madjak
17.08.06, 11:45
witam! Ja odkąd trafiłam na Polną, byłam strasznie traktowana. Był to
poczatek czerwca, zostałam skierowona na Polną od lekarza prowadzącego, z
tego wzgledu iż nasz Antos miał wade serduszka. Na badaniach ginekologicznych
czułam się jak ekran w kinie. Oprócz rzeszy niemiłych lekarzy, pielegniarek,
było całe grono studentów, którzy sie wpatrywali w moje krocze. Rozumiem, że
gdzieś studenci się powinni uczyć, ale sory, nikt mnie nie zapytał czy sobie
życzę ich obecność podczas mojego badania, czy też nie. Pan ordynator Drews
od samego początku, od pierwszego dnia, mówił mi, że nie powinnam sie łudzić
że dziecko przeżyje, bo jest poważna wada serduszka, a byłam w 33 tygodniu.
Także po tych słowach chciałam się spakować i wyjść z tego cholernego
oddziału. Mojemu mężowi bez przerwy płakałam w słuchawke, bo my wierzylismy
ze wszystko sie dobrze skonczy, a oni ani odrobiny nadzieji nie dawali.
Podczas mojego trzydniowego pobytu w klinice, zaledwie kilka razy zrobili mi
ktg, naszego chorego serduszka, pielegniarki chodziły bez przerwy poobrazane.
Potem na 2 tyg poszłam do domu i wróciłam do tego głupiego szpitala znowu na
3 dni i historia sie powtarzała z poprzedniego mojego pobytu w "cudownej"
klinice. I po raz trzeci trafiłam do kliniki 19.06.2006 i miałam juz zostać
do porodu. Gdy przyszłam na oddział rano koło godziny 10 nikt się mna nie
zainteresował. Za łóżkiem czekałam do 16 godziny na małym stołku, nie
dostałam obiadu, nie zostałam zbadana mimo, iż byłam z zagrożoną ciążą. Nasz
Antoś do 15 godziny był bardzo ruchliwy, po zjedzeniu drożdzówki, poszłam sie
przejść na spacer koło kliniki, bo już mnie kręgosłup pobolewał od siedzenia
na tym smiesznym stołku. Gdy wróciłam po 16 łóżko już było przygotowane, więc
wreszcie się rozpakowałam i położyłam. ok 18 przyszła pielęgniarka podłączyć
ktg, jednak juz nie mogłam wyczuć pulsu naszego skarba. Poszliśmy na izbe
przyjec, aby dowiedziec co sie dzieje, ja jednak czułam że serduszko naszego
skarba juz przestało bic. No i lekarz potwierdził moją złą myśl, jednak że
nie miałam skurczów i rozwarcia trafiłam z powrotem na oddział. Następnie z
wielkim problem zostałam przeniesiona na izolatke. Do godz 22 mój mąż był ze
mną i się wspieraliśmy nawzajem. Oczywiscie żaden z lekarzy nie raczył
zajrzeć do nas, jedynie pielęgniarka przyszła i powiedziała żeby mąż już
poszedł do domku. Wtedy zaczęłam walczyc, aby zasnąć. Byłam bardzo spokojna i
chciałam żeby wszystko było po i tak właściwie do dziś nie wiem dlaczego w
taki sposób przyjęłam tą informacje. Po długich zmaganiach, po relanium moze
zasnęłam na 3-4 godzinki. W wtorek dopiero o godz 11:30 podali mi żel
wywołujący skurcze. Gdy zapytałam się lekarza, jak szybko ten żel zadziała,
odpowiedział, że może dzisiaj zadziałać, a może wogóle mój organizm na niego
niezareagować i ewentualnie jeszcze raz będą go wprowadzać w środe:) Więć po
tych tekstach opadły mi ręce. Do godz 14 musiałam leżeć w zasadzie bez ruchu.
Poprosiłam męża żeby poszedł po jakieś tabletki przeciwbólowe, bo zaczęły się
skurcze. Jednak Pani oddziałowa dała ale z wielką łaską i powiedziała, że
niestety poród boli (mimo iż lekarz przy podawaniu tego żelu powiedział, że
jak będe potrzebowała środków przeciwbólowych, mam dać znać a mi podadzą bez
problemu). Więc widzicie jak było kolorowo. Ale to jeszcze nie koniec mojej
wspaniałej historii. Skurcze coraz bardziej się nasiłały, z brzusia przeszły
na kregosłup. Mąż mnie masował, jednak ja z bólu nie miałam siły siedzieć,
stać, chodzić, po prostu fiksowałam. Oczywiście od godz 12-17:30 żaden z
lekarzy się nie zainteresował moją osobą, mieli mnie jak zwykle w d...
Wreszcie nie wytrzymałam i powiedziałam, żeby mój mężuś poszedł po lekarza,
bo ja już nie dam rady ani chwileczkę, po tym jak zaczęły mi juz drętwieć
ręce i nogi. Lekarz szedł do mnie koło 15 minut... Jednak w między czasie
przyszła młoda pięlegniara i się zapytała czy mam parcia, ja jej na to: że
nie mam, ale już fizycznie nie daje rady. A ona: to jeszcze nie poród, niech
Pani głeboko oddycha, to potrwa conajmniej 2 godziny. Po czym przyszedł o
17:45 lekarz, spojrzał co się dzieje i stwierdził, że jedziemy na porodówke,
na co pielegniara: ale ta Pani nie ma parcia, a lekarz na to: nie ważne,
jedziemy. Podali mi środek przeciwbólowy i pojechałam na porodówke. Poród
trwał może 5 minut:) Jednak po porodzie Pani doktor zadała pytanie: Czy chce
Pani zobaczyć dziecko, ja jej odpowiedziałam że nie (tak wcześnie
postanowiliśmy z mężem, że będzie dla nas lepiej). Na to mądra lekarka, a
może Pani położyć dziecko na brzuchu. Ja w tym momencie nie wytrzymałam i
powiedziałam donośnie że NIE. Nastepnie leżałam godzine czasu, aż mnie
szanowni lekarze zszyją. Kolejny hit po obserwacji, zawieźli mnie na oddział
gdzie leżaly matki z swoimi maleństwami. Myśle, że wystarczy tej sympatycznej
opowieści. MAM jedynie nadzieję, że kolejna dzidzia będzie zdrowa i nie będe
musiała oglądac kliniki na Polnej. Bo w sumie tam tylko mają dobra aparaturę,
a lekarzy do bani, bez serca i uczuć:(
Pozdrawiam
Madzienka