Gość: zwierz
IP: *.toya.net.pl
17.11.05, 12:11
Chciałbym podzielić się kilkoma refleksjami po koncercie Porcupine Tree, który
odbył sie wczoraj w łódzkiej Hali Anilany:
Na początek muszę nadmienić, że słowo -koncert- należy napisać w cudzysłowie.
To, co odbyło się kilka godzin temu w hali przeznaczonej do gry w piłkę
ręczną, można nazwać delikatnie - wielkim nieporozumieniem.
Godzina dwudziesta, to pierwsze ostrzeżenie! Na scenę wchodzą młodzi muzycy z
Oceansize. To, co wydobywa się z kolumn głośnikowych przypomina tylko efekt
jaki można osiągnąć wkładając głowę do pracującej betoniarki. Dudniący,
przeciągnięty bas, niesłyszalny wokal, zamazane gitary. Z ciekawosci opuszczam
swoje miejsce i zaczynam chodzić po całej hali szukając lepszego miejsca do
odsłuchu. Nic z tego! W tej hali takiego nie ma! Pogłosy, odbicia, stojące
fale basu. Muzycy na scenie robią co w ich mocy, żeby sie "przebić" do
publiczności, która stoi jak osłupiała. Bez efektu. Znając muzykę zespołu
można mieć wrażenie, że na scenie jest ktoś zupełnie inny. Ta męka trwa ok. 45
minut. Cały czas mam nadzieję, że mój ulubiony Porcupine Tree bedzie miał
lepsze nagłośnienie. O godzinie 21 wychodzą. Nadzieje zostają ostatecznie
rozwiane. Brzmienie jest cokolwiek lepsze, ale w dalszym ciągu pozostaje tylko
dudnienie, pogłosy i odbicia. Dobrze, że znam muzykę i teksty Porców na
pamięć, bo trudno się zorientować, co własciwie grają. Nawet stonowany
"Łazarz" brzmi jak pracujący na przodku kopalniany świder z udarem. Co
najdziwniejsze efekt taki wystepuje nawet przy konsoli ustawionej na 3/4
długości sali, czyli tam, gdze dzwięk powinien być teoretycznie najlepszy.
Zawiedziony zmieniam miejśce po raz dziesiaty i podchodzę bardzo blisko. Pod
samą sceną, tuż przy kolumnach zdaje się jest najlepiej, ale trudno, żeby było
inaczej, bo kilkaset decybeli skuteczne "zagłusza" cały mętlik tła, odbić i
pogłosów. Muzycy grają swoje mając mikroporty i odsłuchy w uszach i pewnie nie
zdają sobie sprawy z ogólnego efektu w całej hali. Chociaż po krótkich bisach
ulatniają się szybko, a Steven nawet nie przedstawia zespołu. Odnosi się
wrażenie, że chcą szybko zakończyć tę żenadę. Nie sadzę, żeby organizatorzy
koncertu nie zdawali sobie sprawy z ograniczeń akustycznych miejsca gdzie
będzie występ. Już pewnie podczas prób kilka osób z ekipy myślało o
popełnieniu samobójstwa, bo to, co zaproponowali fanom zespołu (do których się
zaliczam) było zupełnie Nie-do-przy-ję-cia! Czy naprawdę nie można znaleźć
lepszego miejsca na takie koncerty? (poprzedni "łódzki" w klubie Faraon był
świetny) Pewnie jak zwykle liczy się kasa, ale po wczorajszym wydarzeniu może
być jej mniej, bo taka "wpadka" skutecznie zniechęca do kupowania płyt zespołu
i do chodzenia na podobne koncerty! Ktoś, kto do tego dopuścił powinien być
zesłany na Sybir i pozbawiony możliwości słuchania rewelacyjnego zespołu jakim
jest Porcupine Tree na zawsze!
Tomasz "Zwierz"- Porcupine Zwierzchowski