Gość: smakaroni
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
02.02.08, 12:10
Gdzie się rozeszły dolary z offsetu
Joanna Blewąska, Łódź
Amerykanie zakończyli finansowanie jednej z najważniejszych części
offsetu - naukowo-technologicznej. Efekty? Prawie żadne
Nadzieje były wielkie. Rząd i Amerykanie, od których kupiliśmy F-16,
powierzyli Uniwersytetowi Łódzkiemu realizację jednej z
najważniejszych części programu offsetowego - naukowo-
technologicznej. Dzięki niej Polskę miała zalać amerykańska myśl
technologiczna, spodziewano się powstania setek nowych firm.
Wiadomość o tym przekazał w 2003 r. ówczesny premier Leszek Miller,
łodzianin. - Łódź stanie się zagłębiem nowoczesnych technologii -
zapowiadał.
Wielka uroczystość z okazji podpisania umowy offsetowej odbyła się w
przepięknym pałacu Biedermanna w Łodzi. W reprezentacyjnej sali
gościli także ambasador USA Christopher Hill oraz przedstawiciele
Uniwersytetu Teksaskiego w Austin (współodpowiedzialni za "łódzką"
część offsetu).
Umowa obejmowała m.in.: promocję polskiej myśli naukowej w USA;
przekazanie amerykańskiego know-how; założenie Funduszu Zalążkowego,
który ma pomagać w tworzeniu firm z sektora zaawansowanych
technologii; licencję na program studiów w dziedzinie
komercjalizacji technologii (czyli ich wprowadzania na rynek).
W ramach programu Polska dostała pomoc wartą ćwierć miliarda
dolarów. Taką przynajmniej kwotę podali Amerykanie, którzy po pięciu
latach podsumowali koszty offsetu.
Technologie tylko do kupienia
W 2003 r. polscy przedsiębiorcy zapisywali się na finansowany z
programu offsetowego wyjazd do Stanów Zjednoczonych, by tam nawiązać
kontakt z amerykańskimi firmami. Chętnych było dużo więcej niż
miejsc.
Ci, co się załapali, czuli, że wygrali los na loterii. Na miejscu
jednak czekało ich wielkie rozczarowanie. - W USA nikt na nas nie
czekał - opowiadają "Gazecie". Gdy po interwencji przedstawiono im
kilka amerykańskich firm, okazało się, że zupełnie nie są
zainteresowane współpracą z Polakami, a technologie, które pokazali
Amerykanie, nie były ani nowe, ani ciekawe.
Gdy w końcu Polacy zainteresowali się np. oprogramowaniem
komputerowym, usłyszeli, że jeśli je chcą, to mogą je sobie kupić.
Mimo że wcześniej Amerykanie jasno mówili, że technologie w ramach
pomocy offsetowej będą przekazywane bezpłatnie.
- Ponieśliśmy wydatki w związku z wyjazdem naszych pracowników do
USA. Mieliśmy koncepcję wspólnego biznesu, jednak oczekiwania i
fakty rozminęły się jak koleje jadące w różne strony świata -
komentuje Witold Staniszkis, prezes warszawskiej spółki
informatycznej Rodan Systems.
Łódzka firma Doskomp (również z branży informatycznej) też wzięła
udział w wyjeździe do USA. Tomasz Woźniakowski z jej zarządu
opowiada: - Naprawdę dużo wysiłku musieliśmy włożyć, by znaleźć
partnera, z którym mielibyśmy wspólne pole zainteresowań.
Ostatecznie zawarliśmy jedną umowę na małą kwotę. Jesteśmy niewielką
firmą, potraktowaliśmy wyjazd jako przetarcie się, zobaczenie
amerykańskiego rynku, podszlifowanie języka. I to tyle, jeśli chodzi
o korzyści.
Przedsiębiorcy nie zyskiwali, a Amerykanie z łatwością doliczali
kolejne dolary do offsetu. Każdą radę amerykańskiego eksperta
przekazaną Polakom, na przykład telefoniczną uwagę dotyczącą
tworzenia inkubatorów, wyceniali na tysiące dolarów - twierdzi osoba
znająca offsetowe rozliczenia.
Co mogli zrobić odpowiadający za program łodzianie? Jeśli wyliczenia
im się nie zgadzały, mogli nie podpisać cząstkowej wyceny programu.
I tak robili. Ale - jak twierdzą osoby obsługujące offset - wtedy
Amerykanie grozili, że wycofają się z całości. Wyliczenia więc
zatwierdzano.
- Odpowiedzialne za realizację umowy Ministerstwo Gospodarki nie
pomagało. Łodzianie usłyszeli, że mają cieszyć się, że są
beneficjentami programu, i skoro trafił on do Łodzi, to niech nie
wybrzydzają - mówi informator "Gazety".
Do funduszu nie ma chętnych
Polscy przedsiębiorcy najbardziej liczyli na utworzenie Funduszu
Zalążkowego. Gdy tylko offset ruszył, Amerykanie mieli znaleźć
prywatnych partnerów, czyli duże firmy i instytucje, które byłyby
skłonne współfinansować małe, ale rokujące przedsiębiorstwa z branży
high-tech.
Na tę pomoc w postaci nisko oprocentowanych kredytów Amerykanie
mieli pozyskać 40 mln dol. Dużo się o tym mówiło, bo dla małych firm
takie kredyty na początku działalności oznaczają być albo nie być na
rynku.
- W końcu Amerykanie funduszu nie utworzyli - przyznaje dziś prof.
Wojciech Katner, szef łódzkiego offsetu. - W umowie było zapisane,
że poczynią starania, by znaleźć prywatnych partnerów do utworzenia
kapitału. Nie znaleźli ich, temat się skończył.
Z kolei studia w dziedzinie komercjalizacji technologii to był
sztandarowy produkt offsetowy - jedyne takie w Europie Środkowej.
Licencję przekazali Amerykanie, wyceniając ją oraz jej wprowadzenie
przez swoich ekspertów na 30 mln dol.
Problem w tym, że wiele tematów z programu rocznych studiów nijak
nie przystawało do polskich ani europejskich warunków. - Na przykład
mieliśmy się uczyć, jak pozyskiwać środki na działanie
przedsiębiorstw. W Polsce duże znaczenie mają pieniądze z Unii
Europejskiej. Ale o tym w programie studiów na licencji
amerykańskiej nie było ani słowa - mówi jeden z absolwentów.