beker
05.07.04, 10:23
Piątek, 02-07-2004 r.
Plac Dąbrowskiego
moja kobieta zadawała wczoraj egzamin magisterski z chemii. zdała na dwie piątki. potem magistranci mieli poczęstunek z profesorami, więc wiadomym jest, że nie zamierzałem im w tym przeszkadzać. korzystając więc z chwili wolnego pojechałem na własną uczelnię.
gdy już byłem wolny, postanowiłem skorzystać z dość ładnej pogody i posiedzieć, czytając książkę, na Placu Dąbrowskiego. pierwsza uwaga: tylko dwie ławki na całym Pl. D. nadają się do siedzenia. na szczęście jedna z nich była wolna, więc sobie z niej skorzystałem i przycupnąłem, coby poczytać trochę Sztukmistrza z Lublina. nie minęło 10 minut, gdy przyczepił się do mnie jakiś żul. "daj piątkę". grzecznie go spławiłem. pięć minut później podeszło do mnie dwóch koleżków w dresach. "masz telefon?" NA SZCZĘŚCIE byli ode mnie młodsi i nie wyglądali na bardzo mocno przypakowanych, więc moja odpowiedź, nieco już mniej grzeczna, brzmiała mniej więcej tak: "a co to was kurwa interesuje?" dalszej wymiany zdań nie ma sensu przytaczać, w każdym razie ewakuowałem się stamtąd w trybie ekspresowym. mam wrażenie, że nie zostałem przez nich pobity tylko dlatego, że wczoraj po wizycie na uczelni miałem dość bojowe nastawienie do wszystkiego i nie byłem raczej skory do żartów. musieli wyczuć, że bez szarpaniny się nie obejdzie (mimo, że miałem białą jak śnieg koszulkę i spodnie prawie że w kancik). zostawili mnie więc w spokoju, a ja, żeby nie ryzykować kolejnej przygody, przeniosłem swoje cztery litery na Wydział Chemii, aby tam poczekać na moją ukochaną magister. zresztą akurat wyczułem w kieszeni wibracje i wiedziałem, że to ma luba mnie wzywa, informując zgodnie z umową, że wszystko powoli się tam już kończy i że mogę przybywać.
na uczelni niestety nie udało mi się za bardzo ukryć mego zdenerwowania ostatnimi wypadkami i moja pani magister także to zauważyła. ale, że po poczęstunku była lekko wstawiona, więc dużo sobie z tego nie zrobiła - zresztą to było jej święto, więc nie miałem jej tego za złe... bardziej byłem zły na siebie, że się tak zachowuję.
gdy już wszyscy zdecydowali się w końcu wyjść, moja Meggi (od mgr ), razem z dwiema koleżankami magisterkami (?) i kolegą magistrem, mieli jeszcze wielką ochotę, aby pójść na piwo. oczywiście wpadli na pomysł, żeby iść nie gdzie indziej, tylko na Plac Dąbrowskiego. nie za bardzo uśmiechał mi się ten pomysł, podejrzewam nawet, że stroiłem niezłe fochy, ale w końcu ok - poszliśmy. usiedliśmy na stoliczkach pod parasolkami i poszedłem zamówić piwo (i pizzę, bo od rana nic nie jadłem tego dnia ). przede mną piwo zamawiał świeżo upieczony pan magister, mej ukochanej kolega z roku. przy barze sterczał najebany jakiś dres. łysy, mały, z kaprawymi ślipkami, kiedyś pewnie napompowany sterydami, obecnie mocno sflaczały, ale jak to dres ma w zwyczaju, szukający zaczepki. świeżo upieczony magister zamówił trzy piwa, zapłacił, a tamten zaczął się przypieprzać, żeby zostawił napiwek, bo "no co ty kurwa, nawet napiwku nie zostawisz takiej ślicznej barmance" itp itd. prawie wyrwał mu tą kasę, którą tamten dostał za resztę. magister, że był w garniaku, więc i zaczepki nie chciał żadnej, zresztą wcale mu się nie dziwię. normalnie też bym tak postąpił. w końcu zostawił kilka groszy (hehe) napiwku barmance, która na napiwek nie zasługiwała choćby z tego powodu, że wyglądała nieestetycznie z tłustymi włosami i nalała znacznie poniżej włosa. nadeszła moja kolej na zamówienie.
"dwa małe piwa i małą pizzę czwórkę" poprosiłem. "no co ty kurwa małą pizzę będziesz jadł, mała pizza jest dla pedałów". cisza. nie reaguję. "no weź kurwa dużą, małą jedzą tylko pedały". cisza. nie reaguję. szturchnął mnie w bok. "no mowię, weź dużą, pedał kurwa jesteś?". nie wytrzymałem. "nie. nie jestem pedałem, ale weź nie mów do mnie ty, bo coś o tobie pomyślę, poza tym co ty tak z tymi pedałami? kompleksy masz jakieś?". dla tego tępego zdziwienia na gębie warto było. teraz mogę tak śmiało napisać. jakby mu ktoś w gębę dał.
-ty se kurwa uważaj, bo zęby ma się raz w życiu.\
-a o mleczakach nigdy nie słyszałeś?
-ty kurwa chcesz te zęby stracić? (panienka przy barze zaczęła się denerwować i uspokajać dresa - daj spokój, uspokój się, przestań MISIU (!))
akurat tak się pechowo składa, że mam wyszczerbioną jedynkę. pokazałem mu ją:
-wiem, że ma się tylko jedne zęby. chcesz swoje stracić? - i uśmiech na twarz, chociaż w środku trochę srałem w gacie.
zamurowało kretyna.
-ty se kurwa koleś uważaj. chcesz wyskoczyć? fikasz?
-jeśli ktoś tu fika, to ty, KOLEŚ, a wyskakiwać nigdzie nie mam zamiaru, bo przyszedłem się tu napić piwa. - odwróciłem się do laski - pizzę proszę mi przynieść do stolika. i sprawdzę, czy będzie czysta. - odwróciłem się na pięcie i odszedłem.
oczywiście byłoby zbyt pięknie, gdyby tamten odpuścił. sterczał przy barze jak słup soli. idiota w czystej postaci, możnaby go wysłać do Francji jako modelowy przykład. w koncu się ruszył i przyszedł do naszego stolika. pokazał OK i mówi "czekam na ciebie" i puszcza mi oczko. usiadł przy stoliku obok i cały czas się gapi. trochę mi się nieswojo zrobiło, przestałem obejmować moja szczęśliwą dotąd kobietę, która trochę zesztywniała... zacząłem się o nią bać. wszyscy oczywiście pytają co się stało tam przy barze. pan magister streśił swoją potyczkę z tamtym. ja nic nie mówię, bo widzę, że dres się gapi. aha - dres miał około 30-tki, znając zycie diler. miałem ochotę zadzwonić na policję, ale jedna z pań magister stwierdziła, że policja tu nigdy nie zagląda, bo się boi. a naprzeciwko sąd... fajne miasto, nie ma co. starałem się spokojnie pić piwo i nie zwracać uwagi na tamtego. w końcu musiało go to mocno zirytować, że nie sram w gacie i wstał. podszedł jeszcze raz do naszego stolika.
- nie przeprosisz?
- za co?
- nie wiesz za co?
- no nie wiem. powiedz mi.
- ohohohoho chijrak się znalazł! jak nie to nie - przeprosiłbyś, byłby szlus.
-jak mi powiesz, za co miałbym cię przeprosić, to przeproszę. chyba, że sam tego nie wiesz. - cały czas patrzę mu prosto w oczy, podobno tak trzeba z dzikimi zwierzętami. w końcu pierwszy spuścił spojrzenie!
- za to co przy barze było.
- a kto się przypierdolił do kogo przy barze?
- wyskoczysz na solo?
-a co? rozmowa cię męczy?
-skoro tak chcesz, to proszę bardzo
oczywiście przy stoliku konsternacja. wszyscy zaczęli mnie prosić, żebym przeprosił, żebym nie był głupi... ale we mnie miarka się przebrała...
-wystarczy, że podasz jeden powód, za co mam cię przepraszać i przeproszę
-nie potrafisz powiedzieć przepraszam? wolisz stracić zęby?
-nie strasz, nie strasz - już nie patrzył mi w oczy. wiedziałem, że wygrałem... a przynajmniej taką miałem nadzieję.
-no kurwa skoro zęby ci się znudziły, to zapraszam na zewnątrz.
-czekam na pizzę.
-i będziesz spokojnie ją sobie tu kurwa jadł?
-jak chcesz, może popatrzeć. może zostawię ci trochę, boś mały (był jakieś 15 cm niższy ode mnie, bo ja trocę wyrośnięty jestem - mam 193 cm) - szok. na jego gębie.
-kurwa, bo zaraz ci jebnę tu przy stoliku, jak nie przeprosisz - "akurat", myślę sobie, "jakbyś faktycznie był do tego zdolny, to już byś to zrobił". albo miał w chuj narko przy sobie i bał się, żeby go mendy nie zgarnęły za pobicie jaiegoś leszcza, albo faktycznie zaskoczyło go moje chojractwo. a ja byłem po prostu tego dnia wkurwiony wielce i w zasadzie było mi wszystko jedno.
w końcu jednak moja luba mnie szturchnęła i rozkazującym tonem powiedziała do mnie: "Mariusz, przeproś natychmiast i miej spokój"
-czyli co? jak cię przeproszę, to będziesz najszczęśliwszym człowiekiem na świecie i dasz mi spokój?
-tak, tylko kurwa przeproś.
-przepraszam.
zatkało go.
-wystarczy? czy mam powtórzyć głośniej?
-wystarczy.
-to bądź tak miły i przestań nam przeszkadzać.
poszedł sobie. polazł do baru. słyszałem jak mówi do barmanki, którą pewnie podrywał, jak to wystraszył chłoptysia, studencika i jak to chłoptyś go przepraszał. brawo mitomanie. potem usiadł w drugim końcu baru z piwem