cassani
06.12.06, 10:00
Wczoraj wieczorem po raz pierwszy ma wiecznie głodna osoba wraz z jeszcze
dwoma innymi - w tym z jednym gościem płci pieknej pochodzącej z kraju
Goethego, Ratzingera i Himmlera nawiedziła lokal o nazwie Restauracja Polska
na rogu Piotrkowskiej i Rewolucji. Nie byłoby to wydarzenie warte szczególnej
uwagi jakże zapracowanych, tudziez wymyślających celne riposty lub
inteligentne wątki współforumowiczów - gdyby nie kilka szczegółów - które
pozwole sobie opisać w konwencji powieści Roberta Louisa Stevensona
Dr. Jekyll
Po wejściu do restauracji nic nie zaskakuje - lokal tak samo jak z zewnątrz -
w środku prezentuje się świetnie, przy wejściu miła obsługa, plansza ze
zdjęciami goszczących w restauracji gwiazd (choć lekkim dreszczem przyjąłem
możliwość jedzenia z tej samej miski co Michał Wisniewski - ale co tam - jak
wypas, to wypas), milutka muzyka, kilku wysoce skulturyzowanych gości, w tym
kilku kilku mówiących językami niechrześcijańskimi, ot masoni w
Najjaśniejszej - ale skoro biuro festiwalu czterech kultur tak blisko - to
czepiać sie nie sposób.
Tu sie rozwodził za długo nie będę - siadamy - zamawiamy - pijemy - jemy.
Obsługa bardzo miła - co najmniej dwujęzyczna (i to sprawnie się
posługująca), niemal zawsze na czas, potrafiąca doradzic przy zamawianiu.
Jedzenie - fantastyczne, (ja zamówiłem polędwiczki po admiralsku, z
ziemniakami i pysznie przyrządzonymi fasolkami z czosnkiem - wysmienite).
Ogólnie byliśmy bardzo zadowoleni z obsługi i już byłem pewien że mamy
nastepny lokal gdzie od czasu do czasu będzie można zabrać zagranicznych
gości.
Niestety, pomimo iż już było ciemno, to zgodnie z prozą Stevensona - zaczęło
się ściemniać jeszcze bardziej. Przynajmniej w głowach kilku osób...
20.45 czasu lokalnego. Wtorek. Nasz stolik był pierwszym przy wejściu. Do
lokalu wchodzą 3 osoby, bardzo porządnie ubrane, nie odbiegające wygladem od
pozostałych gości. Ze zdumieniem słysze że obsługa delikatnie wyprasza ich,
mówiąc że kuchnia już nie zdąży podać nic do jedzenia i że niedługo zmykają
(wg informacji na drzwiach lokal działa do 22, my czekaliśmy na jedzenie
około 30 minut). Przyglądałem się temu lekko zaskoczony - ale nawet
zaczęlismy się śmiać - że mieliśmy fuksa. Sielanka więc trwała dalej,
zarty,przekąski, bardzo umiarkowane ilości alkoholu - ale nawet nie
wiedzieliśmy że robiło się coraz ciemniej...
Mr. Hyde
Dochodziła 22 kiedy de facto zbierając sie już do wyjścia gdyż naszego
niemieckiego gościa czekała dziś pobudka o 5 rano ze względu na samolot,
kiedy postanowiliśmy kelnera poprosić o 3 małe piwa - takie na rozejście. Na
twarzy kelnera pojawił się grymas. Zaczynał się on w okolicach lewej strony
ust i długą, kręta linią przebiegł aż zniknął w gęstwinie włosów... ciarki mi
przeszły po plecach...przypomniałem sobie o tych wyproszonych nieszczęśnikach
z 20.45. Kelner zakomunikował:
"Hmmm, no tak, ale będziecie państwo musieli szybko wypić bo zaraz zamykamy"
Czar prysł. Restauracja o cenach może nie wygórowanych - ale na pewno
wyższych od umiarkowanych zatrudniła do obsługi konia...
Ja - będąc osobą bardzo dociekliwą, zaraz załapałem o co chodzi w tej grze i
spytałem sie czy to sklep spożywczy że musimy pod nim szybko pić. Niestety,
pan nie zgodził ze mną. Ponadto poinformowałem pana że własnie zamierzaliśmy
i tak wychodzic - le biorąc pod uwagę jego rady co do szybkości picia to
rezygnujemy z ostatniego zamówienia i prosimy o fakturę. Po chwili była
faktura. Pan kelner zaczął też tłumaczyć że to normalne że się wyprasza gości
jak się zamyka lokal (sic!-poważnie tak powiedział), wiec ja mu
zaproponowałem spacer po innych lokalach na Piotrkowskiej w celu
organoleptycznego sprawdzenia tego, itp, itd... - ogólnie Pan wprawił mnie w
szampański nastrój i chętnie, coraz chętniej, wysłuchiwałem jego tłumaczeń,
które stawały sie coraz bardziej absurdalnymi.
Będąc osobą upierdliwą i mającą delikatną ochotę pokazania panu że nie do
końca jestem zadowolony z ostatnich 5 minut obsługi poprosiłem o rachunek
szczegółowy, który ze śmiechem sobie przejrzałem. Ale - co ciekawe - widzę
pozycję narzut 10% - czyli automatycznie dodawany do rachunki napiwek. Nie
jest to żadna dziwna sytuacja, np we Włoszech to standard - ale wciąż będąc
dociekliwym (niektórzy nazwą mnie upierdliwym) poprosiłem o wytłumaczenie co
to za pozycja: i oto pan zamiast wykorzystać swoją erudycję, która pozwoliła
mu pouczyć nas co do szybkości picia piwa i powiedzieć że to po prostu
doliczany narzut za serwis-czym by mi zamknął usta - bo przeciez to normalne
zostawić napiwek dobrej obsłudze - ale on powiedział coś w tym stylu:
"Rachunek podliczał mój kolega, który już skończył pracę i to chodzi o to że
się pytał czy Państwu smakuje"
Niestety - polska część towarzystwa nie wytrzymała powagi i wybuchła
śmiechem. Poważnie, ja nie mogłem...Szczerze rozbawiony poprosiłem pana o
odliczenie w takim "narzutu za pytanie czy smakuje w wysokości 37,10zł" i
odesłałem po nową fakturę. Poprosiłem też w takim razie o te 3 piwa "bo
wygląda na to że zdążymy je wypić".Pan piwa przyniósł, w fakturze zrobił
błąd, musiał znów poprawić - i bez żadnego przedłużania z naszej strony i tak
z restauracji wyszlismy około 23. Z narzutu zrezygnowałem definitywnie i
wytłumaczyłem kulturalnie panu tego powody - z końcowa adnotacją - że
przydadzą się one na przyszłość. Pan twardo trzymał się swojej wersji
wydarzeń.
Co ciekawe nie byliśmy ostatnimi gośćmi - i jeszcze dwa stoliki ku wielkiemu
nieszczęściu kelnera były zajęte.
Happy end.
przynajmniej dla tych, którzy dobrnęli.