philip_marlowe
25.09.02, 12:51
Jako detektyw z twardą głową, prowadziłem wiele spraw. Zdażyła mi się kidyś
taka sprawa, która wprawiła mnie w zakłopotanie. A zaczęło sie niewinnie. Do
mojego biura przyszła kobieta, ale nie była zwykła babka jak każda inna.
Miała coś w oczach takiego co mnie zastanowiło. Jej wzrok był jakiś dziwny,
niby bystry, przenikliwy, ale coś w nim nie pasowało. Może dlatego, że miała
tak jasne błekitne teczówki, żę prawie nic poza źrenicami nie było widać.
Dziwne wrażenie, białe oko z czarna ktopką. Podeszła do mnie i nie pytając o
zgodę usadowiła się na krześle. Wyjęła papierosa z cygarniczki i podpalając
sobie sama zaciągnęła się tak, jakby orgazm to było małe piwo, a to co
przeżywała dawało jej najwiekszą możliwą satysfakcję. Patrzyłem na nią w
milczeniu, nie śmiąc nawet otworzyć ust. Zatkało mnie a bardzo żadko mi się
to zdaża. Po chwili jej twarz zmienła się nie do poznania. Stała się normalna
i spokojna. Jaby z przeszła z eufori w życie codzienne, w ułamku sekundy.
Odezwała się do mnie głosem o niskiej kojacej barwie, a jej oddech przy
każdym słowie zamarzał wśród ciepłego, stechłego powietrza w mojej spelunce,
nazywanej wzniośle biurem.
- Pan Malowe jak mniemam. - Skinąłem głową, jako że nie miałem siły na
wydobycie z siebie głosu. - Mam dla pana małą robutkę.
Przełknąłem ślinę, czując posmak papierosa i porannej whisky.
- Tak? - wyszeptałem.
- Tutaj jest okragły tysiąc. Proszę przyśc pod ten adres o siódmej wieczorem.
I wstała, a ja patrzyłem ugniatając sobie opuszki palców.
- Ale, chwileczkę... - Próbowałem coś zrobić, zatrzymać ją dowiedzieć się
czegoś, ale już jej nie było. Coś nie tak z moim refleksem, pomyślałem.
Ale cóż, tysiączek to kawał szmalu a ja cierpiałem ostatnoio na brak
pieniędzy. Powiedziała tylko żebym się stawił tam gdzie trzeba i o godzinie
jakiej trzeba. Żadnych zobowiązań. Czemu nie, spróbować warto.
Do siódmej było jeszcze kilka godzin. Miałem czas na małą szklaneczkę i
przekaskę w barze. Zapaliłem sobie Camela i zagłębiłem w myslach sącząc
powoli wysokoprocentową ciecz o kolorze imprgnantu do drewna. Bała, że tek
powiem niezbyt markowa, ale tania i dawała oczekiwany efekt.
Myślałem o jej źrenicach zagubionych w bieli. Wciągnęło mnie to. Byłem
ugotowany jak jajko na twardo.
Po trzech godzinach byłem na lekkim rauszu, najedzony i gotowy do spotkania.
Zgarnąłem z szuflady Lugera i wpakowałem go do kabury pod pachą. Odgasiłem
papierosa, który wypalił się w samotności, podczas moich przygotowań do
wyjścia. Wyjąłem nastepnego z paczki, zostały tylko dwa. Nie najlepiej, jak
przyjdzie mi czekać, czas bedzie się dłużył. Chciałem być wcześniej. Usiąć
przy barze w umówionym miejscu i wtopić się w otoczenie obserwując gości znad
szklaneczki. W knajpie przepłacę. Ale cóż, nadruszyłem otrzymaną sumkę i
wziąłem jeden banknot z dwoma zerami. Schowałem do portfela, gdzie
towarzystwem dla setki były dwie jedynki, a nastepnie potrfel włożyłem do
wewnatrznej kieszeni marynarki. Ostatnie spojrzenie w lustro. Troche
zmarszek, ale jeszcze w formie co? Powiedziałem w myslach do odbicia i
zgasiłem światło wychodząc pokoju.
czy c.d.n ma być?