Gość: Baroni
IP: *.wroclaw.cvx.ppp.tpnet.pl
18.08.01, 04:20
Własnie wróciłem z naszego ryneczku, jest godzina 3.56, i jest mi wstyd.
Odwiedzili mnie dziś przyjaciele z lat studenckich, i postanowiliśmy udać się
właśnie do rynku. Najpierw wypiliśmy kilka piw w ogródku "Żaczek", tu spotkała
nas pierwsza niespodzianka, kelner o godz. 21.00 stwierdził, że nie
potrzebujemy "menu", bo i tak o godz. 21.00 podją głównie piwo. Nie zraziliśmy
się tym zbytnio, siedzieliśmy w tym ogródku nadal. Jednakże około godziny 23.00
chcieliśmy zejść do któregoś z pobliskich nocnych klubów, bądź jak kto woli
pubów. I tu niestety czekała nas niespodzianka. Pomny wcześniejszych
doświadczeń ominąłem dawną fabrykę (nie wpuszczono mni tam w spodniach z
kieszeniami z boku), udałem się w kierunku dawnego Crazy Horse, a obecnego
Daytona, i jakże się bardzo zdziwiłem, że panom stojącym na bramce nie
odpowiadają moje górskie "Salomony", nie odpowiadały im do tego stopnia , że
odmówili mi wejścia. Podobna sytuacja spotkała mnie niestety w "Dziewiątej
bramie" i w "P 1". Nie chciałem już wchodzić do "Radio baru", bo miałem już
dość uwag na temat mojego obuwia, dopiero "Na Jatkach" nikt nie zwracał uwagi
na to w co są obute moje nogi. Jest to żałosne! Wcześniej pisałem o snobiźmie,
który według mnie jest obecny na wrocławskim rynku, ale teraz, chciałbym
napisaźć o wieśniactwie, nie obrażając ludzi ze wsi. Na rynku dzisiejszego
wieczora byli ze mną znajomi, którzy przyjechali do mnie z Kolonii, było mi
wstyd, że w mieście, które ma takie aspiracje, COŚ takiego może mieć miejsce.
Rynek wrocławski jest rzeczywiście bardzo europejski... Ale do Was chyba nie
dochodza słowa krytyki...
Pzdr.b.