Gość: optymista
IP: *.rzeszow.mm.pl
19.03.09, 09:37
A nie tak jak w Rzeszowie. Kupa stresu, chamstwa, znajomości i
układów, potem przystąpienie do zdawania. Kida - stary dziadek, niby
dyrektor, nic nie widzi, lub udaje , bo tak wygodniej, ten drugi -
zastępca Wójcikiewicz, zakompleksiony, wstydliwy kawaler, malutki
grubasek boi się własnego cienia, sam niedawno kilkakrotnie zdawał.
A egzaminatorom, szczególnie tym starym dinozaurom, co od
początku "egzaminują" i zrobili z tego "Wiarę", to graj i dalej
czeszą. Burdel to mało powiedziane.
A tak jest w USA.
"Miałem okazję zdawać na prawo jazdy w USA. Wyglądało to tak:
Przyjechałem rano na godz. 8:00 do biura. Zrobili mi zdjęcie,
poźniej poszedłem na testy. Po zdaniu testów,kiedy popijałem kawkę,
podszedł do mnie Pan, grzecznie się przedstawił, okazało się że jest
egaminatorem, zapytał mnie czy mam swój samochód, czy jedziemy
służbową "elką." Byłem ze znajomym jego samochodem, na którym
wcześniej trenowałem. Wsiadł ze mną i znajomym do naszego samochodu,
no i ruszyliśmy. Przejechaliśmy jakieś 5 mil. Egzaminator serdecznie
się uśmiechał i był bardzo miły.
Wróciliśmy, kazał mi zaparkować. Zaparkowałem. Pwiedział mi że
zdałem, poszedłem do biura, zapłaciłem 7 dolarów. Poczekałem 15
minut i dali mi prawo jazdy. Całośc trwała nie całe 2 godzinki. Z
tego tam w USA nie robi się wielkiego halo, zdawanie na prawo jazdy
to jak poranne śniadanie, każdy musi je mieć. A unas szkoda gadać".
Myślę, że jakimś trafem, Ministerstwo Infrastruktury zajmie się tym
problemem, bo niedługo będzie tak, że więcej dyrekcji,
egzaminatorów, będzie siedziało za łapówy, niż tych co zdało.