medeksza
06.05.06, 01:36
Wolna prasa w niewoli. Wolna nauka w rynsztoku.
„Donosicielstwo, szczucie jednych na drugich, korne znoszenie bezprawia w imię
coraz nędzniejszego zarobku”. O kim to? O wrocławskich dziennikarzach.
„Napiszą każdą bzdurę, sprzedadzą kolegę dla 100 zł” – czytamy. To nie
anonimowy wpis na internetowym forum. To cytaty z tekstu w poważnej publikacji
naukowej.
Brzmi intrygująco? Niby tak. Ale za tą efektowną watą słowną nie idą konkrety.
Bo owa publikacja ma dwa zasadnicze mankamenty: a) opinie nie są podparte
dowodami; b) tekst jest anonimowy.
Generalnie, mamy smród. I to odczuwalny.
Cytaty pochodzą z tekstu „Wolna prasa w niewoli” sygnowanego przez „Beatę
Kowalską i Adama Nowaka”. Zamieszczonego w świeżo wydanym zbiorze „Media i
Władza” pod redakcją Piotra Żuka, pracownika Instytutu Socjologii Uniwersytetu
Wrocławskiego. Książkę wydało Wydawnictwo Naukowe Scholar z Warszawy
(www.scholar.com.pl).
Tyle że „Beata Kowalska i Adam Nowak” nie istnieją. To pseudonimy. Skąd ten
kamuflaż? Ano stąd, że – jak dowiadujemy się z przypisu pod „ich” tekstem –
„obowiązuje ich zakaz wszelkich publikacji poza swoją firmą”.
Dodam, że ów tekst rozprawia się z największymi redakcjami prasowymi we
Wrocławiu. Przyjrzyjmy się kilku cytatom…:
Oto miejscowy dodatek do Gazety Wyborczej „nie miał dylematów natury
politycznej. Zależność od ośrodka nowej władzy [we Wrocławiu – ŁM] była wręcz
naturalna, a poczucie dziejowej misji wspomagało dyspozycyjność równie mocno,
jak solidna płaca”.
Gazeta Słowo Polskie „nawet nie kryła się ze swoimi politycznymi sympatiami,
dopieszczając do mdłości lokalną władzę, wywodzącą się z Platformy
Obywatelskiej. Nie przez przypadek nowy naczelny był w przeszłości asystentem
dolnośląskiego posła tej partii, osoby do dziś niezwykle wpływowej w kraju”.
Tygodnik Panorama Dolnośląska jest gazetą „głaskającą lokalnych urzędników,
działaczy samorządowych i biurokratów wszelkiej maści w kryptoreklamowych
[sic!] tekstach, a także największy koncern przemysłowy w regionie – KGHM
Polska Miedź”.
Z regionalnym ośrodkiem TVP i Polskim Radiem Wrocław sprawa jest w ogóle
arcyprosta, gdyż te media „wprost proporcjonalnie [sic!] zależą od władzy
politycznej”.
I tak dalej. Główne tezy tekstu da się streścić w trzech punktach…:
Primo – dolnośląska prasa jest zniewolona przez obcy kapitał (w tekście
odnajdujemy znamienny śródtytuł: „Polskie z nazwy” – o dawnym Słowie Polskim),
a dziennikarze są zastraszeni (głównie przez kolaps rynku pracy po głośnej
fuzji wrocławskich dzienników w 2003 r.).
Secundo – środowisko dziennikarskie jest samo sobie winne, gdyż to ono w
latach 90. wyprzedało miejscowe gazety złym kapitalistom. Przytaczam uroczy
cytat na temat wrocławskich dziennikarzy prasowych z tamtego okresu:
„Podzieleni, skłóceni, podatni na korupcję, nie potrafili skorzystać z
dobrodziejstw wolności”. Nie muszę chyba dodawać, że ta barwna opinia nie jest
podparta dowodami.
Tertio – zabójczą dla dziennikarzy fuzję wrocławskich gazet wspierało wraże
państwo. W tekście mowa jest o tym, że jesienią 2005 r. Sąd Antymonopolowy w
Warszawie zdecydował, iż fuzja gazet, wbrew protestom, była zgodna z prawem.
„Taki werdykt pozbawia wszelkich złudzeń” – czytamy w tekście. – „I rodzi
pytanie, czy istotnie był werdyktem niezależnym, czy też – jak uważa się w
środowisku – ustalonym na najwyższym szczeblu władzy”.
Znów plotka, znów insynuacja. I znów bez dowodów.
Owszem, wiele obserwacji jest słusznych. Sam parę razy wygłaszałem publicznie
(na łamach Panoramy Dolnośląskiej; jeden z tych moich tekstów został zresztą
przedrukowany w tygodniku Angora) poglądy krytyczne wobec kondycji polskich
mediów. Podzielam też opinię najwyraźniej przyświecającą autorom „Wolnej prasy
w niewoli”, iż o realnej wolności mediów decyduje głównie ekonomia, pieniądze.
Ale – na Boga – nie przypuszczałem, że kiedykolwiek będę szczycił się faktem,
iż swoje poglądy wygłaszam pod nazwiskiem. Nie przyszłoby mi też do głowy, by
swoje ewentualne osobiste frustracje i żale wylewać pod pseudonimem.
Tekst „Wolna prasa w niewoli” to paszkwil. Bardziej szkodzi, niż pomaga. Jeśli
są w nim tezy słuszne, to giną pod naporem wycieczek osobistych. Pół biedy,
gdyby tekst sygnował ktoś z nazwiska. W formule anonimowej – to śmieć. Strzał
kulą w płot. Ktoś, kto go pisał jest tchórzem. Nie ma jaj.
Tu parę drobnych dygresji.
Po pierwsze – skoro autorom (autorowi? autorce? autorkom?) tekstu tak bardzo
obmierzły wrocławskie media, to po co w nich pracują? (Bo to, że pracują,
wynika z przypisu pod tekstem)? Nie ma przymusu! Nie chcesz firmować swoim
nazwiskiem gnijącego zawodu – zmień pracę! Jeśli nie zmieniasz pracy, a
wyżywasz się w ten sposób – jesteś dupa, nie dziennikarz.
Po drugie – cały artykuł ma poetykę anonimowych wpisów na forach
internetowych. A nie chce mi się wierzyć, by ktoś, kto poważnie traktuje zawód
dziennikarza prasowego kiedykolwiek uprawiał tego typu twórczość wobec swoich
kolegów.
Po trzecie – mała dygresja. Już teraz wrocławscy dziennikarze zastanawiają
się, kto mógł napisać ów tekst. Ja nie wiem kto. Ale zwracam uwagę na parę
szczegółów: a) artykuł wykazuje sporą wiedzę na temat dawnego Słowa Polskiego;
b) w tekście są grubymi nićmi szyte aluzje pod adresem kolejnych redaktorów
naczelnych Słowa – ale, jak widzę, nie wszystkich; c) tekst przekazuje sporą
wiedzę na temat Gazety Robotniczej z lat 90.
Podpowiadam te tropy. Celowo. Po co? Ano w nadziei, że autorzy (autor?
autorki? autorka?) paszkwila zechcą się ujawnić i wybronić swe tezy publicznie.
„Artykuł nie spełnia wymogów typowego tekstu akademickiego” – słusznie zauważa
we wstępie do swojego zbioru Piotr Żuk. Ale zarazem dodaje: „Zdecydowałem się
umieścić go w tym zbiorze, ponieważ oddaje atmosferę i mechanizmy, które
wpisane są w pracę dziennikarzy w >wolnych mediach< po 1989 r. Stanowi ciekawy
materiał do refleksji socjologicznej – pozwala wejść za kurtynę oficjalnego,
uproszczonego i nieprawdziwego obrazu dziennikarstwa”.
Brzmi przekonująco.
Tyle że:
a) Piotr Żuk nie jest neutralny. To nie tyko pracownik Uniwersytetu
Wrocławskiego. To także działacz lewicy, wrocławski radny miejski (początkowo
w SLD, dziś w niewielkim klubie odszczepieńców z tej formacji), w latach 80. i
90. aktywista anarchistyczny;
b) w zbiorze „Media i Władza”, w którym znalazł się ów anonimowy tekst,
produkują się głównie (a może tyko?) osoby związane z lewicą. Pomijając
głównego publicystę – Krzysztofa T. Toeplitza – połowa składu autorskiego to
ludzie związani z czasopismem Bez Dogmatu;
c) całą publikację dotuje Fundacja im. Róży Luksemburg, ideowa przybudówka
niemieckiej PDS, a więc dawnej NRD-owskiej partii komunistycznej.
Ciekaw jestem, czy władze Uniwersytetu Wrocławskiego podzielają entuzjazm
Fundacji im. Róży Luksemburg w tropieniu niedoskonałości rynku wrocławskiej
prasy. I czy uważają anonimowe paszkwile za dopuszczalną formę wypowiedzi
akademickiej.
Bo jeśli tak ma wyglądać wolna nauka, to może lepiej pracować w tych rzekomo
zniewolonych mediach. Tu normalni ludzie występują z otwartymi przyłbicami.
Łukasz Medeksza
(Od 2000 r. dziennikarz dolnośląskiej prasy regionalnej)