Gość: Mikołaj
IP: 213.199.196.*
11.08.05, 00:04
Na jednej z angielskich stron rowerowych (do której trafiłem po linkach od
Sheldona Browna) przeczytałem o ciekawym eksperymencie, który od biedy można
samemu wykonać. Rzecz dotyczy oporów, jakie pokonuje rowerzysta w czasie
jazdy, a konkretnie rzędu ich wielkości.
Aby rozpędzić rower, trzeba pokonać:
- moment bezwładności kół
- opór toczenia opony (tarcie)
- opór powietrza
Wbrew obiegowej opinii, dwa pierwsze czynniki prawie nie mają znaczenia, w
porówaniu z oporem powietrza. Eksperyment tego dowodzący jest prosty, choć
każdy metrolog na jego widok złapałby się za głowę; no ale chodzi o wyrobienie
pewnej intuicji a nie precyzyjne pomiary (tarcie w łożyskach pomijamy, gdyż we
wszystkich przypadkach jest ono zbliżone).
a) Zakładamy magnes i kontaktron licznika na tylne koło. Stawiamy rower na
jakimś stojaku (tak aby tylna opona nie dotykała podłoża) i rozpędzamy tylne
koło do prędkości powiedzmy 50km/h. Wysiłek niemal żaden. Tutaj pokonywaliśmy
tylko moment bezwładności koła.
b) Łapiemy autobus i za autobusem rozpędzamy rower do 50km/h - wysiłek
niewiele większy (jeśli w ogóle da się odczuć różnicę). Pokonujemy moment
bezwładności koła (no, dwóch kół) i tarcie opon o podłoże.
c) Bez pomocy autobusu rozpędzamy rower do 50km/h :-)
Do wymienionych oporów dochodzi opor powietrza - wzrost niezbędnego wysiłku
kolosalny...
Także największego "kopa" dają mi na cieniarce nie chude i twarde jak kamień
łyse opony a bardzo niska pozycja - w dolnym chwycie prawie leżąc.
Podobnie sprzedawcy w sklepie, który chce wcisnąc droższe koło, bo jest 200g
lżejsze, można powiedzieć, by spadał na drzewo ;-)