Gość: gość
IP: 212.191.7.*
02.01.03, 10:51
No cóż,pierwsze podejrzenia pojawiły się już w chwili gdy zakupiliśmy bilety,
było to 12 grudnia a więc kilkanaście dni przed Sylwestrem i kilka dni przed
wyznaczonym przez organizatorów terminem...dowiedzieliśmy się, a właściwie
domyśliliśmy z niejasnych aluzji, że możemy liczyć jedynie na dostawiane na
widowni krzesła i to w tej samej co fotele cenie - 65 pln. Wtedy wydawało nam
się, że nie ma to większego znaczenia, bo przecież nie filmy będą w ten
wieczór
najistotniejsze...Stawiliśmy się w kinie tuż przed 21, zajęliśmy nasze
wciśnięte w przejścia plastikowe siedzenia i...odczekaliśmy pół godziny, aby
dowiedzieć się, że zapowiadany jako pierwszy "Die Another Day" zostanie
wyświetlony "później". Tymczasem zaserwowano nam prawdziwy rarytas..."Dirty
Dancing", bo nie ma to jak solidna rozgrzewka...
Nie pozostało nam nic innego jak udać się do "bufetu", gdzie uraczeni
zostaliśmy...słonymi paluszkami, ale za to mieliśmy miejsca siedzące, gdy
rozochoceni pierwszą projekcją goście przybyli aby spożyć "danie gorące"
czyli
bigos wydawany z gracją jadłodajni dla bezdomnych z kasowego okienka.
Organizatorzy uznali również, że jest to odpowiedni moment (23.30) do
włączenia
muzyki, "sala taneczna" znajdowała się za ekranem - w szatni, niestety był to
również "ciąg komunikacyjny", którym amatorzy ogniska udawali się na zewnątrz
i
doprawdy nie ma to jak mroźny przeciąg na rozgrzane tańcem ciało! No i ten
reperuar: Magda Femme, Lady Pank, a już przy Kapitanie Nemo to wyliśmy z
zachwytu...Niestety nie udało nam się dopchać przed 12 do baru aby odebrać
przydziałowe pół plastikowego kubka z musującym winem, noworoczny toast
wznieśliśmy wciśnięci w tłum gdzieś w okolicach damskiej toalety. Mieliśmy
również okazję skonsumować "ciepłe danie nr3" (bo drugim najprawdopodobniej
była kiełbasa z ogniska) czyli zimny kuskus z tuńczykiem. Ponieważ na czas
projekcji likwidowano "salę taneczną" postanowiliśmy w końcu coś obejrzeć,
zaserwowano prawdziwą "filmową perłę" - klasyczne dzieło..."Blues Brothers"
(bo
Bond nadal nie dotarł...). Dodatkową atrakcją była jakość zaprezentowanej
kopii, obfitująca w wiele skrótów i specjalne efekty w postaci "pływającego"
dźwięku. Odrętwiali od artystycznych wrażeń, postanowiliśmy bezzwłocznie
opuścić lokal, nie czekając na kolejną filmową, ani żadną inną
niespodziankę...
Panie Zbigniewie, znamy i szanujemy Pana wcześniejsze działania na
kinematograficznej niwie łódzkiej kulturalnej pustyni...z autopsji wiemy jak
bardzo niewdzięczna i nieopłacalna jest to praca...ale to co dane nam było
przeżyć w Cytrynie, za wcale niemałe pieniądze, to był po prostu koszmar i
nie
możemy się oprzeć uczuciu,że zrobił nas Pan w...sylwestrowego balona.