Dodaj do ulubionych

Szczęście...

16.06.02, 11:18
Na przystanku podszedł do mnie facet o kulach, koło pięćdziesiątki, nieco
zaniedbany, prawie bezzębny. Zapytał, jak dojechać do poczty. - Wie pan, tym
autobusem pan nie dojedzie, będzie sie pan musiał przesiąść i wsiąść w... Tylko
pewnie pan poczeka, bo dzisiaj rzadko kursują. Może też pan pojechać
bezpośrednio, ale od przystanku będzie wtedy jakieś pół kilometra.
- to bardzo dobrze - ożywił się facet.- Bo wie pani, lekarz kazał mi
gimnastykować tego kikuta (wskazał na nogawkę spodni, która nie robiła wrażenia
pustej).
Zaczęliśmy rozmawiać. Dwa miesiące temu po raz kolejny ciachnęli mu kawałek
nogi. Za każdym razem było wyżej i wyżej. Teraz na wysokości uda. Facet lekko
podciągnął nogawkę i pokazał metalową konstrukcję powiązaną pasami. Nie
wiedziałam, co mam powiedzieć...
Wie pani, że teraz jestem strasznie szczęśliwy. Tak mnie straaasznie bolało.
Nie dawali mi już nadziei. Ale żyję. I pewnie jeszcze długo pożyję.
Autobus zatrzymał się na naszym przystanku. Długo czekał, zanim facet
wygramolił się i stanął o kulach na chodniku.
- Do widzenia pani, przyjemnego dnia, powiedział. I uśmiechnięty powoli zaczął
się przemieszczać w stronę poczty....
Obserwuj wątek
    • Gość: sombre Re: Szczęście... IP: *.starogard.dialup.inetia.pl 16.06.02, 13:16
      Iwa? Spotykasz ciekawego ludzia beze mnie??? Yych :)

      P.S. A tak btw, polecam dziś program o 23.10 w publicznej Dwójce.
      Kogo jak kogo, ale pana Kołakowskiego to lubię słuchać.
      • iwa.ja Re: Szczęście... 16.06.02, 13:46
        Studiowałam w Krakowie z jego bratankiem. Chyba nie dojadę na czas do
        telewizora. Przecież, jak wiesz Sombre, mamy naradę o uszczęśliwianiu
        zwierzątek w schronisku. Możesz jeszcze zdążyć. A w ogóle (przejściowe)
        gratulacje!!!
        A, jeszcze o tym tytułowym szczęściarzu. Gdy już wysiedliśmy z autobusu,
        pokazałam mu dom gdzieś daleko. - widzi pan ten dom? zaraz obok jest poczta.
        - widzę, widzę, przecież oczy mam zdrowe, hahaha - odpowiedział....
        • Gość: sombre Re: Szczęście... IP: *.starogard.dialup.inetia.pl 16.06.02, 14:38
          Zaraz, zaraz... jak to przejściowe??? To do kogo one potem przejdą? ;))

          A ja wczoraj oglądałem program o różnych małpach i orangutanach zagrożonych
          wyginięciem. I nie zapomnę takiej sceny: dwa młode małpiaki schwytane przez
          jakichś dzikich handlarzy, zamknięte w drewnianej klatce. Te młodziaki były tak
          śmiertelnie wystraszone, że leżały mocno wtulone w siebie, obejmowały się
          niczym ludzcy kochankowie... i tylko ich dziecięce małpie buźki łypały z
          przerażeniem, co teraz z nimi będzie? Normalnie jakby złapać trzylatki ludzkie
          i zamknąć nago do klatki. Syf.
          To tyle, tak wcale nie btw.

          P.S. Za gratulations dzieńks oczywisty :)
          • iwa.ja Re: Szczęście... 16.06.02, 14:44
            Jak będzie finał, to będą końcowe.
            Taaa, na dzisiejszej naradzie pewnie padnie postulat, żeby do schroniska wziąć
            dużo chusteczek do wycierania oczu. Już mi wilgotnieją...
            • Gość: Carioca Re: Szczęście... IP: *.dip.t-dialin.net 16.06.02, 22:35
              Ide do auta...
              Na chodniku dla pieszysz widze:
              Kleczaca kobiete i trzymajaca dziecko (ca. 5 lat) w swych objeciach.
              Dziecko mialo zakrwawione nogi do kolan, matka rece do lokci i kolana.
              Przerazajacy widok, w okolo unosil sie zapach swiezej krwi...widok i zapach
              pozostanie na dlugo w mej pamieci.
              Podeszlam pytajac; co sie stalo i czy moge byc pomocna ...?
              Matka z lzami w oczach powiedziala: " syn moj nadepnal na dno stluczonej
              buteki, strasznie krwawi, nie mam jak powiadomic pogotowie...nie wiem co robic,
              jak pomoc... ?!!!"

              Widze, ze dziecko zasypia, nie placze juz, juz nie... jest wyjatkowo spokojne,
              byc moze czuje sie juz bezpiecznie w objeciach matki, byc moze nie czuje bolu,
              moze szok, a moze traci przytomnosc ? - nie wiem.
              Wyjelam apteczke z auta...
              Nie czekajac na ciag dalszy opowiesci matki, wzielam komorke do reki i dzwonie
              na pogotowie.

              Pierwsza proba, slysze :
              " wszystkie linie sa zajete, prosze sprobowac pozniej jeszcze raz ".

              Druga proba :
              Ta sama odpowiedz.

              Trzecia proba :
              Ponownie nic...( no comments )

              Malenstwo zasypia, nie reaguje na slowa, otoczenie.
              Matka usiluje go budzic, ( widze w jej oczach panike i strach ), delikatnie
              uderza malenstwo po policzkach nie przerywajac dziecko przytulac i pocieszac ze
              lzami w oczach.
              Minelo juz 15 minut, wyjatkowo dlugich...

              Czwarta proba: Hurra ! Udalo sie, jest polaczenie !
              W sluchawce slysze tasme:
              Prosze czekac, prosze czekac...
              Na szczescie tym razem nie trwalo to dlugo, uffff....
              Powiedzialam: co stalo sie i gdzie maja przyjechac ?

              Ponownie oczekiwania, nerwy, uczucie bezsilnosci i nadzieja w sercu...
              Nerwowe spojrzenia na dziecko, matke, ulice i zegarek.
              W okolo zbiera sie tlum ciekawskich i dzieci.

              Nastepne 15 minut...zanim uslyszelismy, ze pogotowie jest w poblizu.
              Ludzie wybiegaja na ulice, zatrzymujac ruch ...
              Sa juz ( dzieki Boze ! ), przyjechali na sygnale...ufff...ulga i nadzieja w
              sercach.
              Szybka reakcja pracownikow pogotowia: opatrunek, kroplowka i odjechali na
              sygnale...

              Podazylam swoja droga..........

              Do dzis nie wiem, jak temu dziecku powodzi sie ?
              Mam nadzieje, ze juz zapomnial i biega usmiechniete, cieszac sie zyciem.
              Nie dopuszczam mysli do siebie, ze mogloby byc dla malenstwa juz za pozno.
              2001 rok - brak pomocy lekarskiej z powodu problemow lacznosci, zlej
              organizacji, itd...to jest dla mnie "skandal" !

              Szczesciem bylo, ze akurat tego dnia poszlam inna niz zwykle droga.
              • belissarius Re: Szczęście... 17.06.02, 07:04
                W Ameryce trochę z tym lepiej, ale nie bardzo. Gdy sąsiedzi pokłócili się (on ją bił, ona jego, dzieci
                płakały) zadzwoniłem 911 i byli w ciągu 3 minut. Gdy moja żona upadła w łazience, wstała, upadła
                ponownie, a gdy ją podnieśliśmy zaczęła nam lecieć przez ręce, byli po 2 minutach. Najpierw straż,
                potem policja, a tuż za nią pogotowie. Pomagających było więcej niż trzeba. Ale gdy znajomy (w innej
                dzielnicy) znalazł pod garażem umierającego mężczyznę z ranami kłutymi w klatce piersiowej, to
                czekał dobre 15 minut i facet się zwyczajnie wykrwawił...
                • iwa.ja proszę Państwa, 17.06.02, 07:16
                  Trochę nam się ten wątek zdewiował, aczkolwiek za wypowiedzi serdecznie
                  dziękuję. Chodziło mi raczej o zdefiniowanie, ile minijednostek szcześcia
                  potrzeba, żebyśmy czuli się szczęśliwi. Facet rozpoczynający wątek z pewnością
                  jest szczęśliwy. A spójrzcie na fora "psychologia", "kobieta" itd. Ileż tam
                  urojonych dramatów - oczywiście nie wartościuję, bo dla piętnastoletniej
                  dziewczyny, przepraszam, brak widoków na pozbycie się dziewictwa (gdy jej
                  koleżanki już dawno..) może być dramatem. Ale jeżeli facet o tak ciężkim
                  inwalidztwie "idzie skacząc po górach"! Coś jest na rzeczy.
                  Dawniej, mam wrażenie, człowiek łatwiej zaspakajał się minijednostkami
                  szczęścia. Jeżeli na kartkę pt. "woł.ciel. z kością" pani mięsna sprzedała
                  parówki dla dziecka, jeżeli przypadkiem przechodząc koło "Mody Polskiej"
                  zajrzałam, stanęłam w kolejce i kupiłam "Milupę"....
                  Ojej, tak refleksyjnie od samego poniedziałku? Co mi się stało?
                  • Gość: Green Re: proszę Państwa, IP: *.big.pl / 172.16.1.* 17.06.02, 09:15
                    Wiesz Iwo? Ludzie, i jest to całkiem normalne, nie potrafią cenić tego co mają.
                    Nie zauważają, że są zdrowi, że mają rodzinę, że ktoś ich kocha, że mają
                    przyzwoitą pracę... Zawsze im źle. To jest potrzebne, bo nie byłoby zadnego
                    postępu gdydy nie to. Ale z drugiej strony, czasem warto sobie uświadomić jak
                    nam dobrze. A najłatwiej to zrozumieć przez porównanie. Polecam reportaże z
                    domów dziecka, umieralni dla staruszków, szpitali itp. Zaraz człowiek inaczej
                    spogląda na swoje życie.
                    A poza tym człowiek, z którym rozmawiałaś, jest 100% potwierdzeniem
                    prawdziwości starej żydowskiej przypowieści o kozie.
                    Dobrze czasami pomyśleć jak nam dobrze...
                  • Gość: Green Z innej skrzynki IP: *.big.pl / 172.16.1.* 17.06.02, 09:20
                    A tak całkiem na marginesu, to czas na nowy wątek dla rzygaczy - tamten
                    zapchany... Iwo! do roboty!
    • petelka Re: Szczęście... 17.06.02, 11:24
      Już parę razy dochodziłam do wniosku, że szczęściem jest nieobecność
      cierpienia... Ale żeby to sobie uświadomić najpierw trzeba to cierpienie
      przeżyć...
      • Gość: Green Re: Szczęście... IP: *.big.pl / 172.16.1.* 17.06.02, 12:12
        Albo na jakiś czas stracić to co się miało...
        • petelka Re: Szczęście... 17.06.02, 12:22
          Czyżbysmy więc dochodzili do konkluzji, że szczęście nie istnieje jako coś
          samoistnego ale stanowi tylko zaprzeczenie nieszczęścia???
          • zoppoter Re: Szczęście... 17.06.02, 13:06
            petelka napisał(a):

            > Czyżbysmy więc dochodzili do konkluzji, że szczęście nie istnieje jako coś
            > samoistnego ale stanowi tylko zaprzeczenie nieszczęścia???

            Albo odwrotnie, hi hi hi
            • iwa.ja Re: Szczęście... 17.06.02, 18:24
              Och, nie, nie, nie tylko. Trzymam w pamięci kilka przykładów, kiedy czulam się
              naprawdę szczęśliwa (co nie znaczy, że nie było innych, tylko czasami
              człowiek "szczęście" traktuje jak coś normalnego).
              1. kiedy dowiedziałam się, że koszmarne wyniki badań lekarskich nie są moje;
              2. kiedy w czasach wojującej komuny zbliżałam sie na promie (po raz pierwszy w
              życiu) do wybrzeży Albionu.
              3. Kiedy zdałam bardzo prestiżowy egzamin.
              4. Kiedy moje dziecko, olewające wszystko, dostało się na studia.
              5. Kiedy po paru latach niebytu znowu pojechałam w Tatry.

              Szczęście, jak widać, niejedno ma imię. Ale ten facet mi zaimponował.
              Rzeczywiscie, jak napisał Green, czasami, żeby zrozumieć, trzeba pozbyć się
              kozy...
              • germanus Re: Szczęście... 18.06.02, 20:46
                W naszym zespole dwunastu (!) matematyków trzem w ciągu miesiąca coś się
                przydarzyło. Najpierw jednemu z nich zmarła matka, miała raka, bywa, niby nic
                wielkiego, tyle że nie taka stara jeszcze. Ale bardzo to przeżył. Za chwilę mąż
                koleżanki miał straszny wypadek, walnął go czołowo taki typowy małolat, co to
                nawet na kilku metrach i samych zakrętach musi walić stówą pod prąd. Małolat
                zginął, mąż ciężko połamany odleży co najmniej pół roku. Po tygodniu innemu
                koledze zmarła niespodzianie na serce żona. Został z dwójką nieletnich dzieci.
                Najlepsze było wzajemne pocieszanie się i opieka okazana im wszystkim przez
                zespół. Gdybym nie widzial, i nie słyszał, i nie brał w tym udziału, nie
                uwierzyłbym. Są na świecie fajni ludzie...
                • lucy_z Re: Szczęście... 18.06.02, 21:09
                  germanus napisał(a):

                  > W naszym zespole dwunastu (!) matematyków trzem w ciągu miesiąca coś się
                  > przydarzyło. Najpierw jednemu z nich zmarła matka, miała raka, bywa, niby nic
                  > wielkiego, tyle że nie taka stara jeszcze. Ale bardzo to przeżył. Za chwilę mąż
                  >
                  > koleżanki miał straszny wypadek, walnął go czołowo taki typowy małolat, co to
                  > nawet na kilku metrach i samych zakrętach musi walić stówą pod prąd. Małolat
                  > zginął, mąż ciężko połamany odleży co najmniej pół roku. Po tygodniu innemu
                  > koledze zmarła niespodzianie na serce żona. Został z dwójką nieletnich dzieci.
                  > Najlepsze było wzajemne pocieszanie się i opieka okazana im wszystkim przez
                  > zespół. Gdybym nie widzial, i nie słyszał, i nie brał w tym udziału, nie
                  > uwierzyłbym. Są na świecie fajni ludzie...

                  Raczej tu napisałeś o samych nieszczęściach i aż się wierzyć nie chce, że takie
                  jakieś fatum nad tą grupą zawisło! A chyba ludzie ci wzajemnie się wspierająć
                  zobaczyli, że mogą liczyć na siebie, na współczucie, na pomoc??? To rzeczywiśce
                  w pewnym sensie jest szczęście, tak się dobrać!!! :)
                • iwa.ja Re: Szczęście... 18.06.02, 21:35
                  I mamy jeszcze jeden wymiar szczęścia: życzliwość innych. Szkoda tylko, że
                  dopóki nie musimy tego przetestować, na ogół nie wiemy, że jesteśmy
                  szczęśliwi...
                  coś jest w tym, co napisała Pętelka. Odbić się od dna, żeby zasmakować
                  szczęście?
    • petelka Re: Szczęście niejedno ma imię (1) 19.06.02, 11:12
      "Szczęście, jak widać, niejedno ma imię" napisała Iwa. No to takie różne imiona
      szczęścia...
      Wybraliśmy się w zeszłym roku na niedzielny wypad w Bory Tucholskie. Po
      całodziennej wędrówce, tak 20-30 kilometrowej przyszedł czas na powrót. Na
      przystanku PKS, okazało się że ostatni i jedyny autobus jechał parę godzin
      temu. Z mapy wynikało, że do najbliższej, większej miejscowości będzie tak z 15-
      16 km. Ale cóż robić? Zacisnęliśmy zęby i ruszyliśmy szosą. I wyobraźcie sobie
      nasze szczęście, gdy po przejściu ok. 4 km udało nam się w ostatniej munucie
      złapać wyjeżdżający z bocznej drogi autobus...:)))
    • petelka Re: Szczęście niejedno ma imię (2) 19.06.02, 11:17
      Ale takie najgłębsze, bezwarunkowe chwile szczęścia to łapię np. gdy zanurzam
      się w ciemnozielonej tafli rozgrzanego słońcem jeziora. Lub gdy balastuję na
      burcie żaglówki a wiatr świszcze w żaglach. Lub gdy leżę na kwitnącej łące,
      bezmyślnie gapiąc się w przepływające górą chmurki...
    • petelka Re: Szczęście niejedno ma imię - pieskie szczęście 19.06.02, 11:24
      Iwa, przepraszam Cię bardzo, że wracam do tematu, ale historyjka ta mocno we
      mnie siedzi, a poza tym... przecież będzie o szczęściu.
      Tak pokrótce. W zeszłym roku, w ośrodku wczasowym na Kaszubach ktoś pozostawił
      pieska. No bo mu się znudził, albo za dużo obowiązków, albo coś podobnego.
      Sunia przebiedowała jakoś zimę, na wiosnę urodziła małe. Zaczął się nowy sezon,
      przyjechali nowi ludzie. Psiakiem zaopiekowała się para młodych ludzi i
      zdecydowała się zabrać ją do Gdańska (czekają tylko aż odchowa małe). No ale
      miało być o szczęściu... trzeba widzieć to szczęście w oczach suni, gdy łasi
      się do nowych właścicieli...
      • belissarius Re: Szczęście niejedno ma imię 20.06.02, 07:05
        Tak, to jeszcze jeden dowod, ze szczescie niejedno ma imie. Dodam tylko, ze
        szczescie, tak samo jak i nieszczescie, dopada nas zazwyczaj niespodziewanie,
        zupelnie nieprzygotowanych. I wowczas popelniamy bledy - tak bardzo chcemy to
        szczescie zachowac na dluzej. A ono jest przeciez chwila tylko, mgnieniem. Moj
        przyjaciel zakochal sie z wzajemnoscia w dziewczynie 20 lat mlodszej... Co tam
        bylo miedzy nimi nie wiem, ale w koncu ona odeszla (caly ten romas trwal kilka
        miesiecy). To bylo 4 lata temu, a on do dzis wspomina z ogromnym zalem... Bylo
        szczescie i zniknelo... Nie da sie go utrzymac.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka