Od miesiąca jestem posiadaczką psa. Nie dlatego że bardzo chciałam, ani że sobie to zaplanowałam. Pewnej niedzieli wybrałam się do lasu na spacer a pies przywiązany był do drzewa sznurkiem do słomy, na potrójną pętelkę. Zero szans na przeżycie no chyba że ktoś znajdzie. Znaleźliśmy my, pies cały w kleszczach, chudy, brudny i cholernie przestraszony. Maszynka do usuwania kleszczy, porządna kąpiel, dwa dni spania właściwie bez przerwy. Felek (bo takie imię dostał) bał się właściwie wszystkiego, i oglądał za wysokimi blondynkami w jaskrawej odzieży. Weterynarz ocenił wiek na jakieś 4 miesiące, kim trzeba być by psie dziecko przywiązać do drzewa?
Felek kocha mnie miłością bezgraniczną, co oczywiście bywa i kłopotliwe, bo chciałby się cały czas przytulać i całować

Trochę cierpi na lęk separacyjny, ale zostaje w domu ładnie, od kiedy wie że zawsze wracamy.
W ciągu miesiąca wyrósł z niego pewny siebie łobuz za którym szaleje cała rodzina moja i mojego narzeczonego. Jest kobieciarzem, żaden mężczyzna nie ma takich względów jak znane mu kobiety.
Ja po każdym spacerze na którym jest chwalony pod niebiosa (Felek to najprawdopodobniej niemiecki terier myśliwski), po każdym przytuleniu i każdej zabawie, ciągle zastanawiam się jak można było zostawić tak cudowne zwierze. I chociaż trauma Felka minęła już i jest coraz lepiej, ja w sobie pielęgnuje uczucie traumy wobec ludzi, mimowolnie.
www.dropbox.com/s/s7tq220ogea6o6e/2014-09-27%2007.52.14.jpg?dl=0