Czy po jednej serii badań na pasożyty (trzykrotne badanie w odstępach 5-7 dni) można je ostatecznie wyeliminować?
Sytuacja u nas wygląda tak: 6-latek ze stwierdzoną alergią wziewną na:
- pyłki drzew (leszczyna, olcha, brzoza, wierzba, topola)
- zbóż (żyto)
- trawy, chwasty (bylica, babka pospolita),
- a także pokarmy związane z nimi: pietruszka, seler, orzechy.
- oprócz tego sierści: kot, słabo pies i chomik (ale tych zwierzątek nie mamy)
Nic innego nie wyszło. Objawy alergii następujące: zatkany nos, kichanie- nawet poza okresem pylenia, sucha atopowa skóra cały rok, duszności i objawy astmy sezonowej oczywiście, no i przeróżne zmiany skórne-od stycznia do czerwca pokrzywka. W tym i w ubiegłym roku egzema na rękach (rozdrapuje nadgarstki, zewn. strona dłoni też) trochę jakby naderwane uszy.
Alergolog stwierdził, że jesteśmy w domu i ta jego alergia jest bardzo "ukierunkowana" i to wszystko ze sobą powiązane. Ja oczywiście z tym nie dyskutuję, ale
zastanawiam się jak to możliwe, aby w styczniu, lutym, kiedy są opady śniegu, jest mróz, była tak silna reakcja? Faktycznie poziom reakcji na alergen w testach skórnych bardzo duży, najwyższy właśnie na leszczynę i olchę, które właśnie teraz pylą. Reszta przed nami.
Czy ktoś ma/miał podobna sytuację, coś wie na ten temat? Jakoś nie dowierzam w teorię pyłkową w styczniu i lutym. Czy jest sens ponawiać badania na pasożyty? Pod względem pokarmówki nic takiego nie wyszło, co by nie miało związku z pyłkami i czego byśmy nie pilnowali aby nie jadł-sprawdzamy wszystkie etykiety nawet pod kątem śladowych ilości.
Będę Wam wdzięczna za rady wszelkie