Gość: Kamień
IP: 213.17.234.*
14.10.04, 18:38
NIE DAM GROSZA NA WIDZEW!
Choćby się ta buda miała rozlecieć!
Podpisano:
właściciel kamienicy na Mickiewicza 13
http://polityka.onet.pl/162,1190832,1,0,2472-2004-40,artykul.html
Każdy ma swój Widzew
Jak łódzcy biznesmeni partiom się muszą opłacać
Pogłoski o tym, że politycy SLD w zamian za rozmaite przysługi biorą
pieniądze od przedsiębiorców, krążyły po Łodzi od dawna. Teraz mówią o tym
sami biznesmeni. Zaczęli bracia Gałkiewiczowie. Za nimi poszli inni.
Widzewski układ zaczął się sypać.
BIANKA MIKOŁAJEWSKA
Łódzcy politycy SLD załamują ręce: – No to się zaczęło! Bracia Andrzej i
Zbigniew Gałkiewiczowie, właściciele rzgowskiej firmy Polros – największego w
Europie producenta drzew i kwiatów ozdobnych, ogłosili publicznie, że zostali
zmuszeni przez polityków lewicy do sponsorowania drużyny Widzewa.
Gdy trzej wysłannicy Widzewa – poseł SLD Andrzej Pęczak, związany z Sojuszem
ówczesny prezes klubu Mirosław Czesny i współwłaściciel drużyny Andrzej
Pawelec – przyszli do Gałkiewiczów, klub należał do spółki kontrolowanej
przez dwóch biznesmenów: Andrzeja Grajewskiego i Andrzeja Pawelca właśnie
(ostatnio sekcję piłkarską przejął Zbigniew Boniek). Dlaczego więc działacze
SLD zaangażowali się w akcję szukania sponsorów prywatnego przedsięwzięcia?
– Widzew to maszynka do produkcji głosów wyborczych. Polityk, o którym gazety
napiszą, że popiera klub, zdobywa sympatię połowy mężczyzn w mieście. Zawsze
przed wyborami władze klubu pozwalały zaprzyjaźnionym prominentom rozdawać
ulotki podczas meczów, przez megafony ogłaszano nazwiska „przychylnych
sportowi” kandydatów do parlamentu czy samorządu. A przecież kiedy Widzew
grał w pierwszej lidze, na spotkania przychodziło po kilkanaście tysięcy
kibiców, było kogo agitować – tłumaczy były łódzki radny SLD, który na
Widzewie prowadził kilka swoich kampanii.
Pawelec, który pod nieobecność mieszkającego w Niemczech Grajewskiego rządził
klubem, uznał, że lepiej nie wiązać go z jedną opcją polityczną. Dbał o to,
aby we władzach Widzewa byli działacze z różnych partii. W radzie nadzorczej
zasiadali równocześnie Andrzej Pęczak z SLD, były poseł Stefan Niesiołowski
(wówczas z ZChN) oraz były wicewojewoda łódzki Mirosław K. (wtedy polityk
Unii Wolności, teraz oskarżony w aferze PZU Życie). Ci, dla których nie
starczyło funkcji w klubie, dostawali na pocieszenie miejsce na widzewskiej
trybunie VIP. Na polecenie Pawelca każdemu łodzianinowi, który obejmował
ważny urząd, klub przesyłał złotą kartę członkowską.
Trybuna polityczna
Przed każdymi wyborami na vipowskiej trybunie robiło się tłoczno. Jednak
prawdziwe oblężenie trybuna przeżyła w czasie kampanii parlamentarnej w 2001
r. Murowany kandydat na premiera Leszek Miller bywał wówczas niemal na każdym
meczu. A skoro on to i cała świta lewicowych działaczy: kandydaci na posłów i
ministrów w przyszłym rządzie, prezydent miasta, wojewoda, marszałek. – Gdy
Kanclerz przyjeżdżał na mecz, Andrzej witał go kordialnie, po przyjacielsku
obejmował ramieniem, siadał zawsze obok niego – mówi dobry znajomy Pawelca.
Miejsce z drugiej strony zajmował zwykle Andrzej Pęczak.
Od tamtego czasu przyjęło się, że jeśli ktoś ma sprawę do premiera, może
załatwić ją na trybunie Widzewa. – Nawet wiceprezes francuskiej firmy Apsys,
budującej centrum handlowo-rozrywkowe w dawnym kompleksie farbrycznym Izraela
Poznańskiego, przyjechał na Widzew, aby porozmawiać z premierem o tej
inwestycji – mówi Tomasz Joachim, były łódzki radny.
Samo pokazywanie się polityków na meczach mogło jednak nie starczyć do
zdobycia głosów kibiców. Trzeba było dowodów miłości do Widzewa.
Według działaczy sportowych to Miller i Pęczak wyznaczyli na prezesa klubu
Mirosława Czesnego – byłego sekretarza Komitetu Dzielnicowego PZPR w
dzielnicy Widzew. – Miał ściągnąć sponsorów, spłacić blisko 30-milionowy
dług – mówi były działacz RTS Widzew.
Tuż przed wyborami austriacka firma budowlana Strabag, która na zlecenie
samorządu realizuje w Łodzi wiele poważnych inwestycji, zobowiązała się
przekazać Widzewowi milion złotych. Łódzkie media podkreślały, że umowa w tej
sprawie została podpisana dzięki intensywnym wysiłkom Leszka Millera i
Andrzeja Pęczaka. – Od dawna przychodziłem na stadion Widzewa, dlatego
postarałem się wykorzystać moje kontakty i załatwić kontrakt ze Strabagiem. W
przyszłości będziemy chcieli jeszcze bardziej pomóc klubowi. Mamy już kilka
pomysłów, ale na razie za wcześnie na ujawnianie ich – przekonywał wówczas
Leszek Miller. Parę miesięcy później Pęczak poszedł wymusić finansowanie
Widzewa na Gałkiewiczach. Sponsorami klubu zostały także budujący m.in.
łódzką filharmonię Varitex i Bank Przemysłowy (choć sam był w kłopotach
finansowych), którego głównym udziałowcem jest Łódź. Przedstawicielem miasta
w radzie nadzorczej banku był wówczas prezes Widzewa Mirosław Czesny.
Inwestycje w klub zapowiadał również koncern ITI. W zamian chciał jednak
przejąć nad nim kontrolę. Mimo że klub stał na krawędzi bankructwa, Pawelec
nie zgodził się na taki układ. – Bał się, że bez Widzewa i gości z trybuny
honorowej będzie nikim – mówi łódzki dziennikarz sportowy.
Wszyscy płacą
Nie wszyscy wyborcy są jednak kibicami. Chciał nie chciał, przedwyborczą
kampanię trzeba prowadzić także wśród sportowych ignorantów. Billboardy,
ulotki, spoty – to wszystko kosztuje. I to sporo. Po finansowe wsparcie
prominenci znów przychodzili m.in. do Gałkiewiczów. Bracia twierdzą, że w
2001 r. dali 40 tys. zł na kampanię wyborczą Andrzeja Pęczaka, a rok później
60 tys. zł na kampanię Krzysztofa Jagiełły, kandydata SLD na prezydenta
Łodzi, i 10 tys. zł na jego prawicowego kontrkandydata Jerzego Kropiwnickiego.
Dając lewicowym politykom po kilkadziesiąt tysięcy złotych, wielokrotnie
przekroczyli dopuszczalne prawem limity wpłat, jakich może dokonać na
kampanię wyborczą jednego kandydata jedna firma (kilkanaście tysięcy
złotych). Państwowa Komisja Wyborcza, która sprawdza po wyborach, czy limity
nie zostały przekroczone, nie miała się jednak do czego przyczepić. Żaden z
polityków nie wystawił bowiem Gałkiewiczom potwierdzenia wpłaty, a skoro tak,
to nie mógł jej również wykazać w przedstawionym PKW sprawozdaniu finansowym.
Wymienieni przez Gałkiewiczów politycy nie przyznają się do wzięcia lewej
kasy. Łódzcy biznesmeni dają jednak wiarę braciom. – Politykom muszą opłacać
się wszyscy, którzy chcą robić w Łodzi poważne biznesy. Kolejka chętnych po
pieniądze na kampanię jest z wyborów na wybory coraz dłuższa, bo wybory są
coraz droższe. Niedługo będziemy pracować tylko na wyborcze ulotki i plakaty.
Tak dłużej żyć się nie da – mówi właściciel jednej z łódzkich firm
budowlanych.
Większość przedsiębiorców, tak jak Gałkiewiczowie, sponsoruje równocześnie
kampanie kandydatów różnych partii. – Co roku latem muszę uzyskać zgodę na
wystawienie ogródka na Piotrkowskiej. Jak dam pieniądze na kampanię nie temu
co trzeba, na cztery lata zostanę bez ogródka. To byłby koniec mojego
interesu. Wolę więc zabezpieczyć się na wszystkie strony – tłumaczy znany
łódzki restaurator. Daje co wybory według własnego wyczucia: kilkadziesiąt
tysięcy faworytom, kilkanaście tym, którzy mają mniejsze szanse na wygraną.
Witold Skrzydlewski, właściciel największej w mieście sieci zakładów
pogrzebowych i kwiaciarni, publicznie chwali się tym, że wspomaga finansowo
wszystkich polityków od lewa do prawa. Nawet kiedy sam startował w wyborach
samorządowych w 1998 r. z listy Unii Wolności, sponsorował kampanie swoich
rywali. Tak samo w 2001 r., gdy do Sejmu z listy Platformy Obywatelskiej
kandydowała jego córka. Firma Skrzydlewskiego rozwija się znakomicie.
Politykom SLD pieniądze od prywatnych