Gość: anka9009
IP: *.konin.cvx.ppp.tpnet.pl
12.09.01, 20:36
Obecnie w Kole karierę robi pani R. (nazwisko ciekawe, ale go na razie nie
napiszę). Pani R. Jest tłumaczką języka angielskiego i uczy tego języka w
naszej szkole. Opiszę moje wrażenia związane z jej lekcjami.
Lekcja pierwsza: R. nadaje po angielsku jakby ją nakręcili. Mówi, że pochodzi z
Dąbia (małego miasteczka, a właściwie wsi), skończyła UJ i nie uczyła jeszcze
w szkole. Nakazuje kupno zeszytów w linie bez marginesu (i wykonanie marginesu
3 cm) i zeszytu 16 kartkowego w linie. Prowadzi lekcję. Stwierdzamy, że czegoś
nas nauczy.
Lekcja druga: Dowiadujemy się, iż pani R. woli kiedy mówimy i piszemy: I am...,
I would like... itd., czyli bez apostrofu. Notatka: The construction „to be
going to” używamy...
Lekcja trzecia: Sprawdzanie pracy domowej – ok. 30 min. R. informuje nas, że
nie lubi krwi i ma męża lekarza. Piszemy temat: Reading a dialoque... (tak,
właśnie przez „q”- pokazujemy w słowniku: „dialogue”, ale R. stwierdza: „to
tylko tak wygląda jak g”). Nasza wiara w możliwość poszerzenia wiedzy i
umiejętności z angielskiego zostaje zachwiana.
Lekcja czwarta: Zapisujemy w dacie wtorek, czyli Thuesday. Dowiadujemy się, że
okoliczników czasu można używać na końcu lub na początku wyrazu ( R. woli to
pierwsze) .
Rozważamy możliwości zmiany nauczyciela.
Lekcja piąta: Słyszymy, że jesteśmy najlepsi w szkole z angielskiego i dlatego
dyrka będzie wizytować właśnie naszą lekcję (czemu zawsze na nas pada!?!)...
CDN.