Dodaj do ulubionych

Feministki wystraszyły ojców

28.11.07, 21:52
Dobry artykuł! Szkoda, że redakcja nie zaczęła pod nim
www.gazetawyborcza.pl/1,86545,4714515.html dyskusji. Zgadzam
się z nim w 95% - nie zgadzam się tylko ze stwierdzeniem, że zarodek
to człowiek - ale to margines tematu. Na szczęście dla moich dwojga
dzieci udało nam się z żoną podzielić role mniej więcej jak dr
Pulikowski sugeruje. Żona zajmowała się niemowlakiem, a ja starszym
dzieckiem. Teraz oboje dzieci już jest po doktoratach i są
samodzielni. Kwinetesencja tkwi w tym, że mężczyzna i kobieta nie są
tacy sami, ani fizycznie, ani psychicznie. Powinni mieć równe prawa
ale obowiązki powinni dzielić zależnie od swoich predyspozycji -
dokładnie jak w artykule jest to sugerowane.
Obserwuj wątek
    • haganna Re: Feministki wystraszyły ojców 28.11.07, 22:01
      A ja uważam, że facet jest kretynem do kwadratu i niech się lepiej
      zajmie tym swoim budownictwem a nie "filozofowaniem" o ojcostwie i o
      roli kobiety i mężczyzny. Czytanie jego wypowiedzi aż boli.
      Takie pseudo-teorie jakie on wygłasza są bardzo szkodliwe, nie
      mówiąc o tym, że są bzdurą.
      Mężczyzna słyszy płacz dziecka, a kobieta "rozumie" ten płacz.
      Większej głupoty nie słyszałam!
      Kobieta ma się wycofywać z wychowywania dziecka w miarę jak ono
      dorasta, a rolę wychowawcy ma przejmować mężczyzna? Bo co - on jest
      mądrzejszy? Bardziej inteligentny? Bardziej zna życie? A kobieta to
      głupią gęsią jest?
      No kretyn z tego Pulikowskiego.
      • Gość: knapi Re: Feministki wystraszyły ojców IP: *.internetdsl.tpnet.pl 28.11.07, 22:48
      • Gość: m Re: Feministki wystraszyły ojców IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 29.11.07, 00:22
        Jednej rzeczy nie rozumiem, a interesuje mnie to bardzo, więc spytam
        ze szczerej ciekawości i proszę o sensowną odpowiedź.

        Skoro feministki są aż tak zaangażowane w idee równości, są za
        wielością opinii i zwalczaniem stereotypów et cetera, to dlaczego
        tak negatywnie reagują na fakt, że istnieją i mają się dobrze
        rodziny, w których działa tzw. tradycyjne podział ról (matka się
        opiekuje, ojciec kieruje rozwojem dziecka). Widocznie to się
        sprawdza, sprawdzało się i sprawdzać się będzie - po prostu
        niektórzy ludzie tak właśnie widzą rodzinę, wychowano ich w ten
        sposób, to im odpowiada, w tym się odnajdują i tak dalej. I co, tak
        trudno to przełnąć, bo nie zgadza się z ideologią? Czy fakt, że
        pewni ludzie mają konserwatywne poglądy i głoszą je w sposób nie
        mniej, ale i nie bardziej bezkompromisowy niż to, co można usłyszeć
        z ust aktywnych działaczek różnych ruchów feministycznych -
        usprawiedliwia nazywanie takich ludzi "kretynami do kwadratu", a
        zasad, na podstawie których sami się wychowali i wychowali swoje
        dzieci "bzdurami"?

        Proponuję pozwolić każdemu na założenie takiej rodziny, jaka mu
        pasuje - symetrycznej czy też opartej o zróżnicowanie ról i
        obowiązków - i pozwolić każdemu do woli głosić swoje poglądy na
        życie.

        Od siebie dodam, że ani rodziny opartej o przesadnie
        konserwatywne "nauki życiowe" tego gościa, ani rodziny w której
        tatuś jest mamusią a mamusia tatusiem nie uważam za ideał - ale co
        komu odpowiada. ;]

        pozdrawiam
        • haganna Re: Feministki wystraszyły ojców 29.11.07, 01:50
          A powiedz mi co oznacza to, że "matka się opiekuje, ojciec kieruje
          rozwojem"?
          Dla mnie ten pan jest przedstawicielem ludzi, którzy kurczowo
          trzymają się dawnego pojmowania rodziny, nie potrafiąc dostrzec, że
          czasy i okoliczności dawno już się zmieniły i że obecnie kobiety
          studiują, pracują, podróżują. Nagle okazuje się, że często radzą
          sobie w tej rzeczywistości lepiej niż mężczyźni. Co robi mężczyzna?
          Zamiast próbować się zmienić trzyma się kurczowo tego, co WYDAJE mu
          się, że zna, pozostając ślepym i głuchym na to, co się wokół niego
          dzieje.
          Nazwałam tego pana kretynem, a to, co głosi bzdurami, ponieważ śmiem
          twierdzić, że nie zadał on sobie trudu przeczytania choćby jednej
          publikacji z dziedziny psychologii dziecięcej, czy psychologii w
          ogóle (nie licząc zapewne Radia Maryja i posła Marka Jurka) ;).
          Postulat o braku "obecności" ojca w życiu małego dziecka i włączenie
          się w jego wychowanie dopiero po osiągnięciu przez nie wieku kilku,
          kilkunastu lat to jakieś kosmiczne nieporozumienie. Dla mnie nie do
          przyjęcia i nie do pomyślenia.
          • Gość: kami Re: Feministki wystraszyły ojców IP: *.k2.pl 29.11.07, 12:53
            to pierwszy moj komentarz na gazecie. dalczego go pisze? bo nie moge tego czytac.
            otoz haganno, nie znam Cie ale smiem stweirdzic w ciemno, ze ten pan ma lepsze
            przygotowanie psychologiczne w temacie niz Ty.
            a temu co mowei psychologia z pewnoscia nie przeczy - to juz dodaje z wlasnego
            wyksztalcenia
            • Gość: feministka Re: Feministki wystraszyły ojców IP: *.internetdsl.tpnet.pl 29.11.07, 14:34
              A jednak coś w jej poście jest, i to coś bardzo ważnego - włączanie
              się ojca w opiekę nad dzieckiem dopiero, gdy podrośnie, jest
              nieporozumieniem, tak samo, jak nazywanie opiekunem i "kierownikiem"
              rozwoju kogoś, kto całą opiekę pozostawia w rękach matki, oraz
              żądanie od tejże matki usunięcia się w cień, gdy dziecko podrośnie.

              Jesli nawet ten pan "psychologizuje", to zapewne wybiórczo, biorąc,
              co mu trzeba, ze starszych autorytetów w dziedzinie (zapewne głównie
              z Freuda i Lacana), pomijając zaś milczeniem cały dorobek ostatnich
              dziesięcioleci, oparty nie na swoistej filozofii psychoanalizy
              (czyli tym, co się Freudowi czy Lacanowi wydawało), a na rzetelnych,
              udokumentowanych i powtarzalnymi badaniach nad rozwojem dziecka i
              rolą rodziców w tymże rozwoju.

              Kretynem nie jest, za coś ten doktorat przecież dostał (chociaż
              Politechnika Poznańska do elity szkolnictwa nie należy). tyle, że
              poglądy ma równie zakorzenione w realiach jak nie przymierzając
              Korwin-Mikke...
            • bene_gesserit Re: Feministki wystraszyły ojców 01.12.07, 16:49
              Gość portalu: kami napisał(a):

              > a temu co mowei psychologia z pewnoscia nie przeczy - to juz
              dodaje z wlasnego
              > wyksztalcenia

              Mozesz wskazac publikacje, ktore by to potwierdzaly? Wystarcza
              tytuly albo chociaz nazwiska naukowcow, ktorych badania potwierdzaly
              by twoje stanowisko, reszte sobie znajde sama, dzieki z gory.
        • Gość: feministka Re: Feministki wystraszyły ojców IP: *.internetdsl.tpnet.pl 29.11.07, 14:58
          > Skoro feministki są aż tak zaangażowane w idee równości, są za
          > wielością opinii i zwalczaniem stereotypów et cetera, to dlaczego
          > tak negatywnie reagują na fakt, że istnieją i mają się dobrze
          > rodziny, w których działa tzw. tradycyjne podział ról (matka się
          > opiekuje, ojciec kieruje rozwojem dziecka).
          A kto powiedział, że negatywnie reagują na to, że rodziny tradycyjne
          istnieją, JEŚLI mają sie dobrze?
          Może najpierw krótkie wyjaśnienie: feminizm to w dużym uproszczeniu
          (bo feminizmów jest wiele, tak jak katolicyzmów) filozofia wolności,
          to powiedzenie kobiecie "masz prawo zarówno robić karierę, jak i
          siedzieć w domu albo łączyć obydwa. Ważne, żeby to był Twój wybór, i
          to wybór świadomy, nie wymuszony przez konwenanse, otoczenie, opinie
          innych o tym, co powinnaś robić i kim powinnaś być". Wygląda to
          bardzo ładnie i zachęcająco, ale jak każda wolność, feminizm ma
          swoją cenę - odpowiedzialność za swój wybór i drogę usłaną bardziej
          kamieniami, niż różami, szczególnie jeśli kobieta decyduje się
          łączyć karierę i dom, albo "płynie pod prąd" i wybiera niezgodnie z
          obyczajem.

          Spotykając rodzinę tradycyjną feministka może więc co najwyżej
          wyrazić wątpliwość, czy kobieta nie jest wyzyskiwana przy podziale
          obowiązków i czy miała wybór (w bardzo szerokim rozumieniu tego
          słowa - zarówno czy wybór dał jej mąż, jak i czy nie wdrukowano jej
          w dzieciństwie, że "tradycyjna rodzina" to jedyna akceptowalna
          droga). Jeśli krytykuje, to nie świadomy wybór kobiety, ale formy
          nacisku na nią wywieranego przez Kościół, ludzi aspirujących do
          bycia autoryteteami, takich jak J.Pulikowski, obyczaj, prawo, etc.
          Jeśli "grzmi", to nie przeciw wyborowi kobiety, która decyduje
          się "opiekowac dzieckiem", ale przeciw gloryfikowaniu tradycyjnej
          rodziny jako lepszej czy jedynie słusznej.

          Wreszcie, może Cię to zdziwi, ale feministki też bywają "kurami
          domowymi" i jakoś inne feministki ich za to nie kamienują...
          ---

          Quid pro quo, ja też zadam pytanie: co to w praktyce znaczy,
          że "matka się opiekuje, ojciec kieruje rozwojem dziecka"?? O
          konkrety poproszę, nie o przymiotniki typu "przewodnik"
          czy "opiekun". Co on takiego robi, czego nie robi ona (bo listę
          tego, co ona robić powinna już dostaliśmy), i czemu jej nie wolno?
      • Gość: też matka Re: Feministki wystraszyły ojców IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.12.07, 17:23
        "Kobieta ma się wycofywać z wychowywania dziecka w miarę jak ono
        dorasta, a rolę wychowawcy ma przejmować mężczyzna? Bo co - on jest
        mądrzejszy? Bardziej inteligentny? Bardziej zna życie? A kobieta to
        głupią gęsią jest?
        No kretyn z tego Pulikowskiego."
        Zgadzam się z Twoja wypowiedzią w 100% - ten facio to kościółkowy kretyn. Role
        trzeba dzielić OPTYMALNIE. Po pewnym czasie "wsłuchiwania sie" - gdy chce się
        to robić - KAŻDY odróżni rodzaj płaczu dziecka. Facet plecie androny. To ja
        miałam mniej cierpliwości do karmienia mojego synka łyzeczką. Robił to mój mąż.
        A lekcje odrabiałam z Nim ja, bo na studiach byłam, z sukcesami ogromnymi,
        korepetytorką. Facet brzmi jak Talib, tam kobiety wychowują dzieci do 8-10 roku
        życia a po tym ojciec zabiera syna i go wychowuje, bo kobiety nie są "godne"
        wychowywać chłopców. Ten facio to katolicki Talib naszego chowu. Załosny
        tradycjonalista i nie ma co sie dziwić, że tytuł taki głupi, jak i on.
    • euterpe27 Re: Feministki wystraszyły ojców 29.11.07, 00:03
      ogólnie- ten pan ma dużo racji.
      Bardzo często rodzice, zamiast pomagać sobie w wychowaniu dzieci, wchodzą sobie
      w drogę, wzajemnie się spychają, albo dają się zepchnąć - a dzieci pomiędzy nimi
      wciśnięte nie potrafią znaleźć sobie miejsca.
      Bardzo to jest trudna sztuka odnaleźć się w swoim rodzicielstwie i prawdziwy
      dowód dojrzałości - jeśli rozwijają się wtedy i dzieci, i drugi rodzic. Wiele
      zdań w wywiadzie warto sobie przemyśleć.

      A o odpowiedzialności mężczyzn nigdy dość mówienia!
      • haganna Re: Feministki wystraszyły ojców 29.11.07, 01:33
        "Segregacja obowiązków" nie jest i nie powinna być lekarstwem na
        rywalizację rodziców o to, kto z nich jest "lepszym" rodzicem.
        Małżeństwo i rodzicielstwo to wspólna rozmowa dwojga dorosłych
        ludzi - partnerów właśnie - o tym, co jest dla nich ważne. A nie "ty
        robisz to, ja to: w drogę sobie nie wchodzimy. A tak naprawdę, to
        nic o sobie nie wiemy". Nie tędy droga!!!
    • Gość: feministka Re: Feministki wystraszyły ojców IP: *.internetdsl.tpnet.pl 29.11.07, 04:56
      Bez większego zdziwienia, choć z pewną zadumą przeczytałam wywiad
      z Jackiem Pulikowskim pt. "Feministki wystraszyły ojców".
      Prezentowane w nim poglądy pokutują niestety w prasie i poradnikach
      z katolickich kręgów światopoglądowych, i wydaje mi się, że czynią
      sporo zamieszania. Weźmy dwa pojęcia kluczowe w rozumowaniu Pana
      Pawlikowskiego: partnerstwo (niech nas Bóg uchroni!) i podział ról
      (ooo tak!).

      Partnerstwo w rozumieniu Pana Pulikowskiego to twór przedziwny:
      po pierwsze partnerstwo z dzieckiem, które równa się w rozumieniu
      autora wyłamywaniu z roli rodzica na rzecz "kumplostwa" , po drugie
      zaś pomieszanie ról rodziców. Niestety problem w tym,
      że "przesłuchiwany" nie rozumie pojęcia partnerstwa, również w
      wydaniu feministek.
      Partnerstwo rodziców to przede wszystkim praca zespołowa - nie
      zakłada braku podziału ról, ale w odróżnieniu od sztywnego ich
      rozróżenia na "męskie" i "damskie" (=niemęskie; tych drugich jest
      niestety zawsze "przypadkiem" więcej) polega na płynnym i
      pozbawionym uprzedzeń dostosownywaniu się do sytuacji. Partnerstwo w
      rozumieniu nie tylko feministek, ale wszystkich kobiet posiadających
      jakiś instynkt samozachowawczy zakłada taką współpracę przy
      wykonywaniu obowiązków i przyjemności (a jakże!) domowych i
      rodzinnych, żeby dom funkcjonował optymalnie. Tak więc w partnerskim
      domu tata nie zastyga w oczekiwaniu na potwierdzenie swej męskości,
      aż kran zacznie cieknąć, ale zrobi przepierkę czy ugotuje obiad,
      odciążając tym samym żonę i pozwalając jej lepiej wykonywać inne
      czynności. Dzięki temu ona nie zawala wszystkiego po kolei, a
      odpoczynku nie traktuje jak deficytowy luksus, on zaś nie jest
      trutniem, co to spłodził, dopilnował, żeby sie urodziło, a następnie
      zastygł na lat kilka w oczekiwaniu, aż dziecko będzie "potrzebować
      ojca". Proszę mnie nie zrozumiec źle: partnerstwo w wydaniu
      feministki (a wiem, co mówię, bo nią jestem) nie jest wymuszonym
      podziałem zadań w domu "pół na pół", a raczej takim płynnym
      balansowaniem, by każde z rodziców było jak najszczęśliwsze, dom zaś
      nie spoczywał na jednej głowie (co dwie, to nie jedna, jak mawia
      przysłowie).
      Partnerstwo z dzieckiem? A dlaczego nie? Jak dziecko dorośnie do
      bycia partnerem, i w takim zakresie, w jakim jest do partnerstwa
      zdolne. Wynoszenie śmieci to też partnerstwo. Nikt nie każe tacie
      czy mamie wybierać między byciem kumplem swojego dziecka, a jego
      rodzicem - te dwie role się nie wykluczają! Kumpel w zabawie może
      przecież równie dobrze stawiac dziecku granice jako ojciec...

      Idźmy dalej. Autor poradników z jednej strony podkreśla, że
      ojcostwo zaczyna się od momentu poczęcia, z drugiej zaś, że aktywnie
      ma się ono przejawiać dopiero w jakowymś późniejszym wieku,
      bo "dopóki dziecko jest małe, zajmuje się nim kobieta." Gdzie tu
      sens, gdzie logika? Że o elementarnej ludzkiej uczciwości wobec
      rzekomo ukochanej osoby nie wspomnę... Jak Pan to sobie wyobraża?
      Ona haruje, wstaje po nocach i pada na pysk, a on przychodzi do domu
      i czyta gazetę, czekając, aż dziecko dorośnie i samo stworzy mu
      okazję do aktywnego ojcostwa? Litości... Korona mu z głowy nie
      spadnie, a poziom testosteronu się nie zmniejszy, jeśli będzie swoje
      dziecko, nawet niemowlę, kąpał, bawił się z nim czy zmieni mu
      pieluszkę... Preteksty typu "Mężczyzna przecież nie nadaje się do
      tego. On nie odróżni jednego z dwudziestu rodzajów płaczu
      niemowlaka, a kobieta rozumie to bezbłędnie." mozna między bajki
      włożyć. To kwestia zaangażowania - matka też musi się nauczyć
      rozróżniać, co oznacza dany rodzaj płaczu, i nic nie stoi na
      przeszkodzie, żeby to samo zrobił ojciec. Zresztą mój mąż doskonale
      sobie w tej materii poradził, i jakoś go to nie "wykastrowało",
      tylko wzmogło więź z córcią w sposób, o którym Pan Pulikowski chyba
      nie ma pojęcia.

      Podsumowując, Jacek Pulikowski rzuca sloganami, następnie zaś
      rzuca w te slogany swym wiecznym potepieniem. Nie rozumie jednak
      (nie chce zrozumieć?), co kryje się za hasłami, którymi szafuje i
      które krytykuje. Czerpie tym samym z długiej tradycji samców-
      płodzicieli, co to z ojcostwa tworzą niesprecyzowane bliżej
      misterium (bycie odpowiedzialnym, bycie ojcem, bycie solidarnym,
      bycie takim opiekunem, co to się nie opiekuje, bo to należy do
      matki, itd. itp.). To wygodna strategia - pozwala się nie
      konfrontować zarówno z własnym lenistwem, jak i z tym, co nam
      wdrukowano - że pewne czynności domowe mężczyźnie nie przystoją.
      Jest to jednak strategia głęboko nieuczciwa - wobec siebie (bo sami
      się okłamujemy, że nie potrafimy), wobec partnerki (bo jej nie
      pomagamy tak, jak byśmy mogli) i wobec dziecka (bo nie uczestniczymy
      w jego rozwoju w takim za kresie, w jakim uczestniczyć możemy).

      Pozdrawiam!

      feministka, mama, żona cudownego partnera, co to w sferze
      deklaratywnej ma wprawdzie alergię na słowo "partnerstwo", ale
      potrafi się zachowac jak partner, nie zaś jak truteń. Czego
      wszystkim Panom, ich żonom i dzieciom życzę!
      • Gość: Lilka Re: Feministki wystraszyły ojców IP: *.adsl.inetia.pl 29.11.07, 08:21
        Nie lubię tekstów Pulikowskiego. Razi mnie jego seksizm. Już blisko ćwierć wieku jestem w małżeństwie, które jest partnerskie... Wychowaliśmy dwoje dzieci obojga płci. Wyrośli w przekonaniu, że mama i tata są przede wszystkim ludźmi, a dopiero potem kobietą i mężczyzną. I że jako ludzie mają prawo do własnych cech odróniających ich od innych ludzi - i że to nie płeć te cechy determinuje, tylko indywidualne różnice między ludźmi.
        Że kobieta może byc silna, kompetentna, czasem sie złości, nie zawsze sie poświęca, bywa zmęczona... mężczyzna czasem czegoś nie wie, bywa zagubiony, wzruszony, może się czegoś bać...
        Że w domu tak naprawdę nie ma prac męskich i kobiecych, że można sie nimi dzielić na zasadzie komu co bardziej odpowiada...

        Czy ja jestem feministką? Jeśli to, co opisałam wyżej to feminizm, to jestem feministką...
        • Gość: feministka Re: Feministki wystraszyły ojców IP: *.internetdsl.tpnet.pl 29.11.07, 11:49
          :-))
          A wiesz, że nie wiem, czy jesteś feministką? Ale bardzo mi się
          podoba to, co napisałaś.
      • gepe Re: Feministki wystraszyły ojców 29.11.07, 09:05
        Witam,
        Tak się składa, ze znam (a w zasadzie znałem kilka lat temu) Pana Pulikowskiego
        osobiście i w związku z tym mogę choć częściowo się wypowiedzieć, a jednocześnie
        pewne sprawy wyprostować.

        Ale na początku chciałbym złożyć oświadczenie: Lubię "Gazetę", choć bywa, że się
        z nią nie zgadzam, a pewne poglądy w niej prezentowane doprowadzają mnie do
        irytacji.

        Gość portalu: feministka napisał(a):

        > Bez większego zdziwienia, choć z pewną zadumą przeczytałam wywiad
        > z Jackiem Pulikowskim pt. "Feministki wystraszyły ojców".
        > Prezentowane w nim poglądy pokutują niestety w prasie i poradnikach
        > z katolickich kręgów światopoglądowych, i wydaje mi się, że czynią
        > sporo zamieszania. Weźmy dwa pojęcia kluczowe w rozumowaniu Pana
        > Pawlikowskiego: partnerstwo (niech nas Bóg uchroni!) i podział ról
        > (ooo tak!).
        >
        > Partnerstwo w rozumieniu Pana Pulikowskiego to twór przedziwny:
        > po pierwsze partnerstwo z dzieckiem, które równa się w rozumieniu
        > autora wyłamywaniu z roli rodzica na rzecz "kumplostwa" , po drugie
        > zaś pomieszanie ról rodziców. Niestety problem w tym,
        > że "przesłuchiwany" nie rozumie pojęcia partnerstwa, również w
        > wydaniu feministek.

        Wydaje mi się, że nie w pojęciach rzecz, tylko w tym, co się pod nimi kryje.
        Nieważne, jak nazwiemy, ważne, co będziemy czynić.

        > Partnerstwo rodziców to przede wszystkim praca zespołowa - nie
        > zakłada braku podziału ról, ale w odróżnieniu od sztywnego ich
        > rozróżenia na "męskie" i "damskie" (=niemęskie; tych drugich jest
        > niestety zawsze "przypadkiem" więcej) polega na płynnym i
        > pozbawionym uprzedzeń dostosownywaniu się do sytuacji. Partnerstwo w
        > rozumieniu nie tylko feministek, ale wszystkich kobiet posiadających
        > jakiś instynkt samozachowawczy zakłada taką współpracę przy
        > wykonywaniu obowiązków i przyjemności (a jakże!) domowych i
        > rodzinnych, żeby dom funkcjonował optymalnie. Tak więc w partnerskim
        > domu tata nie zastyga w oczekiwaniu na potwierdzenie swej męskości,
        > aż kran zacznie cieknąć, ale zrobi przepierkę czy ugotuje obiad,
        > odciążając tym samym żonę i pozwalając jej lepiej wykonywać inne
        > czynności. Dzięki temu ona nie zawala wszystkiego po kolei, a
        > odpoczynku nie traktuje jak deficytowy luksus, on zaś nie jest
        > trutniem, co to spłodził, dopilnował, żeby sie urodziło, a następnie
        > zastygł na lat kilka w oczekiwaniu, aż dziecko będzie "potrzebować
        > ojca". Proszę mnie nie zrozumiec źle: partnerstwo w wydaniu
        > feministki (a wiem, co mówię, bo nią jestem) nie jest wymuszonym
        > podziałem zadań w domu "pół na pół", a raczej takim płynnym
        > balansowaniem, by każde z rodziców było jak najszczęśliwsze, dom zaś
        > nie spoczywał na jednej głowie (co dwie, to nie jedna, jak mawia
        > przysłowie).

        Wydaje mi się, że JP uważa podobnie. Proszę uważnie przeczytać.Tyle, że nie
        zgadza się na nazwę 'partnerstwo'. A to moim zdaniem sprawa drugorzędna.

        > Partnerstwo z dzieckiem? A dlaczego nie? Jak dziecko dorośnie do
        > bycia partnerem, i w takim zakresie, w jakim jest do partnerstwa
        > zdolne. Wynoszenie śmieci to też partnerstwo. Nikt nie każe tacie
        > czy mamie wybierać między byciem kumplem swojego dziecka, a jego
        > rodzicem - te dwie role się nie wykluczają! Kumpel w zabawie może
        > przecież równie dobrze stawiac dziecku granice jako ojciec...
        >

        Dokładnie tak.

        > Idźmy dalej. Autor poradników z jednej strony podkreśla, że
        > ojcostwo zaczyna się od momentu poczęcia, z drugiej zaś, że aktywnie
        > ma się ono przejawiać dopiero w jakowymś późniejszym wieku,
        > bo "dopóki dziecko jest małe, zajmuje się nim kobieta." Gdzie tu
        > sens, gdzie logika? Że o elementarnej ludzkiej uczciwości wobec
        > rzekomo ukochanej osoby nie wspomnę... Jak Pan to sobie wyobraża?
        > Ona haruje, wstaje po nocach i pada na pysk, a on przychodzi do domu
        > i czyta gazetę, czekając, aż dziecko dorośnie i samo stworzy mu
        > okazję do aktywnego ojcostwa? Litości... Korona mu z głowy nie
        > spadnie, a poziom testosteronu się nie zmniejszy, jeśli będzie swoje
        > dziecko, nawet niemowlę, kąpał, bawił się z nim czy zmieni mu
        > pieluszkę... Preteksty typu "Mężczyzna przecież nie nadaje się do
        > tego. On nie odróżni jednego z dwudziestu rodzajów płaczu
        > niemowlaka, a kobieta rozumie to bezbłędnie." mozna między bajki
        > włożyć. To kwestia zaangażowania - matka też musi się nauczyć
        > rozróżniać, co oznacza dany rodzaj płaczu, i nic nie stoi na
        > przeszkodzie, żeby to samo zrobił ojciec. Zresztą mój mąż doskonale
        > sobie w tej materii poradził, i jakoś go to nie "wykastrowało",
        > tylko wzmogło więź z córcią w sposób, o którym Pan Pulikowski chyba
        > nie ma pojęcia.

        Nie, to Ty nie rozumiesz JP. Nigdzie nie jest powiedziane, że "on przychodzi do
        domu i czyta gazetę, czekając, aż dziecko dorośnie" - to Twoje dopowiedzenie
        (fakt, że często tak bywa, ale nie za takim modelem opowiada się JP). Kluczem
        jest słowo "solidarność", które zakłada w istocie podział obowiązków, ale nie
        "pół na pół", tylko podział "funkcjonalny". Mężczyzna nie nakarmi niemowlaka
        piersią, z reguły rzeczywiście nie zrozumie jego płaczu itd. To nie jest wyssane
        z palca, to wynika z faktu naturalnych predyspozycji mężczyzny i kobiety i to
        zarówno fizycznych jak i psychicznych. Pewnie, że można się uprzeć, że bywa
        inaczej a nawet tę inność kreować, tylko po cholerę.

        >
        > Podsumowując, Jacek Pulikowski rzuca sloganami, następnie zaś
        > rzuca w te slogany swym wiecznym potepieniem. Nie rozumie jednak
        > (nie chce zrozumieć?), co kryje się za hasłami, którymi szafuje i
        > które krytykuje. Czerpie tym samym z długiej tradycji samców-
        > płodzicieli, co to z ojcostwa tworzą niesprecyzowane bliżej
        > misterium (bycie odpowiedzialnym, bycie ojcem, bycie solidarnym,
        > bycie takim opiekunem, co to się nie opiekuje, bo to należy do
        > matki, itd. itp.). To wygodna strategia - pozwala się nie
        > konfrontować zarówno z własnym lenistwem, jak i z tym, co nam
        > wdrukowano - że pewne czynności domowe mężczyźnie nie przystoją.
        > Jest to jednak strategia głęboko nieuczciwa - wobec siebie (bo sami
        > się okłamujemy, że nie potrafimy), wobec partnerki (bo jej nie
        > pomagamy tak, jak byśmy mogli) i wobec dziecka (bo nie uczestniczymy
        > w jego rozwoju w takim za kresie, w jakim uczestniczyć możemy).
        >

        To co opisałaś, to w istocie wypaczenie (przejaskrawienie negatywów,
        zatuszowanie pozytywów) tego, co JP twierdzi. Nigdzie nie jest powiedziane, że
        mężczyzna czy kobieta pewnych rzeczy (pomijając oczywistości, typu karmienie
        piersią) robić nie może (albo nie wypada), tylko, że wykonają poszczególne
        czynności, zadania lepiej, sprawniej, bardziej 'ergonomicznie', zgodnie ze
        swymi predyspozycjami. Solidarność zakłada elastyczność, ale nie na siłę "bo
        jesteśmy równi". Nie jesteśmy "równi" i jest to tak oczywiste, że aż głupio to
        kolejny raz tłumaczyć (co wcale nie znaczy, że facet jest "lepszy" a kobieta
        "gorsza", czy na odwrót).

        > Pozdrawiam!
        >
        > feministka, mama, żona cudownego partnera, co to w sferze
        > deklaratywnej ma wprawdzie alergię na słowo "partnerstwo", ale
        > potrafi się zachowac jak partner, nie zaś jak truteń. Czego
        > wszystkim Panom, ich żonom i dzieciom życzę!


        pozdrawiam - gepe
        • Gość: feministka Re: Feministki wystraszyły ojców IP: *.internetdsl.tpnet.pl 29.11.07, 11:46
          Witam serdecznie i dziekuje za rzetelny głos w dyskusji :-)

          > Wydaje mi się, że nie w pojęciach rzecz, tylko w tym, co się pod
          nimi kryje.
          > Nieważne, jak nazwiemy, ważne, co będziemy czynić.

          Zgadzam się ze stwierdzeniem, że J.Pulikowski dokonuje zwykłego
          zabiegu semantycznego zastepując partnerstwo "solidarnością",
          że "to, co zwiemy różą, pod inszą nazwą równie by pachniało"
          (chociaż solidarność Pulikowskiego to niestety takie nie do końca
          partnerstwo), i że ważne są czyny, nie słowa. Jednak w wypadku
          Pulikowskiego ten czyn to nie tylko rodzicielstwo, ale przede
          wszystkim działalność społeczna, moim zdaniem szkodliwa -
          krytykowanie idei, której autor nie rozumie, wypaczanie jej na
          potrzeby swojej retoryki.

          > Nie, to Ty nie rozumiesz JP. Nigdzie nie jest powiedziane, że "on
          przychodzi do
          > domu i czyta gazetę, czekając, aż dziecko dorośnie" - to Twoje
          dopowiedzenie
          > (fakt, że często tak bywa, ale nie za takim modelem opowiada się
          JP). Kluczem
          > jest słowo "solidarność", które zakłada w istocie podział
          obowiązków, ale nie
          > "pół na pół", tylko podział "funkcjonalny".
          Oczywiście, JP nigdzie nie pisze, że ojciec "wraca do domu i czyta
          gazetę", tak jednak jego retoryka zostaje wykorzystana przez co
          leniwszych panów. Zauwaz też, jak wygląda podział ról w wydaniu JP:
          po jej stronie same konkrety - rozpoznaje płacze, karmi, opiekuje
          się. Po jego stronie zaś piedestał i niedookreślone
          przymiotniki "opiekun", "przewodnik" etc. Więcej konkretów poproszę!
          Niech się facet opowie za konkretnymi działaniami tatusiów (i nie
          mam tu na mysli cieknącego kranu, bo ile razy dziennie ten kran
          zaczyna cieknąć?), tak jak opowiada się za konkretnymi obowiązkami
          mam, a ja się go nawet przestanę czepiac... Od biedy jestem w stanie
          zaakceptowac sztywny podział ról, chociaż u mnie w domu sprawdza się
          bardziej plastyczne podejście, pod warunkiem, że żadna ze stron nie
          bedzie pokrzywdzona na takiej wymianie. A niestety w wielu polskich
          domach kobiety, szczególnie pracujące, pokrzywdzone są.
          Stając po stronie takiej a nie innej retoryki, krytykując ideę
          partnerstwa, JP musi mieć świadomość tego, że broni nie tylko etosu
          ojca, ale też lenistwa i braku zaangażowania w życie rodziny
          niektórych ojców, którzy jego retorykę wykorzystają (i wykorzystują
          od dziesięcioleci) jako pretekst, by palcem nie kiwnąć.

          Mężczyzna nie nakarmi niemowlaka
          > piersią, z reguły rzeczywiście nie zrozumie jego płaczu itd. To
          nie jest wyssan
          > e
          > z palca, to wynika z faktu naturalnych predyspozycji mężczyzny i
          kobiety i to
          > zarówno fizycznych jak i psychicznych. Pewnie, że można się
          uprzeć, że bywa
          > inaczej a nawet tę inność kreować, tylko po cholerę.
          Wiesz, z tą innością to nie do końca tak... Biologiczna jest faktem.
          Karmienie piersią siłą rzeczy spada na kobietę (chociaz u nas się
          świetnie sprawdzał laktator w razie potrzeby), naturalne
          predyspozycje do opieki nad dzieckiem większość kobiet posiada, ale
          już ich brak u mężczyzn to mit... Może mam szczęście, ale zarówno
          mój ojciec, jak i mój maż doskonale sobie radzili z niemowlakami i
          małymi dziećmi, w tym z rozpoznawaniem płaczu (moja mama wciąż
          przyznaje, że ojciec robił to nawet lepiej, niż ona). Ba! Znajdowali
          w "tacierzyństwie" radość.
          Z kolei jako historyk idei wiem, jak przez wieki na niezaprzeczalnej
          inności biologicznej kobiet i meżczyzn zbudowano całe gmaszysko ich
          odrębności, budując między światem kobiet i mężczyzn wysoki mur
          pojęć, nakazów i zakazów. Dziś, z wielu przyczyn, głównie
          społecznych i ekonomicznych (równoupranienie, prawo do
          wykształcenia, praca zawodowa kobiet) mur ten zaczął się kruszyć. I
          dobrze! Świat się zmienił i nie można tkwić przy starym podziale
          ról, w którym on zapewnia byt i wychowuje chłopca od 7 roku życia,
          ona zaś rodzi dzieci, karmi i przędzie... Jest to zwyczajnie
          nieuczciwe wobec niej - z jakiej racji na nią mają nadal spadać
          wszystkie obowiazki związane z opieką nad dziećmi i domem? Z jakiej
          racji mamy ją zmuszać do wyboru między pracą zawodową a domem, lub
          do zaharowywania się na śmierć, by pogodzić obie role? Raz jeszcze
          powtórzę: nie istnieje biologiczna predyspozycja do zmiany pieluszki
          czy zabawiania dziecka grzechotką. Pralka też ma głeboko w bębnie
          to, czy używa jej facet, czy baba...

          > To co opisałaś, to w istocie wypaczenie (przejaskrawienie
          negatywów,
          > zatuszowanie pozytywów) tego, co JP twierdzi. Nigdzie nie jest
          powiedziane, że
          > mężczyzna czy kobieta pewnych rzeczy (pomijając oczywistości, typu
          karmienie
          > piersią) robić nie może (albo nie wypada), tylko, że wykonają
          poszczególne
          > czynności, zadania lepiej, sprawniej, bardziej 'ergonomicznie',
          zgodnie ze
          > swymi predyspozycjami.
          Przejaskrawienie było moim celem, uważam to zreszta za zabieg
          uzasadniony samymi słowami JP i sposobem, w jaki przejaskrawia on
          ograniczenia partnerstwa i rzekome słowa feministek (uwielbiam, gdy
          ktoś tak jak JP polemizuje nie z tym, co feministki mówią, ale z
          tym, co mu się wydaje, że mówią).
          > Solidarność zakłada elastyczność, ale nie na siłę "bo
          > jesteśmy równi". Nie jesteśmy "równi" i jest to tak oczywiste, że
          aż głupio to
          > kolejny raz tłumaczyć (co wcale nie znaczy, że facet jest "lepszy"
          a kobieta
          > "gorsza", czy na odwrót).
          Widzisz, problem w tym, że jesteśmy równi, tylko inni. Jednak nie
          jesteśmy inni do końca - nasze kompetencje, predyspozycje i
          umiejętności w dużej mierze na siebie zachodzą (znasz schemat
          małżeństwa Adlera?). Mamy też niezależnie od płci niesamowitą
          zdolność do dostosowywania się do sytuacji i uczenia nowych
          umiejętności, w tym elementów opieki nad dziećmi czy zajeć domowych.
          Dzisiejszy sposób życia, konieczność (i/lub potrzeba) pracy obojga
          rodziców, tempo życia, itd, itp, wymusza na nas takie plastyczne
          podejście. W tym kontekście sztywny podział ról, czy nawet podział
          ról niby elastyczny, ale zakładający ścisłe oddzielenie
          obowiązków "macierzyńskich" i "tacierzyńskich" jest anachronizmem, i
          może być co najwyżej wykorzystany w złym celu. Ciekawe, czy autor
          zdaje sobie z tego sprawę?
        • Gość: feministka Re: Feministki wystraszyły ojców IP: *.internetdsl.tpnet.pl 29.11.07, 12:15
          Ach, tak się skoncentrowałam na partnerstwie, że byłabym zapomniała
          o szczególnie seksistowskim twierdzeniu JP (pominę już te banały o
          braku równości, zakładając na korzyść JP, że chodziło mu o inność,
          nie o równość):
          JP pisze więc: "Z czasem, gdy dziecko podrasta, kobieta powinna
          wycofywać się z jego wychowywania, a dominującą rolę winien
          przejmować ojciec." - Przepraszam, a niby dlaczego? Czy to moje
          kompetencje są niewystarczające, czy też intelekt? Czy nie potrafię
          pokazać, nakazać, zakazać równie dobrze, jak ojciec?
          Również w tym wypadku optymalnym rozwiązaniem jest partnerstwo, nie
          zaś "przekazanie pałeczki". Kompetencje mamy i taty w znacznym
          stopniu na siebie zachodzą, wymuszając niejako pracę zespołową.
          Jedyne, czego nie moze przekazać dziecku matka, to postawa ojca
          (czyli to, jak facet powinien się odnosić do swojej kobity i swoich
          dzieci). I na odwrót, ojciec nie jest w stanie zastąpić matki tylko
          w zakresie pokazywania dzieciom prawidłowych relacji kobiety z
          mężczyzną. W pozostałych kwestiach wychowawczych każde z nich jest w
          stanie sobie poradzić równie dobrze.
        • etato1 Re: Feministki wystraszyły ojców 02.12.07, 12:18
          >Kluczem
          >jest słowo "solidarność", które zakłada w istocie podział >obowiązków, ale nie
          >"pół na pół", tylko podział "funkcjonalny". Mężczyzna nie nakarmi >niemowlaka
          >piersią, z reguły rzeczywiście nie zrozumie jego płaczu itd. To nie jest wyssane
          >z palca, to wynika z faktu naturalnych predyspozycji mężczyzny i kobiety i to
          >zarówno fizycznych jak i psychicznych. Pewnie, że można się uprzeć, >że bywa
          >inaczej a nawet tę inność kreować, tylko po cholerę.

          Po pierwsze podział obowiązków pół na pół nie polega koniecznie na tym że każdy
          robi to samo co drugi dzień ale na takim podziale że angażuje w różne zajęcia
          oboje małżonków ale w równym stopniu !
          Jakoś gdy mówimy o partnerskich stosunkach dwóch firm to nie myslimy o tym ze te
          firmy muszą robić to samo !!! Tak samo jest w małżeństwie.

          Partnerstwo jest szerszym pojeciem niż solidarność.
          Sama solidarnośc w małżeństwie moze istniec nawet gdy żona jest niewolnikiem
          męża. Solidarnosć jest ukierunkowana na zadanie, na jakiś cel ale nie dotyczy
          relacji między małżonkami.

          Parnterstwo nie wyklucza wcale solidarności. Wręcz przciwnie ją wspiera ale
          idzie dużo dalej bo odnosi sie do relacji kobieta - mężczyzna. Partnerstwo mówi
          ze są oni sobie równi i to jest plaszczyzna na ktorej dokonujemy podzialu obowiazku.

          Sama solidarnosc małżonków bez partnerstwa to duzo za mało i może spokojnie
          prowadzic do sytuacji gdy małżonkowie solidarnie zajmują sie domem na zasadzie
          1)mąz raz na rok przesunie szafe i przybije gwóźż
          2) żona codziennie gotuje, zmywa, pierze, prasuje, sprząta

          Czyż nie zajmują sie solidarnie ? Ależ owszem ! tyle że dramatycznie nierówno !
        • Gość: lea Re: Feministki wystraszyły ojców IP: *.adsl.inetia.pl 02.12.07, 19:51
          > Nigdzie nie jest powiedziane, że
          > mężczyzna czy kobieta pewnych rzeczy (pomijając oczywistości, typu karmienie
          > piersią) robić nie może (albo nie wypada), tylko, że wykonają poszczególne
          > czynności, zadania lepiej, sprawniej, bardziej 'ergonomicznie', zgodnie ze
          > swymi predyspozycjami. Solidarność zakłada elastyczność, ale nie na siłę "bo
          > jesteśmy równi". Nie jesteśmy "równi" i jest to tak oczywiste, że aż głupio to
          > kolejny raz tłumaczyć (co wcale nie znaczy, że facet jest "lepszy" a kobieta
          > "gorsza", czy na odwrót).

          No dobrze, ale "lepiej, sprawniej, bardziej 'ergonomicznie', zgodnie ze swymi predyspozycjami" a jeszcze lepiej "naturalnymi" predyspozycjami oznacza dla tego autora ( i dla Ciebie?)tylko tyle, że kobieta jest do kuchni i do dzieci, a mężczyzna do zarabianai pieniedzy. Bez względu na to, czy konkretna kobieta i konkretny mężczyzna faktycznie mają takie predyspozycje. Z góry jest wszystko przesądzone ze względu na płeć. A tak nie jest, bo i kobiety i mężczyźni maja różne predyspozycje.
        • Gość: Matka swoich dziec Re: Do gepe IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.12.07, 03:35
          "To co opisałaś, to w istocie wypaczenie (przejaskrawienie negatywów,
          zatuszowanie pozytywów) tego, co JP twierdzi. Nigdzie nie jest powiedziane, że
          mężczyzna czy kobieta pewnych rzeczy (pomijając oczywistości, typu karmienie
          piersią) robić nie może (albo nie wypada), tylko, że wykonają poszczególne
          czynności, zadania lepiej, sprawniej, bardziej 'ergonomicznie', zgodnie ze
          swymi predyspozycjami. Solidarność zakłada elastyczność, ale nie na siłę "bo
          jesteśmy równi". Nie jesteśmy "równi" i jest to tak oczywiste, że aż głupio to
          kolejny raz tłumaczyć (co wcale nie znaczy, że facet jest "lepszy" a kobieta
          "gorsza", czy na odwrót)"

          Cóś z Twoja semantyka jest nieklawo. JESTEŚMY równi!!!!! (wobec prawa, boga i
          ludzi, nie wyłączając talentów i zdolności intelektualnych), choć inni. Na
          wyższych uczelniach, od czasu II Wojny Światowej, studiuje i kończy je wiecej
          kobiet niż mężczyzn. A na stanowiskach menagerskich jest wiecej mężczyzn i to
          zdecydowanie. A gdzie jest ta różnica w ilości? - W KUCHNI. Doktoraty też robi
          mniej kobiet, choć wyniki (oceny) mają wielokroć lepsze. To, gdzie są te zdolne
          kobiety? - W KUCHNI i w pieluchach. Jak mężczyzna potrafi skonstruować rakiete
          na księżyc, to czemu nie potrafi przeczytac, ze zrozumieniem, książki
          kucharskiej. Poza tym najsłynniejsi kucharze Świata to byli mężczyźni. Ja całe
          życie zarabiałam więcej niż mój mąż, tylko jego mamuńcia wmawiała mi (a przed
          tym jemu), że :"chłop przecież nie jest stworzony do dzieci"). Czyli to tylko
          wychowanie i ta pi...na tradycja wygodna mężczyznom. A że kk składa się z samych
          mężczyzn, to to gorąco popiera. Jedyne kobiety w kk to służące księży; kucharki,
          sprzątaczki kosciołów, praczki, hafciarki itp. itd. Nawet wasz ukochany papiez
          wziąl sobie, do Watykanu, polskie kucharki-zakonnice. Czemu nie wziął jakiegos
          zakonnika-kucharza?? Bo takich NIE MA!! Pan Pulikowski to beton kk i jeszcze
          szerzy swoje genialne pomysły rodem zod Savonaroli. - "jak nie tonie, to napewno
          czarownica". Dla niego feministki to współczesne czarownice!!!!
    • monika_04 Re: Feministki wystraszyły ojców 29.11.07, 08:11
      Słownik języka polskiego podaje taką oto definicję partnera

      1. «współuczestnik gry, rozmowy, zabawy lub jakiegoś przedsięwzięcia»
      2. «osoba, którą traktuje się jak równą sobie»

      Polecam temu panu do głebokiej analizy choć szczerze wątpię czy jest do tego zdolny
    • kot_w_zimie Re: Feministki wystraszyły ojców 29.11.07, 11:37
      zieew... trochę mnie zdziwiło że jak na ten typ, gościu coś mało dzieci ma
    • Gość: Agnes Re: Feministki wystraszyły ojców IP: *.autocom.pl 30.11.07, 09:57
      Taak,feministki wystraszyły ojców,to jasne!Tak samo jak są winne globalnego
      ocieplenia,dekoniunktury w USA,kurczenia się lodowców i spadku populacji
      nosorożców w Afryce!!
      A tak przy okazji ,jeśli "powrót taty" ma oznaczać triumf pomysłów Pulikowskiego
      to po cholerę ma wracać??!!
    • Gość: Aneta Brawo Pulikowski! IP: 83.238.1.* 30.11.07, 13:08
      Brawo ! Nareszcie ktoś niepoprawny politycznie w GW !
      Tylko czemu takie brzydkie zdjęcie daliście?
      Pulikowski małżeństwo nasze uratował.
    • Gość: didymos Re: Feministki wystraszyły ojców IP: *.internetdsl.tpnet.pl 30.11.07, 13:55
      Piszę jako ojciec, który ,idealizowane przez Was "partnerstwo", zgodną decyzją
      małżeńską (Żony i swoją), porzucił na rzecz "tradycyjnego podziału ról". Nasze
      pierwsze dziecko (dziś - siedmioletnią córkę), wychowywaliśmy skrupulatnie
      przestrzegając owego równouprawnienia. Karmiłem, prałem (farbując często),
      przewijałem we dnie i w nocy. Przygotowywałem posiłki, chodziłem do lekarzy,
      słowem wykonywałem wszystkie te czynności, o niechęć do których, posądzacie p.
      Pulikowskiego. Z czasem zauważyłem, że w pewnych dziedzinach naszego wspólnego
      rodzicielstwa równouprawnienie, po prostu się nie realizuje. O ile moje posiłki,
      mimo szczerych starań, zaspokajały tylko poczucie głodu, o tyle sztuka kulinarna
      mojej Żony dostarczała nam wszystkim znacznie więcej przyjemności. A starałem
      się, korzystałem z przepisów, słuchałem porad, itd. Okazało się, że piorąc
      popełniam błędy w zestawieniach kolorystycznych wsadu, że podczas wyjątkowo
      długich wybuchów płaczu dziecka - tracę głowę (tzn. wyczerpuję repertuar
      własnych możliwości). Że szybkie zawieszenie, kupionych w Ikei karniszy, może
      zakończyć się nieomal tragicznie dla Żony, nienawykłej do obsługi wiertarki
      (brak odpowiedniego przekazu wiedzy i umiejętności manualnych w Jej rodzinie?),
      że zmiana opon zimowych na stacji obsługi bywa lekcją cierpliwości, której
      niedostatek może zamienić się w bezsilny płacz (zmaskulinizowany przekrój
      zatrudnienia?).
      Przechodząc do kwestii relacji intymnych.
      Z perspektywy Żony: mąż-partner (przewijający, karmiący, piorący, etc.), pomimo
      inicjatyw w postaci niezapowiedzianych wieczorów w restauracji, wypadów do kina,
      teatru, tracił wiele z męskości, niewiele wykazując cech, którymi Ją zdobył.
      Z perspektywy męża: Żona-partnerka wydająca polecenia dotyczące opieki nad
      dzieckiem, wynikające z nieskrywanego poczucia wyższości intuicji macierzyńskiej
      nad wiedzą z zakresu psychologii rodziny, na którą powołują się Przedmówczynie,
      realizująca się w "miłości rodzicielskiej" kosztem "miłości partnerskiej",
      targana irracjonalnymi zmianami nastroju, nie przypomina Tej
      dziewczyny-partnerki, stawiająca wolność własną na równi z wolnością ukochanego.
      To ,podzielane osobno, poczucie rozczarowania, poszukiwanie winy u siebie
      nawzajem, świadomość zabrnięcia w ślepą uliczkę (wszak mamy dziecko i myślimy o
      jego dobru!) sprowokowało chęć znalezienia rozwiązania.
      Uznaliśmy, że model partnerski nas wypala. Nie dotarliśmy, na szczęście do etapu
      "pogorzeliska", ale nie mieliśmy sił sprostać trawiącym go "pożarom". Odkryliśmy
      wtedy, że solidarne współdziałanie, realizowane przez - intuicyjnie i w sposób
      wolny, wybrane - zazębiające się sfery działań wychowawczych (o dziwo,
      pokrywające się z tzw. "tradycyjnym podziałem ról") skutkuje porozumieniem,
      ufnością dziecka (świadomego, że "to" i "to" lepiej wie Mama, a "tamto" tata).
      Codziennie w kochającym spojrzeniu Żony odnajduję potwierdzenie słuszności
      naszego wyboru. Ofiarowując sobie nawzajem gotowość służenia, z radością
      podchodzimy do naszych ról macierzyńskich i ojcowskich.
      W najbliższym miesiącu oczekujemy narodzin synka Jasia, w którym z miłością
      zauważamy Człowieka od samego poczęcia.
      Wiem, że moje ojcostwo stoi teraz przed trudną próbą przejęcia większej
      odpowiedzialności za życie córki, ale jestem przygotowany i czuję zgodę i
      wsparcie mojej Żony.
      • Gość: feministka Re: Feministki wystraszyły ojców IP: *.internetdsl.tpnet.pl 01.12.07, 03:33
        Czyli podsumowując: Żona pierze, powiedzmy 3 x w tygodniu,
        przygotowuje 3 posiłki dziennie (bo przeciez dzieci małe i sobie
        same nie wezmą), robi zapewne zakupy, bo zwykle zakupy robi ten, kto
        gotuje (lepiej wie, co mu trzeba i co się w domu skończyło),
        sprząta, załóżmy raz w tygodniu (pół dnia z głowy), opiekuje się
        dziećmi w szerokim tego słowa znaczeniu (od karmienia, kąpania,
        przewijania i utulania aż po wizyty u lekarza, z którymi tez sobie
        lepiej radzi, oczywiście), co zajmuje jej przy dwójce dzieci kilka
        godzin dziennie, może pracuje jeszcze zawodowo? Że o tym, jak Wam
        sie świetnie w łóżku zaczęło układac, nie wspomnę.
        Ty zaś dwa razy do roku zmienisz opony (tzn pojedziesz do stacji
        obsługi), raz na pięc lat zamontujesz karnisz, i... ? Pracujesz
        zawodowo zapewne.
        Kochany, jeśli Wam się układa i naprawdę oboje jesteście w takim
        układzie szczęśliwi, to tylko pogratulować. Trzymaj się tej kobity,
        bo znalazłeś tę jedną jedyną na milion, stachanowca wśród żon,
        anioła i Matkę Polkę przez duże "M" i "P".
        Jednak, a mówię to z własnego doświadczenia i z doświadczenia
        kobiet, którym pomagałam, twierdzenie, że taki podział ról prowadzi
        do bardziej "ergonomicznego", optymalnego wykorzystania domowych
        zasobów sił, środków i cierpliwości, w zdecydowanej większości domów
        sie nie sprawdza. Albo sie sprawdza, ale kosztem kobiety - jej
        odpoczynku, zainteresowań, sił, zdrowia...
        Z kolei argument, że skoro żona lepiej pierze/gotuje/chodzi z
        dzieckiem do lekarza etc., to ma to robić i tyle, który zresztą
        bardzo często spotykamy w tego typu rozmowach o związku, jest
        oczywiście wygodny, ale... Ale nie bierze pod uwagę, że nawet
        najbardziej efektywna kobita zacznie pewne rzeczy zawalać, jeśli
        wszystkie obowiązki domowe skumuluja się na jej głowie. Nie
        uwzględnia faktu, że ona też się musiała nauczyc gotowac czy prać, i
        że każdy średnio inteligentny facet (daltonistów pomijamy) po
        wyprodukowaniu kilku zbiegniętych różowych koszul do garnituru
        zacznie segregować kolory i czytać metki na ubraniach. Jeśli zaś
        takowa "wpadka" nie da mu do myślenia, to... no cóż.

        Wreszcie, tak jak Pulikowski nie rozumiesz idei partnerstwa. Ona
        naprawdę nie zakłada, że co drugi obiad musisz zgotować Ty. W
        przeciwieństwie do sztywnego, a moim zdaniem też nieuczciwego
        podziału ról, w stadle partnerskim ona może np. gotować, on zaś
        zmywać naczynia. Nikt ich nie zmusza do podziału robót domowych
        dokładnie "fifty fifty". Ważne, żeby zajęli się domem razem, w takim
        zakresie, w jakim im na to pozwalają obowiązki zawodowe (jeśli np.
        on pracuje i zarabia na utrzymanie rodziny, ona zas siedzi w domu,
        to siłą rzeczy jej udział w pracach domowych bedzie znacznie
        większy). Innymi słowy - gdy ona gotuje, on może poodkurzać (z tym
        sobie chyba radzisz?), gdy ona pierze, on może pójsc na spacer z
        dziecmi, itd.
        Jaki jest zysk? Po pierwsze, w sumie dzieląc obowiązki zaoszczędzimy
        sporo czasu, który możemy zużytkować na inne, przyjemniejsze
        sposoby. Po drugie, nasz anioł bedzie znacznie bardziej anielski (w
        kazdej sferze życia, w tym w łóżku), jeśli się wyśpi, nie
        przepracuje i jeszcze będzie miał czas np. zrobić sobie makijaż czy
        pójść do fryzjerki. Po trzecie zaś, my sami nie zgnusniejemy przed
        telewizorem, tylko sie trochę poruszamy, tracąc 230 kcal na godzinę
        przy odkurzaniu, 130 przy wieszaniu prania, 80 przy myciu garów
        (chyba, że przypalone)... Czymże jest ten drobny wysiłek ruszenia
        się z kanapy w porównaniu z takim zyskiem?
        Pozdrawiam! :-)
      • Gość: też matka Re: Do didymos IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.12.07, 17:45
        Czy Ty nie zauważyłeś, ze Twoja wypowiedż świadczy, że JESTEŚCIE małzeństwem
        partnerskim. Wypracowaliście WSPÓLNIE modus operandi tej rodziny. i o TO chodzi.
      • Gość: lilka Re: Feministki wystraszyły ojców IP: *.adsl.inetia.pl 02.12.07, 19:40
        Didmos
        mój mąż nauczył się gotować w ciągu 2-3 lat. Między innymi z ksiązki kucharskiej.
        O co Ci w ogóle chodzi? Czy partnerstwo to dla ciebie; ja poobieram 4 ziemniaki i ty też? Ja wymieniee dwa koła i ty też?

        Ja mam wrażenie, że Ty na odczepnego wszystko partoliłeś, by skłonić małżonkę do pomysłu, że ona wszystko zrobi lepiej i przy dziecku i wkuchni. A ty masz świety spokój i możesz sie kilka razy do roku spełnić w męskiej służbie dla domu takiej jak wieszanie karniszy, czy wymiana opon.
        Zastanawia mnie też, jak mówisz o swojej żonie, że wydaje ci polecenia , "targana irracjonalnymi zmianami nastroju" jakbyś sam nie wiedział, co sie z własnym dzieckiem robi i trzeba ci polecać? (Skąd mażłonek wie, że zmiany nastroju są irracjonalne?) A pomysł, że jak mężczyzna przewija niemowlaka to sie robi niemęski to wybacz ale mnie rozśmieszył.
        Twojej żonie przekazuję życzenia dobrego porodu i szybkiego powrotu do formy, bo przy takim mężu, który przez tyle lat nie nauczył się, co i jak trzeba w domu i przy dzieciach zrobić , będzie jej potrzebna. Podwójnie.
        • Gość: m Re: Feministki wystraszyły ojców IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.12.07, 01:42
          No, ale drogie panie, zdecydujcie się - czy rodzina partnerska
          polega na tym, że kobieta i mężczyzna sami wybierają, jak ma działać
          ich związek i realizują to, czy też na czymś innym, bliżej
          nieokreślonym? W końcu, jeżeli ten facet pisze, że sami do takiego
          modelu doszli i są teraz szczęśliwsi (!), to dość niegrzeczne i nie
          fair jest atakowac go w taki ostry sposób?

          Dlaczego? Ano dlatego, że w ten sposób negujecie jego miłość do żony
          (sugerując, że ma gdzieś swoje obowiązki i celowo
          (sic!) 'wmanewrowal ją' w taką sytuację), ale co smieszniejsze,
          obrażacie przede wszystkim jego żonę, bo w tym ataku kryje się
          sugestia, że nie chciała lub nie potrafiła wybrać i stała się
          ofiarą... czego? Przemocy? Manipulacji? Co wam daje prawo do tak
          daleko idących wniosków?

          Dlaczego model "kobieta poświęca 85% czasu pracy poza domem i 15%
          pracy w domu, mężczyzna na odwrót" jest ok, postępowy i godny
          szacunku, a w sytuacji odwrotnej od razu doszukujecie się wyzysku?
          Eee. Nieładnie ;)

          pozdrawiam
          • Gość: feministka Re: Feministki wystraszyły ojców IP: *.internetdsl.tpnet.pl 03.12.07, 18:16
            Nie no, ja zgłaszam votum separatum. Jeśli jej dobrze w takim
            układzie (jezeli, bo jej zdania nie znamy), to szanowny Małżonek
            powinien codziennie takiemu aniołowi do stóp padać w podzięce.
            Zauważyłam tylko fakt obiektywny - nierówny podział ról i niechęć
            (bo w aż taką ciapowatość nie uwierzę - żaden prawdziwy mężczyzna by
            się do niej nie przyznał ;-) męża do wykonywania obowiązków domowych
            takich jak pranie czy gotowanie, skutkującą notorycznym partaczeniem
            tychże i w końcu daniem za wygraną małżonki, do czego delikwent się
            zresztą dobrowolnie przyznaje. Resztę niech sobie już każdy
            wnioskuje we własnym zakresie.

            A odnośnie partnerstwa - w praktyce zakłada ono negocjacje odnośnie
            podziału ról i zaangażowanie, na dłuższą mete wykluczające takie
            partactwo, jak opisane przez tego pana. Stąd moja supozycja, że
            partnerstwa to on tak naprawdę nie zasmakował. Prawie robi róznicę...
    • Gość: gość Re: Feministki wystraszyły ojców IP: *.hstl5.put.poznan.pl 03.12.07, 14:33
      A ja w większości nie zgadzam się z dr Pulikowskim. Pochodzę z rodziny, w której
      ojciec jest alkoholikiem. Nigdy tak naprawdę nie miałam ojca , nigdy na nas nie
      zarabiał i nie interesował się nami. I to moim zdaniem nieprawda, że ojciec
      odgrywa dużą rolę w wychowaniu dziecka. Studiujemy, pracujemy i uważam, że mama
      nas dobrze wychowała. I to sama, bez niczyjej pomocy.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka