big_news
19.05.05, 09:56
Urodził się w czepku. Tak powie każdy, kto zna jego historię. Po krótce
wygląda ona tak:
Mającego trzy latka ukochanego synka Włodka, mama zapisała do przedszkola.
Placówka miała siedzibę w pałacyku na ul. Północnej. Kiedyś ten budynek
należał do kapitalistycznego krwiopijcy, ale po wojnie państwo zorganizowało
tam placówkę opiekuńczą. Fart Włodka polegał na tym, że gdyby urodził się w
innym czasie, gdyby chciał korzystać z tego miejsca nieco później, to musiałby
być ZOMO-wcem lub innym milicjantem, bo po przedszkolu ten miły obiekt przyjął
pod swój dach ówczesnych przedstawicieli prawa. Szczęście Włodka objawiło się
zatem już podczas wczesnego dzieciństwa. Czy mógłby dzisiaj śmiało patrzeć
ludziom w twarz, mając na na plecach garb reżimowego milicjanta?! Jasne, że nie.
Kolejny dowód na życiowy fart Włodka, to podstawówka. Z racji zamieszkiwania
na Nowotki (dziś Pomorska), chodził on do szkoły na 19 Stycznia (obecnie
Anstadta). Błogie lata pierwszych papierosów, pierwszego piwka i winka,
pierwszych miłości, w ogóle wszystkiego pierwszego, spędził w kilkupiętrowym
zacnym szkolnym budynku i na przylegającym doń boisku. Gdyby nie miał tego
szczęścia, które go nie opuszczało, to gdyby chciał korzystać z tego miejsca w
innych okolicznościach, to natknąłby się w jego murach na hitlerowskich
oprawców, a nieco później na bezpiekę. Czyż nie jest więc jego niesamowitym
szczęściem, że urodził w takim czasie, iż nie dane mu było osobiście poznać
jakiegoś Udo Schmidta albo i samego Mieczysława Moczara?! Fart, czysty fart.
Inna sprawa. Wraca sobie kiedyś Włodzio po lekcjach ze szkoły, idzie tak sobie
zamyślony spoglądając w niebo, obserwuje wolno płynące obłoczki, wodzi
wzrokiem za ptakami, jest świadom otaczającego go piękna. Więc idzie sobie
krok za krokiem, w duszy mu gra, nagle...
Nagle leci w jakąś czeluść, wali o coś głową, widzi niemal samą ciemność, w
ustach ma mnóstwo jakiegoś pyłu. Cóż się stało? Otóż przywieziono koks do
lokalnej kotłowni, która znajdowała się przy jednym z bloków na ul 19 Stycznia
(obecnie Anstadta). Włazy do kotłowni umieszczone były w jezdni, która
przebiegała przez podwórka wzdłuż bloków umiejscowionych po parzystej stronie
ulicy. Koks poprzez te włazy zrzucono do kotłowni, ale robotnicy po skończonej
robocie nie zabezpieczyli otworów pokrywami. Nie dlatego, że ich nie mieli. W
tamtych czasach jeszcze nikt nie kradł kratek do studzienek kanalizacyjnych i
pokryw do włazów. Po prostu robotnicy byli bez wyobraźni. Jak to prości
ludzie, nie wyobrażali sobie, że można chodzić tak jak nasz Włodek z głową w
chmurach. I gdyby nie szczęście bohatera, to kto wie jak skończyła by się ta
przygoda. A tu okazało się, że prócz drobnych zadrapań i wysmolonego ubrania,
nie stało się Włodkowi nic. Ani żadnego złamania, zero skręceń i zwichnięć,
nawet marnego guza na głowie nie miał. Cud, zwykły cud, którym obdarzony może
być tylko ktoś wyjątkowo farciarski.
Idźmy dalej. Włodek rósł i dojrzewał. Z wiekiem coraz więcej czasu spędzał w
pobliskim parku Hellenowskim. Znał tam każdy krzaczek, wszystkie groty,
zarośla, tor kolarski oraz Halę Sportową, dumnego klubu Społem Łódź. Na
pierwszym piętrze w owej hali, znajdowała się świetlica. To w niej Włodek wraz
z kolegami, przy istotnym udziale pewnego KaOwca, organizowali dyskoteki.
Zabawy te odbywały się dość regularnie, ale czasem świetlica była
wykorzystywana do innych celów. Pewnego razu wynajęto ją jakiejś młodej parze,
a ta zorganizowała w klubie wesele. Tak się złożyło, że było to 24 czerwca,
akurat w dniu zakończenia roku szkolnego. Włodek skończył tego roku 18 lat i
czuł się bardzo dorosło. Nic więc dziwnego, że razem z dwoma kolegami chcieli
jakoś uczcić kres uczniowskich męczarni. Okazją miało być wesele w "ich"
świetlicy. Postanowili wmieszać się w tłum przybyłych z kościoła gości i
spędzić miły wieczór. Rzecz jasna żaden z nich, a już Włodek napewno, nie miał
nic wspólnego z młodymi. Plan powiódł się niemal doskonale. Już na samym
początku uroczystości, rodzice państwa młodych zaapelowali do zaproszonych
gości, aby obie rodziny przemieszały się przy stołach. Chodziło tym
szlachetnym ludziom o to, żeby nie potworzyły się rodzinne frakcje, żeby obie
rodziny wzajemnie się poznały. Taka propozycja była jak najbardziej na rękę
Włodkowi i jego kumplom. Usiedli śmiało przy stole i nie niepokojeni przez
nikogo zaczęli ucztować. Jedli, pili, pili i jedli. Potem pili, pili, jedli i
pili. Wreszcie tylko pili. To, że byli wstawieni jeszcze nikogo nie
niepokoiło. Nie oni jedni byli nieźle zaprawieni. Póki siedzieli przy stole,
nie rzucali się w oczy. Kiedy jednak znudziło ich bierne uczestnictwo i
zaczęli tańczyć, ooooo, natychmiast wpadli w oko wszystkim! Po pierwsze:
zaczęli obracać panienki, które oczywiście przyszły z partnerami. Po drugie:
tańczyli na wskroś nowocześnie, co samo w sobie nie jest złe, ale akurat na
weselach preferuje się inne style. Po trzecie: próbowali skłonić pitolącą
kapelę do wykonania innego niż tradycyjny repertuaru, ale tylko akordeonista
zdawał się rozumieć o czym mówią. Też miał dość "Głębokiej studzienki" (11
bisów) i "Góralu, czy..." (21 bisów). Nie on jednak był kierownikiem
artystycznym zespołu i nie on decydował o repertuarze. Kiedy słowne argumenty
nie wywarły oczekiwanych reakcji, chłopaki próbowali przejść do mowy migowej.
Okazało się jednak, że pozostali biesiadnicy nie bardzo pojmują ich punkt
widzenia, tym bardziej, że obie rodziny uzgodniły wreszcie, że ta trójka nie
reprezentuje żadnej z obu rodzin i w związku z tym trzeba było sporządzić
protokół rozbieżności. Marnie by się to wszystko dla Włodka i kolegów
skończyło, ale właśnie Włodek w przypływie pewnej światłości umysłu,
przytomnie(?) oznajmił, iż wystarczy, że na dole w parku gwizdnie, a za chwilę
zbiegnie się mnóstwo kumpli i impreza dobiegnie końca. Ani młodzi, ani ich
rodzice, ani tym bardziej inni goście, nie mogli wiedzieć, że Włodek mógłby
gwizdać do usranej śmierci, a pies z kulawą nogą nie przybyłby na ratunek. Z
soboty na niedzielę chłopaki z parku spali snem sprawiedliwych i nic nie mogło
ich z tego snu wyrwać. Lecz lekko przestraszeni organizatorzy nie mogli tego
wiedzieć, więc zamiast skopać tyłki "gapowiczom", a może i wezwania
określonych służ, poprosili niechcianych gości, aby ci zechcieli łaskawie
opuścić już lokal, nie z pustymi rękami oczywiście. Dali chłopakom po flaszce,
zapakowali mięsiwa i kiełbasy do torby i grzecznie odprowadzili do wejściowych
drzwi. Czy gdyby nie chodziło w tym wypadku o Włodka, ten eksces zakończyłby
się akurat tak? Mowy nie ma! Tylko wyjątkowy szczęściarz, taki jak Włodek,
mógł się tak wykaraskać z kłopotów.
Kolejna sprawa. Włodek poznał Majkę. Zabujał się w niej bez pamięci. Nie
dziwota zresztą. Było w kim. Ładna, zgrabna, oczytana do tego i nie głupia.
Patrzył w nią jak w obraz. Świata za nią nia widział. Traktował ją jak
relikwię. Nie śmiał jej tknąć. Jawiła mu się niemal jak święta. No, zgłupiał
do reszty przy niej. I pewno do dzisiaj patrzyłby na nią z otwartą gębą, gdyby
nie jego fart. I pewien Ahmed. Ahmed był Arabem, którego przyniosła do Łodzi
przemożna chęć kształcenia się. Włodek poznał Ahmeda na fuksówce. Jak zresztą
wielu sympatycznych studentów z zaprzyjaźnionych krajów. Tenże Ahmed także był
zachwycony Majką. Tyle, że nie była to miłość platoniczna. Ahmed wiedział, że
jego szczęśliwy pobyt w Polsce raczej prędzej niż później dobiegnie kresu. Nie
zasypiał więc gruszek w popiele i "zaliczał" panienki, aż miło. A że te były
chętne i było ich sporo, Ahmed nie miał zbyt wiele czasu dla każdej z nich z
osobna. Tak wię "kosił zboże", niemal hurtem i co ciekawe żadna z panienek nie
miała o to do niego żalu! Takie to już są wyrozumiałe i gościnne nasze
panienki. Więc niemal pod okiem nieświadomego niczego Włodka, także "święta"
Majka uległa urokom Ahmeda. Dziewczyna nie miała tyle farta co Włodek i zaszła
z Ahmedem w ciążę. Na Ahmeda nie miała co liczyć