Gość: Z Hippony
IP: *.163.202.84.customer.cdi.no
20.09.10, 22:37
Brudna kampania, czyli jak Frytkowski z Płodozmianu (odłamu Samejbrony) wygrał wybory.
Brudna kampania rozpoczyna się w ponurym jak on sam, gabinecie senatora Grypskiego. W jego głowie właściwie.
Ale mniejsza o. Senator dzwoni do znajomej, której narzeczony jest w Niewielkim Owrzodzeniu Penisa (senator ma kontakty, bo był kiedyś w Stronnictwie Nietolerancyjnych).
Nazajutrz w sieci pojawia się animowany filmik, w którym kandydat J. Oński z doczepionymi pejsami, dzierżąc w ręku różdżkę, zwieńczoną gwiazdą betlejemską, zamienia wszystkie budynki publiczne Łodzi w synagogi (a może świątynie Kali).
Kandydat ma przy tym ubaw i szczerzy kły, wśród których wyróżnia się dwójka ozdobiona złotą plombą (w zbliżeniu okazuje się, że to sierp i młot). Zabawę przerywają chłopaki z NOP-u przebijając czerwonego wampira osikowym kołkiem.
Filmik jest pierwszym z serii. Cel jest jasny: uświadomić wszystkim łodzianom, że kandydat J. Oński jest z pochodzenia Lapończykiem. A w związku z tym, Łodzi grożą rządy lapono-komuny.
Kandydat J. Oński stara się nie przejmować, ale łodzianie słynący z tolerancji, dają mu w sondażach do zrozumienia, że woleliby jednak faceta z napletkiem.
„Ależ ja mam napletek!”- wykrzykuje załamany tygodniową antylapońską nagonką J. Oński.
„Stary i tak się długo utrzymałeś”- rzecze jego partyjny kolega A. Waciak- „Gdybyś nazywał się K. Oryncki już dawno transferowalibyśmy cię do Borowskiego”.
Wściekły J. Oński podejrzewając od dawna Waciaka, że ten spotyka się po godzinach z jego Esmenegildą nie tylko w celach służbowych, dźga towarzysza stuletnim scyzorykiem szwajcarskim, którym podobno kiedyś Lenin obrał kartofel. Wszyscy, którym Waciak przyprawił rogi, w ramach wdzięczności zrzucają się na bilet dla uciekającego przed karą Ońskiego (tylko posłanka B. Łechtawiak przywdziewa stroje żałobne i żadna z kolorowych gazet nie może dojść dlaczego). Na Kubie, bo tam się udaje, Oński korzystając z zielonego światła jakie zapala na chwilę dla prywatnej inicjatywy sędziwy Fidel, zakłada tancbudę, nazywając ją swojsko: Pod Kurasiem. Dwadzieścia lat później Oński pisze wspomnienia: „Jak nie zostałem prezydentem, czyli chromolić Esmenegildę”, w których to zachwala kubańską kuchnię i poligamię.
„Jeden mniej”- zaciera ręce senator Grypski. A kandydat Frytkowski zagryza ogórkiem pierwszą setkę wódy, nie mając zielonego pojęcia, że jego szanse zwiększyły się z zero koma pół, do jakiś dwóch koma osiem (tak w każdym razie obstawiają łódzcy bukmacherzy).
W tym samym czasie W. Otamszewski jest na mszy w katedrze i z lubością wsłuchuje się w kazanie biskupa Rumianko o pożądliwości i innych mających teologiczne uzasadnienie duperelach. W. Otamszewski musi jeszcze uporać się z kandydatem T. Sadzeniakiem, ale chwilowo w religijnym amoku, nie myśli o rywalu, tylko o pożytkach płynących z posiadania krągłych pośladków. Biskup Rumianko puszcza do Otamszewskiego oko w czasie kazania. Zauważa to zresztą jeden z ministrantów i rozpoznawszy, iż biskup jest w nastroju do swawolenia, chyłkiem wymyka się na zakrystię. Tam poprzysięga zemstę biskupowi sodomicie i wstąpienie do Czerwonych Pięści-bojówki Krytyki Politycznej.
Mniejsza o. Bo oto nazajutrz do sieci wycieka filmik, w którym kandydat Omtaszewski posuwa na biurku dyrektora K. Uśkę. I wszystko byłoby do wybaczenia, gdyby nie to, że K. Uśka zrzuca ze ściany, dla usprawiedliwienia powiedzmy-będąc w seksualnym uniesieniu, portret papieża, jodłując przy tym jak urodzony Tyrolczyk.
J. Anina robiąca na drutach wełniane pantalony dla Prezesa i nucąca pod nosem „Jestem szalona itede…”, wzdycha myśląc, że może jednak powinna była się zgodzić na kandydaturę M. Halika albo nawet radnego F. Oliówki. „Gówno mnie to właściwie wszystko obchodzi”- rzuca sobie a muzom, ani na chwilę nie przerywając dziergania (w tle nadaje telewizja Al.-Dżazira, stąd J. Anina wie o co biega, a nawet więcej).
Sondaże rzecz jasna nie dają już żadnych szans Omtaszewskiemu. W gabinecie senatora Grypskiego nie gaśnie światło, a kandydat jego partii T. Sadzeniak obsadza już zaocznie wszystkich znajomych na Piotrkowskiej 104. Coś mówi jednak kandydatowi Frytkowskiemu, że przyszłość nie jest przesądzona (spokojnie pakuje do ziapy kolejnego ogóra kiszonego, wypiwszy uprzednio…).
I rzeczywiście dziennikarze „odkrywają”, że T. Sadzeniak już od dawna czeka na przeszczep prawego jądra.
Słowa: „jądro Sadzeniaka” są powtarzane setki razy we wszystkich łódzkich mediach. Z siedziby Stowarzyszenia Młodych Na Rzecz Demokratów, co rusz to wyciekają różne smaczne opowieści o Sadzeniaku.
A to, że ojciec kandydata handlował popsutym mięsem z jaków i spowodował torsje przedszkolaków oraz ich wstręt do historii Tybetu i okolic. A to jeszcze, że Sadzeniak z lubością podpisywał na początku kariery wszystko: przewodniczący KAPO (Koło Awiacyjne Partii Ortodontów), bo nie wiedział, kim byli kapo.
A to, że ostatnią przeczytaną książką Sadzeniaka były podręczniki: „Obróbka skrawania” i „Jak zaprzyjaźnić się z betoniarką”.
Złośliwości kolegów Sadzeniaka nie mają końca, ale kropkę nad „i” stawia była kandydatka na kandydata Bezdanowska, która dokonuje kaming autu i wyznaje przed kamerami, płacząc, że Sadzeniak, który wygryzł ją z kandydowania, chciał kiedyś spryskać lakierem do włosów na głowie, jej włosy na łonie, twierdząc przy tym, że przemoc wobec kobiet jest namiastką gniewu Wisznu, z którym i tak się kiedyś kobiety spotkają z uwagi na konsekwencje zżarcia papierówki w ogrodzie, czy czegoś jak to, w każdym razie niech się przyzwyczajają.
Taki opis zachowania Sadzeniaka rozsierdza naczelną feministkę Łodzi Izydorę Desperczyńską, która dokonuje na kandydata Sadzeniaka zamachu, wyznając mu miłość i składając inne niemoralne propozycje, w tym i możliwość przymierzania jej kolekcji kaleson z sekond hendów. T. Sadzeniak nie ogarniając nawet części tego, co się wokół niego dzieje, udaje się na emigrację wewnętrzną. Podobno można go spotkać w Łagiewnikach pląsającego przy dźwiękach lutni, czy innego fletu.
W każdym razie, ogórek kiszony zastyga w gębie kandydata Płodozmianu, bo oto wystarczają głosy jego i małżonki, by wygrał wybory.
Następne cztery lata Frytkowski angażuje wszystkie środki Miasta Łodzi w dowiedzenie tezy, że ojcem dziecka A. Dawczyk był niegdysiejszy obywatel Alfy Centaurii, a od kilku lat sąsiad Frytkowskiego niejaki Izydor Odlot, bądź jedno z jego wcieleń.
„Jaż pierdzielę, jak ja to wszystko wymyśliłem sprytnie”- mówi do siebie senator Grypski ściskając w dłoniach konsolę do Play Stadion i dając upust swojemu szczęściu w objęciach Takena 3.
Amen
Cdn…