aaa202
29.08.06, 11:26
Natknęłam się na ciekawy stereotyp, zaprezentowany przez komentatorów pewnego
tekstu na portalu GW. Otóż stwierdza się tam, iż mężczyzna sikający na
siedząco to "miernota niegodna miana mężczyzny".
Rozumiem, że postawa wyprostowana nobilituje. (Czyżbym, z racji konstrukcji
ciała, która powoduje, że korzystanie z pisuaru jest dla mnie kłopotliwe
(choć nie niemożliwe), znowu musiała wytaczać feministyczne armaty?) Ale co z
M jak Męskością gdy przychodzi do wypróżniania odpadów trawiennych bardziej
stałych? A może "prawdziwy mężczyzna - niemiernota" sr ać winien również na
stojaka?
Czy powszechnie widywane (też w Łodzi) męskie szczanie na murki i drzewa było
czymś więcej, niż pozór wskazuje? Jakimś maskulinistycznym rytuałem
prezentacji siły i dominacji nad sikającymi inaczej?
W pewnym filmie z Jackiem Nicholsonem kreowana przez niego postać ewoluuje po
śmierci żony. Mąż uwolniony od jarzma małżeństwa, dotąd sikający na siedząco
z polecenia ukochanej małżonki - czyściochy, pewnego poranka powstaje z
muszli w trakcie tej czynności, ochlapując moczem podłogę, swoje spodnie,
buty i cały, dotychczas dzielony z kobietą, rewir. Wyzwolił się z opresji
matrymonium, powrócił do grona mężczyzn? Zanieczyszczając - oczyścił się? Czy
zatem związek z samicą miał paradoksalnie - miast dawać przestrzeń dla
realizacji męskości w ostatecznej formie - męskość tę dławić, umniejszać,
degradować? W takim razie spytajmy: Co z kobiecością w związku? Jaki jest jej
status? Czy odpowiednikiem archetypicznego sikacza-stojacza jest żona myjąca
podłogę mopem - na stojąco, zamiast szmatą - na kolanach? A co z żeńską
defekacją? Czy klasyczny "narciarz" mógłby stać się kompromisem
transgenderycznym, postawą uniseks?
A w ogóle, to piździ dziś jak na Helu.