Dodaj do ulubionych

cc na Lwowskiej

04.01.07, 18:46
Prosze o opinie na temat porodu przez cc na Lwowskiej. Na jaką opiekę mogę
liczyć?
Obserwuj wątek
    • moyyra Re: cc na Lwowskiej 05.01.07, 14:16
      ja byłam i jestem zadowolona z opieki po CC
      • jean70 Re: cc na Lwowskiej 05.01.07, 18:14
        moyyra! a czy możesz napisać troche więcej szczegółów, tych medycznych
        (jakie "zabiegi" przed cc stosują) i to jak wyglądaja odwiedziny, co trzeba
        mieć ze sobą, a co jest itp.
        • moyyra Re: cc na Lwowskiej 05.01.07, 21:55
          To było kiedyś....

          Wspomnę to teraz.

          Wtorek 30.08.2005

          Dziś mój wielki dzień – idziemy do szpitala wyciągać naszego synka na świat.

          Zostawiam cały domowy bajzel na głowie mena mego- niech będzie miał zajęcie na
          e kilka dni. W końcu i tak miał większość odpicowane, jak szalałam w uniesieniu
          tzw. syndromu wicia gniazda.

          Po 12 godz. wyjechaliśmy ze szpitala nr 2 na Lwowskiej. Wysiadamy i zgłaszamy
          się do mojego gina, który każe nam iść do Izby Przyjęć – sam tam po chwili
          schodzi i wypisuje skierowanie na oddział Położnictwa Aseptycznego.

          Przyjmuje nas położna i wypełnia furę formularzy, przebieram się i zabiera mnie
          na oddział bloku przedporodowego.

          Tam z miejsca podłączają do KTG, skurcze jakieś miejscami wyskokowe, jak góry
          himalajskie, międzyczasie słychać czkawkowy koncert w wydaniu synka :D…kolejne
          badanka w tym USG i przy okazji dowiaduję się, że mam mało wód płodowych, no
          ale „jak pani czuje ruchy, to jest dobrze”.

          Trafiam do pokoju, gdzie wraz ze mną były trzy współlokatorki to wszystkie z
          przenoszonymi brzuszkami.

          Ja jedna jakaś taka wcześniacza ze swoją 38t i 4d ciążą.

          Wieczorkiem wpadła z wizytą mama i obżarłam się jeszcze przedporodowo
          winogronami, drożdżówkami, czekoladą, jogurtem i jabłkami. Shiza jakaś, heh :D….

          OK. 21 godz. zajrzał mąż (po pracy), ostatnie pogłaskanie brzuszka, bo już
          jutro będzie po wszystkim.

          Położna mówi nam tj. mężowi, żeby przyjść ok. 8 h, a na dobranoc, chyba z nudów
          podłączyli mnie znów do KTG. Na porodówce był spokój. Spałam jak zabita, bez
          koszmarów.


          Środa 31.08.2005

          Z rana – już przed 6 godz. wzięli mnie do galopu. KTG, krewka, prysznic i
          wizyta w gabinecie – zakwalifikowano mnie do zabiegu CC.

          Przyszła młoda dziewczyna i zaliczyłam golonko i lewatywę.

          O ile na to drugie byłam nastawiona, to golenie wydało mi się niepotrzebne
          skoro miałam rodzić górą a nie dołem. No, ale cóż, to pewnie ze względów
          higienicznych. Ochlastała mnie trochę i po raz pierwszy „tam” jestem na zero
          wypasiona – nie licząc pierwszych lat wczesnej młodości.. Z tego wszystkiego
          wlazłam jeszcze raz pod prysznic, a gdy wyszłam pod drzwiami kabiny czekała na
          mnie ta dziewczyna od golenia i lewka. Pewnie pilnowała żebym nie uciekła, heh…

          Poszłyśmy na porodówkę, cały tonący w ciemnozielonej scenerii. Położyłam się na
          łóżku, założyli wenflon i podłączyli do kroplówki.

          Międzyczasie przyszła miła pani i przedstawiła się jako anestezjolog i zapytała
          się jakie życzę sobie znieczulenie: ogólne, pop, czy zoo. Z wrażenia nie
          wiedziałam co wybrać..ogólnego bałam się, bo jakieś głupie wrażenie siedziało w
          głębi ducha, że nie obudzę się…

          Stanęło na zoo.

          Założono mi cewnik. Uh, jak zobaczyłam grubą rurę, to myślałam, że rozerwie …no
          już nieprzyjemny moment mamy za sobą. Dają papierki do podpisania, dość dziwny
          moment wybrali na papierkową robotę.

          Przychodzi mój ginek, pyta się o moje samopoczucie (jeszcze trzymam fason) i
          jakie znieczulenie sobie życzę. Wydaje dyspozycje i zalecenia.

          Każą mi wstać, dają do ręki cewnik i idę do Sali operacyjnej.

          Kładę się na wysokim stole lewym bokiem, na lewą rękę zakładają ciśnieniomierz.
          Czuję, że myją mi kręgosłup odkażająco i mierzą odległości między kręgami. Mam
          podkulić nogi i głowę zginając się na maxa. Czuję delikatne wkłucie w kręgosłup
          i rozchodzące się znieczulenie w dół kręgosłua.

          Przewracam się na wznak, druga ręka też podłączona, łącznie z wskazującym
          palcem – założono jakiś kapturek.

          Znieczulenia działa błyskawicznie !

          Jeszcze palcem u nogi kiwnąć zdołam, a po chwili totalny bezwład.

          Przychodzi mój ginek z jakąś kobietą – oni przyczynia się do wydobycia na świat
          mojego synka.

          Zanim obłożyli mnie zielonymi prześcieradłami widzę, że smarują pomarańczowym
          preparatem brzuch, potem parawan zasłania mi pole widzenia.

          - „Ciśnienie spada”, to kilka razy widziałam, jak informowała pani po lewej
          stronie.

          Poczułam gwałtowne szarpanie stołu, zaniepokoiłam się

          - „Co się dzieje ?” - zapytałam się

          - „Dziecko wyciągają” – odpowiedziała Kobieta Od Ciśnienia.

          - „To już ??!!...” myślę sobie – „Zaraz zobaczę synka…”

          I po chwili ujrzałam go w rękach mojego lekarza.

          Był cały bialutki, a raczej kremowy w swej mazi płodowej. Otworzył buźkę w
          krzyku, jednoczenie widząc kształt główki przemknęła mi myśl, że „ma ją po
          tatusiu” – jak potem okazało się miał 34 cm obwodu.

          Witaj kochany synku – wreszcie się spotkaliśmy, tak bardzo cieszę się z tego,
          obyś tylko zdrowy był – pomyślałam w jednej sekundzie.

          Zrobił się ciemnoczerwony – została odcięta pępowina, która nas łączyła przez
          te prawie 9 miesięcy.. Był to 31 sierpień, godzina 8.50

          Po prawej stronie czekały dziewczyny z wózeczkiem i zabrały synka na mierzenie,
          ważenie i resztę.

          Zamknęłam oczy, coś ciężko mi się oddychało, gdy było już po wszystkim i
          ściągnęli mnie ze stołu była godzina 9.25.


          PO CC

          Namęczyli się ze mną przerzucając mnie do swojego łóżka i zawieźli mnie do
          pokoju i trafiłam pod opiekę młodziutkiej położnej, o anielsko delikatnych
          dłoniach, która co chwila sprawdzała tętno, ciśnienie, zmieniała kroplówki i
          ciągle pytała się o moje samopoczucie..

          Poprosiłam ją, aby przyniosła synka co też uczyniła. Przytuliła mi na chwilę
          jego buźkę do mojej – tak wyglądał nasze pierwsze fizyczne spotkanie.

          Z wzruszenia miałam łzy w oczach i żal w sercu, że nie mogłam wziąć go w
          ramiona i zająć się nim osobiście.

          Leżałam i leżałam w tym łóżku, dobrze, że rękami i głową mogłam ruszać, a co
          jakiś czas brała mnie trzęsawka, pewnie od oksytocyny. Z przerażeniem patrzyłam
          na płaską kołdrę, nie było tego znajomego od miesięcy wybrzuszenia, do którego
          tak się przywiązałam. Wsadziłam rękę pod kołdrę pomacać brzuch i nogę i z
          przerażeniem wycofałam ją. To było Nie-Moje-Ciało. Zero czucia, totalny
          bezwład. Teraz już wiem, choćby w części, co odczuwa moja ciotka od 20 lat
          borykająca się z problemem SM.

          Koło 13 godz. mogłam lekko poruszyć stopą.

          Wieczorem zajrzał do pokoju mąż na zasadzie wyjątku, za zgodą ordynatora
          oddziału.

          Przywieźli nam synka i przez 20 minutek zachwycaliśmy się naszym szczęściem.

          Dostałam 2x środek przeciwbólowy, bo jak zaczęło się poporodowe obkurczanie +
          pooperacyjne obrażenia, to nie szło wytrzymać. Potem odmawiałam, bo przecież
          karmiąc dziecko napakowałabym i jemu chemii.

          W nocy we znaki dały się szalejące z głodu kiszki. Jelita nieźle pokopały
          pooperacyjne miejsca.

          Cały czas przychodziły położne i pytały się czy czegoś nie potrzeba, nie
          brakuje, nie boli – opiekę pod tym kątem miałam świetną.

          Czwartek 1.09.2005

          Wstałam, bo tak kazali :D. ok. 11 godz. Czyli w sumie ponad 27 h leżenia
          plackiem. Ciężko było usiąść a co dopiero wstać i zrobić parę kroków.
          Podreptałam do umywalki i ochlapałam się z grubsza.

          Przywieźli mi dzieciątko i zajmowałam się nim do wieczora, położyłam go koło
          siebie i przyglądaliśmy się sobie nawzajem. Nieudane próby karmienia, synek nie
          mógł załapać i ssać jak na prawdziwego ssaka przystało. Cóż, był karmiony
          sztucznie i dla niektórych położnych była to najszybsza i najprostsza wersja –
          bo najłatwiejsza.

          Po południu miałam gości z wizyta. Droga do pokoju odwiedzin była dla mnie za
          długa i nie do pokonania. Przyszedł - tak jak wczoraj mąż przebrany w strój
          lekarza i przyglądaliśmy się wspólnie synkowi.

          Wieczorem poprosiłam położne, aby zabrały dziecko pod swoją opiekę.

          Piątek 2.09.2005

          Już lepiej…można żyć. Pierwsze żarełko tj. kaszka na mleku i biszkopty smakują
          jak nigdy w życiu a żołądek mam skurczony do mrówczych rozmiarów.

          Widok synka działa kojąco, tylko jeszcze to karmienie, to wszystko byłoby cacy
          (…)
    • patatajowa Re: cc na Lwowskiej 05.01.07, 22:16
      witam, ja jestem 6 mies. po cc na Lwowskiej właśnie.Pierwszą córę też tam
      rodziłam ale to był psn, a teraz niedawno synka przez cc i mam troche
      porównanie. wiec ogólnie to cc nie polecam ;))).U mnie to cc wyszło nagle w
      samej końcówce porodu wiec nie wiem jakie są procedury przed planowanym
      cc.Lewatywy i golenia nie miałam przy przyjęciu robionej, dopiero gdy zapadła
      decyzja o cc połozna podgoliła kawałek na podbrzuszu tam gdzie miało byc
      cięcie.Ja miałam roboine cc w sobotę wieczorem o 22 w znieczuleniu ogólnym.Po
      wybudzeniu zawieziono mnie od razu na salę.W tym czasie mąż widział
      synka.(Jeżeli chcesz rodzic z mężem to nie może on być na sali z
      tobą-niezależnie od rodzaju znieczulenia jakie dostaniesz.Może "podglądac" przez
      szybę.)Przez całą noc co godzine przychodziła polożna: mierzyła ciśnienie,
      zmieniala kroplówki,podawała środki znieczulające i coś do picia.Rano przy
      pomocy dwóch przesympatycznych praktykantek próbowałam usiąść.I tu koszmar-ból
      niesamowity mimo sporych dawek znieczulenia.Wieczorem przez godzinę próbowałam
      zejść z lóżka też przy pomocy przemilych przyszłych położnych.Dojście do wc- od
      lóżka na druga strone korytarza- zajęło mi ponad pól godziny.Jest problem z
      karmieniem malucha-tzn. problem techniczny-jak to zrobić kiedy bol w ranie nie
      daje sie podniesc czy przekrecić na drugi bok.Jest problem z wsadzeniem dziecka
      do tych wysokich lóżeczek-też problem bolu a ja na dodatek jestem jeszcze
      niska.Dzieciaczka przez pierwszą dobę dostajesz zasadniczo tylko do karmienia,
      następnego dnia jesli czujesz sie na siłach już masz przy sobie.No i
      najważniejsze-na pomoc męża czy kogoś z rodziny nie masz co liczyć bo nie ma
      odwiedzin na oddziale.Zostaje ci tylko uprzejmość poloznych a z tym różnie
      bywa.Zasadniczo to są dość pomocne ale musisz się upomnieć.Podejrzewam że więcej
      uwagi poświęcają tym które rodzą pierwszy raz. Zakladają że jak rodzisz np drugi
      raz jak ja, to masz juz jakies pojecie o karmieniu i o dzieciach.Podczas tego
      4-dniowego pobytu natknęłam sie na taką jedną tylko(na szczęscie) zołzę że aż
      strach.Gdy poprosiłam o wyciągnięcie dziecka z łóżeczka bo balam się że nie dam
      rady i nie daj boże upuszczę-to sie glupio zaśmiała.Na prosbę sąsiadki z sali o
      przyniesienie mleka dla dzieci oburzona rzuciła zeby nie robić z niej
      slużącej!!! A dodam że obok mnie leżała pani która urodziła bliżniaki.Pierwsze
      siłami natury z nacięciem krocza a drugie przez cc.Dodatkowo miała z powodu
      jakichś tam komplikacji caly czas zalożony cewnik-wiec śmigaj tu człowieku
      pocięty na dwa fronty z zawieszonym cewnikiem po mleko.
      W pierwszej dobie tylko pijesz małe łyczki wody.W drugiej dobie możesz pić kawe
      zbożową.W trzeciej i czwartej zjeść zupę.Ja przyznaję drugiego dnia wieczorem
      zjadłam jabłko i kanapke bo już padałam z głodu ;)))).Wyszłam w czwartej dobie
      czyli w czwartek rano.
      Qrcze ale sie rozpisałam.....i to nie bardzo na temat.
      Moja rada jest taka że jeśli masz planowane cc to w tym przypadku Lwowskiej
      raczej nie polecam.Ja wybralabym np Szopena bo tam podobno mąż może być cały
      dzień bez ograniczeń.Pomoże i tobie i przy maluszku. A kondycja po cc naprawdę
      jest nieszczególna w porównaniu do samopoczucia po psn-nawet z nacieciem krocza.
      • reges Re: cc na Lwowskiej 06.01.07, 15:11
        Miałam cesarkę na Szopena w czerwcu i na pewno nie jest tak, że mąż cały dzień
        siedzi na sali. Pozwalają zajrzeć na kilka minut, żeby zapytać czego Ci
        potrzeba lub przynieść np. wodę do picia. I zaraz wypraszają, bo to sala
        pooperacyjna, kilka kobiet ( w mojej sali 6) w różnym stanie + dzieci. Dziecko
        dostajesz jak tylko wstaniesz po 24 godzinach. Pozdrawiam. Rege
    • jean70 Re: cc na Lwowskiej 10.01.07, 14:59
      moyyra! patatajowa!
      Dzięki wielkie dziewczyny za wszystkie informacje. Nie zaglądałam na forum dość
      dawno bo jest ono nieco niemrawe i mało osób pisze, ale wasze odpowiedzi mile
      mnie zasskoczyły. Teraz już nie jestem całkiem zielona!
      Dzięki!pozdrawiam - jean

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka