Gość: STUDI
IP: *.prokom.pl
11.12.03, 14:58
www.pavox.pl/piatek0103.html
Oto tresc.
Naprawde ciekawe argumenty.
Busy aby zaepwnic wlasny interes miasta. Ze tramwaj kopci spalinami.
Ze lozenie na tramwaj zniszczy autobusy.
Ze tramwaj wyrznie w jakis dom (jesli ktos tam byl wie ze to klamstwo).
A tak patrzac jak busy wypuszczja w Ksawerowie ludzi wprost pod nadjezdzjacy tramwaj to czekam az bedzie inny wypadek.
A moze w koncu Lodz zrobi porzadek z busami pabianickimi.
A teraz cytat z podanego linku:
Nie z mojej winy
JERZY KRZYSZTOF KACALAK przestaje być dyrektorem MZK. Kierownicze stanowisko w tym zakładzie budżetowym piastował ponad 10 lat. W ostatnich dniach rozmawiał z nim prezydent Pabianic. O konflikcie w MZK poinformowaliśmy w świątecznym wydaniu "NŻP" ("Nie chcą takiego dyrektora").
NŻP: - Wcześniej były zarzuty pod pańskim adresem ze strony załogi. Pracownicy podnosili, że jest pan złym gospodarzem i źle ich traktuje...
J.K. Kacalak: - Te zarzuty są absurdalne, więc nawet nie sposób z nimi dyskutować, obronić się.
- Jednak...
- Mogę powtórzyć, iż w sytuacji, kiedy maleją dotacje, a nie rosną ceny biletów - czym tak chwalił się prezydent Winiarski - nie sposób, aby zdarzył się cud. Dotacje i sprzedaż biletów to jedyne źródła finansowania. Obarczanie mnie odpowiedzialnością za to jest nieuzasadnione. Zła sytuacja zakładu nie wynika z mojej winy.
- A z czyjej?
- Wynika z błędnych decyzji władz miasta poprzedniej kadencji, całej kadencji. Nie tylko pod wodzą Pawła Winiarskiego. Pod wodzą w cudzysłowie, bo wiadomo, kto naprawdę wtedy rządził. Dno zaczęliśmy osiągać trzy lata temu za czasów ekipy Floriana Wlaźlaka. Wtedy Rada Miasta zwiększyła dotacje, a potem nie wykonała własnej uchwały. Zaczęły się straty. W następnym roku doszła do władzy nowa koalicja z prezydentem z SLD, i pierwsze, co zrobiła, to w maju obcięła dotacje. Kolejny ruch to wspomniane niepodniesienie cen biletów. Powstały więc straty. Chociaż ceny biletów nie wzrosły, sprzedaż ich zmalała o około 10 procent. Myślę, że ludzie przestali podróżować, bo wielu nie ma już celu, traci pracę, społeczeństwo ubożeje. Przychód pomniejsza też korzystanie z przejazdów ulgowych i bezpłatnych. Tę grupę trzeba liczyć w tysiącach...
- Pracownicy twierdzą, że nie oddał pan linii do Łodzi obcym przewoźnikom, a MZK mógłby na tym zarobić...
- Nie mają racji, obciążając tym mnie. To śmieszne, że pracownicy MZK nie znają realiów. MZK ze sprzedaży biletów finansuje linię tramwajowa "41", w związku z tym puszczanie przewozów obok jest absurdem, bo sami sobie odbieralibyśmy pasażerów. Dlaczego jeżdżą inni? Dlatego, że władze miasta w 1993 roku podjęły decyzję o uruchomieniu linii dla pabianickiego PKS-u z Bugaju do Łodzi, a pabianicki PKS wpuścił PKS łódzki. A pięć lat temu, na co są stosowne dokumenty, władze wpuściły PKS łódzki pod szpital. Z kolei dwa lata temu pojawiły się wiśniowe mercedesy sprintery. Jeździły na dziko, więc puściłem cztery wozy firmy "Inter-Bus", aby wyeliminować te nielegalne sprintery. Rozrosła się firma "Inter-Bus", i, niestety, znów zarząd pana Winiarskiego dopuścił do rozrostu linii mikrobusów PKS-u łódzkiego. Cały czas podstawowym problemem pozostaje tramwaj. To wprawdzie ekologiczne rozwiązanie, ale nie w wydaniu pabianickim, kiedy za tramwajem stoi dwadzieścia samochodów i kopci. Poza tym to są wozy trzydziestoletnie, które nadają się tylko do kapitalnego remontu. Podobnie jak trakcja torowa i elektryczna. Przewoźnik już dwa lata temu zgłaszał konieczność nakładów na pętlę przy Wiejskiej i Dużym Skręcie. Najgorzej jest na Dużym Skręcie. Tory są tam w strasznym stanie. Pewnego dnia tramwaj może nie skręcić w Warszawską, tylko uderzyć w posesję, która tam akurat nieszczęśliwie się znajduje. Nikt z władz miasta nie chce tego przyjąć do wiadomości. Może dopiero jak wydarzy się tragedia...
- Jakie jest podłoże konfliktu z załogą?
- Ja zostałem dyrektorem z tzw. teczki. Załoga chciała kogoś innego. On był zastępcą przez półtora roku. Tworzyły się układy nieformalne, nie wymagało się dyscypliny. Piło się, kradło się. Nikt na to nie zwracał uwagi. Zwolniłem go. I tu się zaczęło. Prezydent Gryzel wystąpił w roli mediatora i podzielił moje poglądy, ale tliło się. Kiedy była zmiana warty w ratuszu, były rozmowy ze mną w siedzibie SLD, z panami Malińskim i Madejskim, pod tym kątem, aby mnie utrącić.
- Prawica pana odwołuje, lewica chciała się pozbyć...
- Tak to jest. Załoga wybiera tego, kto zrealizuje jej postulaty. Mam na myśli grupę działaczy związkowych dawnego MPK, którzy nie mogą pogodzić się z tym, że utracili swoje przywileje i mają wpojoną socjalistyczną zasadę "czy się siedzi, czy się leży...". Ta grupa nie może pojąć, że jest klient, który płaci za usługę i wymaga. I to nie jest łaska pracowników, że raczą jeździć. W prywatnych firmach przewozowych kierowcy zarabiają mniej.
- Ostatnio zarzewiem stała się kolejna propozycja dociskania pasa.
- Tak. W roku 2002 poświęcili się kierowcy, oni zrezygnowali z jednej dziesiątej etatu. Chciałem oszczędzać dalej. Tliło się, tliło, aż rozgorzało.
- W jakiej sytuacji zostawia pan MZK?
- W ciągu jedenastu miesięcy minionego roku wykorzystaliśmy już milion siedemset złotych dotacji. Pozostał jeden miesiąc, a więc straty szacuję w granicach 150-200 tys. złotych. Jedyną zaległość mamy w stosunku do tramwajarzy. To jest 240 tysięcy złotych. Pozostałe wszystkie zobowiązania w stosunku do pracowników, kontrahentów są płacone terminowo, a więc tu nie ma żadnego problemu. I druga sprawa. Czterdzieści procent wartości przychodów to sprzedaż ulgowych biletów (nie bezpłatnych, tylko ulgowych). Dwadzieścia procent tego zwracane jest w postaci dotacji, dziesięć procent robimy oszczędności kosztem zakładu. To przejadanie własnego ogona. MZK nie ma tzw. reprodukcji prostej, nie ma nic na odtworzenie. Od kilku lat nie było żadnych środków na zakup taboru, remonty, modernizacje, inwestycje. Tych dziesięciu procent brakuje od trzech lat. I dlatego jest ujemne saldo środków obrotowych, co ma odbicie w płynności finansowej. My ją powoli tracimy. Mówię "my", ponieważ jeszcze jestem dyrektorem tego zakładu.
- Jak wyglądała rozmowa z panem prezydentem? Rozmowa, jak się okazało, o rozstaniu...
- Chciałbym wyrazić podziękowania panu profesorowi Bernerowi, który podszedł do sprawy po pierwsze, z poważaniem, po drugie, uczciwie. Doszliśmy wspólnie do przekonania, że nie można kierować załogą, która tak bardzo tego nie chce. Pomijam rozważania, czy ten protest jest autentyczny, czy inspirowany przez kogoś z zewnątrz. To nie ma już istotnego znaczenia. Po prostu usiedliśmy do stołu i ustaliliśmy, że rozwiązaniem satysfakcjonującym obie strony jest rozwiązanie ze mną stosunku pracy na zasadzie porozumienia stron. Do trzydziestego kwietnia 2003 roku jestem formalnie dyrektorem MZK, ale nie świadczę usług od drugiego stycznia. Zamierzam na razie odpocząć. Liczę na ciekawą propozycję pracy, niekoniecznie w Pabianicach, Myślę, iż mam dobrą opinię w kręgach zarządzania, uważam się za fachowca. Jestem przecież ekonomistą, absolwentem kilku studiów podyplomowych w dziedzinie zarządzania.
- Dziękuję za rozmowę.