big_news
02.06.05, 07:36
...w którym to Miejscu spotykali się znajomi. Bliżsi i dalsi. Z poczuciem
humoru i bez. Wykształceni i nieopierzeni. Ładni i brzydcy. Mądrzy i głupi.
Taki przekrój społeczeństwa w miniaturze. Jedni byli bardziej aktywni, inni
mniej. Część była prospołeczna, reszta to indywidualiści. Królowała tam
tolerancja, choć zdarzały się i ortodoksyjne wprost opinie. W każdym razie
gadać można było na każdy temat. Jeżeli nawet czasem ktoś się wykruszał z tego
grona, to natychmiast uzupełniał je świeży członek. Towarzystwo się rozrastało
i miało się dobrze. Do czasu. Bowiem jak to w każdej społeczności są normalni
i nadto ambitni. Tacy, którzy za wszelką cenę chcą czymś kierować. Bez względu
na predyspozycje. I w tym Miejscu też stało się tak, że nie ta osoba, która
należy, zaczęła decydować o kształcie tego miejsca wspólnych spotkań.
Powiedzmy, że to jakiś X. Więc X zaczął robić porządki. Przewietrzał,
odkurzał, usuwał i sztorcował. Zrobił się strasznie ważny. Do tego miał do
pomocy jednego, szczególnie ważnego wspólnika. I tak czyścił, że wreszcie
przegonił Ojców Założycieli. Tak mieszał, że pognał na cztery światy większość
obecnych tam ludzi. Oczywiście część z nich po prostu się wypaliła. Ale
większość z dezerterów, to zniesmaczeni aktualnymi porządkami, trwale
zniechęceni do odwiedziń miejsca wspólnych spotkań. I tak oto, stosując metodę
spalonej ziemi, X doprowadził do wyjałowienia gruntu. Jeszcze gdzie niegdzie
wyrośnie czasem kwiatek, ale zdecydowana większość Miejsca to już tylko ugór.
Tak bywa, kiedy ludzie bez wizji odpowiadają za tworzenie pewnych Miejsc.