feminasapiens
30.06.05, 13:06
Pewnego pięknego wiosennego popołudnia wybrałam się na przejażdżkę rowerową
do Parku Zachodniego i dalej dotarłam aż do rzeki w okolice naszego pięknego,
nowego, nowoczesnego, zgodnego z normami europejskimi Mostu Milenijnego.
Jako że nowoczesne normy przewidują windy oprócz schodów i takież windy
znajdują się "u podnóża" naszego wspaniałego Mostu zapragnęłam z jednej z
nich skorzystać aby dostać się na górę mostu coby nie dźwigać po wysokich
schodach mojej dwukołowej "maszyny". Jakież było moje zdziwienie kiedy po
wciśnięciu przycisku winda nie zareagowała. Pomyślałam że po prostu się
zepsuła. Hm, nowy most, nowa winda i się zepsuła - cóż, zdarza się. Wzięłam
rower na zbolały grzbiet i wniosłam na górę po schodach. A tam... "oczom
zdumionego widza" ukazał się górny przystanek windy prawie że zabity dechami
(a konkretnie zażaluzjowany na stałe).
Pikuś, że ja z rowerem nie wejdę lub wejdę, ale matki z wózkami dziecięcymi,
niepełnosprawni o kulach, na wózkach.
Ale to wszystko też pikuś, zawsze można iść naokoło, zmienić trasę.
Ale te pieniądze wydane na nie działające windy (chyba cztery, bo po dwie w
każdym końcu mostu). Kto jest za to odpowiedzialny?
A to Polska właśnie...