic nie mówiąc mężowi. I nie chodzi tu o to co powiedzieć
itp., bo przecież jeśli się chce to zawsze można coś wymyślić. Chodzi raczej
o moje rozdarcie. Z jednej strony ja tak STRASZNIE chcę dziecka, wiem, że
gdyby się urodziło mąż byłby wspaniałym ojcem. Z drugiej strony kocham męża,
chcę żeby dziecko było NASZE wspólne od chwili zaplanowania, nie chcę go
oszukiwać

Tylko kiedy w nocy leżę obok niego w łóżku kładę dłoń na brzuchu
i czekam na ruch w środku i tylko cicho płaczę.
I sama już nie wiem, bo każda decyzja przynosi ból ...