Dodaj do ulubionych

Legendy, podania, anegdoty...

24.08.06, 13:40
j.w.
Jakie znacie, może posiadacie jakies opowiesci, ktorych inni jeszcze nie
slyszeli?
Obserwuj wątek
    • ania2205 Legenda o żywej wodzie. 25.08.06, 21:48
      "Dawno, dawno temu, za siedmioma rzekami, za siedmioma górami, w maleńkiej
      wiosce, a właściwie na jej skraju, żyła sobie bardzo skromnie rodzina, rodzice w
      podeszłym już wieku i ich trzej synowie; Bogusław, Świętosław i Radosław.
      Utrzymywali się z uprawy niewielkiego kawałka ziemi. Dwaj pierwsi synowie,
      właściwie już dorośli, chłopaki na schwał, do żeniaczki gotowi, ale też i trochę
      zarozumiali, przechwalali się tylko jeden przed drugim, jacy to oni są
      wspaniali, mądrzy, przystojni. Do pracy brali się raczej niechętnie i za nic
      mieli sobie najmłodszego Radka. Tak, więc ten ostatni stał się ulubieńcem
      rodziców i ich największą radością. Chętnie pomagał i rozweselał starzejących
      się już rodziców.
      Nieopodal ich domu żyła wdowa, która wychowywała piękną córkę Radunię. Wdowa
      mieszkała w pięknej, przestronnej chacie i utrzymywała siebie i córkę z tkactwa.
      A najpiękniejsze tkaniny tkała piękna Radunia. Gdy siadała do krosna, to spod
      jej palców wychodziło płótno tak piękne jakby wplatała w nie promienie słońca,
      barwy tęczy, zapach letniej łąki. Mimo, że Radunia była bardzo młoda w konkury
      do jej ręki zaczęli uderzać kawalerowie z całej okolicy, a wśród nich nie
      zabrakło oczywiście Bogusława i Świętosława. Nie była ona im jednak rada,
      natomiast wielką przyjaźnią darzyła Radka, z którym lubiła biegać po okolicznych
      lasach i łąkach, goniąc zające, wiewiórki czy sarenki. Często wspólnie ratowali
      zwierzęta wyciągając je z wnyków i sideł, do gniazd wkładali pisklęta, które z
      nich wypadły. Stąd w domu jednego czy drugiego znajdowały się ciągle różne
      zwierzęta, a to ptaszek z rozdartym bokiem lub złamanym skrzydełkiem, a to
      poraniona łasiczka, czy wiewiórka.
      Razu pewnego, a było to wiosną, kiedy drzewa już się zazieleniły, a
      najważniejsze prace w polu mieli już za sobą, matula rozchorowała się im na
      dobre. Nie pomagały żadne domowe sposoby, ani sadło z bobra, ani napary z ziół
      przygotowywane przez matkę Raduni, ani odprawianie uroków czy czarów, które to
      praktyki czyniła nad staruszką przyprowadzona przez starszych synów znachorka z
      bagien. Tracili już nadzieję, bo matula gasła w oczach.
      W tym czasie przez wieś ich wędrował starzec, który zatrzymał się pod starym,
      rozłożystym dębem w środku wsi i usiadłszy pod nim grać zaczął na skrzypkach.
      Piękna i rzewna muzyka niosła się przez wieś, toteż, kto miał, co na zbyciu
      przynosił starcowi, a to skibkę chleba, podpłomyk, kwartę mleka czy sera
      kawałek. Dziękował starzec głową kiwając i grać nie przestawał, a oni stali
      zasłuchani w te dźwięki. Kiedy słońce chyliło się ku zachodowi grać przestał i
      wtedy to rozmawiać z nim zaczęli, a że wędrował on od lat przez całą krainę tedy
      wiele mądrych rzeczy opowiadać im zaczął.
      Na koniec patrząc na braci powiedział:
      - Wasza matka jest bardzo chora, traci siły i radość, życie z niej uchodzi i
      żadne zioła ani czary tu nie pomogą, ale jest jeden sposób, który może ja uzdrowić.
      - Jakiż to sposób? Powiedzcież nam Panie - zaczęli go prosić bracia.
      - Matkę waszą uratować może tylko wasze poświęcenie, odwaga i oddanie. Czy
      jesteście odważni i gotowi do poświęceń? - zapytał starzec.
      - A jakże, jam jest najodważniejszy - krzyknął Bogusław.
      - A właśnie, że ja - dodał Świętosław. I jak koguty zaczęli się prężyć i
      przepychać. Wtedy do kolan starca przypadł Radek i pyta; - co nam uczynić
      przyjdzie by matulę radować, mówcie panie.
      - Na sobotnią to górę synu iść musisz, a u jej szczytu wody zaczerpnąć z
      zaczarowanego źródła. Jest to woda życia i ona matkę twoją uzdrowi. A pamiętaj
      jeno byś się w drodze na szczyt nie obejrzał ni razu, jeśli to uczynisz w głaz
      się zamienisz.
      To powiedziawszy starzec wstał i odszedł w noc ciemną. Cisza zapadła wśród
      zgromadzonych, po chwili Radek przemówił - ja pójdę.
      - A starczy ci odwagi smarkaczu ? - zaśmiał się pogardliwie Bogusław.
      - A nos już nauczyłeś się ucierać? - z ironią dodał Świętosław.
      - Ja jestem najstarszy i najodważniejszy i dlatego ja pójdę - rzekł Bogusław -
      wyruszę o świcie - to mówiąc z dumą spoglądał w stronę Raduni.
      W pogodne dni sobotnią górę widać było ze wzgórza za wsią, nikt tam jednak nie
      chodził, bo dziwną sławą góra owa była owiana. Jej szczyt często w chmury
      spowity znany był z tego, że w czasie burz pioruny uderzały w niego bardzo
      często. Mawiano, że to za sprawą złych mocy i czarownic, które tam się na
      sabatach spotykały.
      Tak, więc obawiano się we wsi o losy Bogusława, który jak powiedział tak też
      uczynił, wziął konia, dzban gliniany i wyruszył po żywą wodę. Nie było go dzień,
      nie było dwa i trzy... Kiedy nie wrócił po tygodniu stracili nadzieję.
      - Tedy ja pójdę po tę wodę - rzekł Radek.
      - A gdzie ty smarku się pchasz, lepiej pod chałupą siedź i tych swoich
      ptaszysków pilnuj - odparł Świętosław - to ja pójdę.
      I poszedł, nie było go dzień, dwa, trzy, kiedy minął tydzień przestali czekać.
      Matka słabła i wypytywała o starszych synów, ale nikt nie chciał powiedzieć
      gdzież się oni podziali.
      Widząc, że matce niewiele już życia zostało wziął Radek dwa dzbany, ucałował
      matkę i ojca i wyruszył w drogę, kiedy był już za wsią dogoniła go Radunia i
      szczęścia mu życząc płakać zaczęła. Lekko się Radkowi zrobiło na sercu, kiedy
      się dowiedział, że Radunia czekać go będzie i ruszył przed siebie w kierunku
      góry sobotniej. Szedł dzień cały aż przed zachodem słońca stanął u jej stóp. Pod
      młodym dębem umościł sobie posłanie i spać się położył. Przyśniła mu się w nocy
      Radunia, która we śnie przestrzegała go by na głosy żadne uwagi nie zwracał.
      Kiedy świt wstał ruszył przed siebie, przedzierał się przez gęsty las, wśród
      głazów o dziwnych kształtach. Domyślił się, że są to ci, którzy na szczyt
      wędrując niepomni przestróg obejrzeli się za siebie i w głazy się zamienili.
      Gdzieś tu pewnie bracia jego stać musieli. Szedł przed siebie, a z tyłu wciąż
      nawoływania, krzyki i szepty za sobą słyszał. Ale mimo strachu wielkiego miał
      przed oczami matulę chorą i piękną, twarz Raduni zatroskanej o jego los. Zanim
      doszedł na szczyt wichura się rozpętała, wycie wiatru było straszne, sam już nie
      wiedział, co w ciemnym lesie tak wyje; zwierzęta jakieś okrutne czy wiatr, aż
      nagle wszystko ucichło, słońce wyszło za chmur, wiatr ucichł, a przed oczami
      Radka ukazało się małe źródełko, z którego cieniutką strugą, pomiędzy kamieniami
      wił się błękitny strumyk szemrząc przyjaźnie. Padł Radek na kolana, wody się
      napił, zaczerpnął jej do obu dzbanów i pamiętając o matce schodzić zaczął w dół.
      Co chwila zatrzymywał się i z jednego z dzbanów skrapiał napotkane głazy wodą.
      Po jakimś czasie w dół schodzić z nimi zaczęli ludzie z głazów odczarowani
      pomagali mu nieść dzbany i skrapiać inne głazy. Jakaż była radość Radka, gdy
      udało mu się odczarować braci. W trójkę wrócili do domu i matulę uzdrowili. A
      wdowa tkaczka swą piękną córkę Radunię odważnemu Radkowi za żonę oddała. I
      wszyscy żyli długo i szczęśliwie".
    • ania2205 Panna z rybą 25.08.06, 21:50
      "W dawnych czasach zagrażały ludziom niedźwiedzie i wilki. Włostowic nakazał
      służbie złapać parę niedźwiedzi i je oswoić. Zwierzęta przebywały w klatkach
      ustawionych w pobliżu zamku. Dzieci komesa chętnie bawiły się z nimi. Hrabina
      Maria także lubiła wśród nich przebywać. Miała swego ulubieńca, który przebywał
      na wolności. Jego ulubionym przysmakiem były ryby. Służąca hrabiny imieniem
      Gertruda miała za zadanie dostarczenie mu ryb. Często niedźwiedź wychodził na
      spotkanie służącej i niósł jej kosz z rybami. Pewnego razu Gertruda o wiele
      dłużej niż powinna zabawiła u przyjaciółek w Sobótce. Niedźwiedź niecierpliwie
      czekał w połowie drogi na dziewczynę. Wreszcie służąca, niosąc kosz z rybami,
      nadeszła. Na swoje nieszczęście dziewczyna postanowiła zakpić z niedźwiedzia.
      Wyjęła z kosza rybę, którą podsunęła pod nos zwierzęcia i szybko schowała.
      Ujawniła się dzika natura stworzenia. Rozwścieczony niedźwiedź rzucił się na
      dziewczynę. Gertruda broniła się, długą szpila przebiła mu oko. Niedźwiedź łapą
      powalił dziewczynę na ziemię, a potem zadusił. Sam także wyzionął ducha. Hrabina
      dziwiła się z powodu długiej nieobecności służącej oraz niedźwiedzia.
      zaniepokojona wysłała gońców, którzy znaleźli leżące na ziemi zwłoki dziewczyny
      z rybą, a obok martwego niedźwiedzia. W miejscu tragedii hrabina Maria kazała
      wznieść kamienne posągi."
    • ania2205 Powstanie Ślęży... 25.08.06, 21:52
      "...Przed wielu, wielu laty, diabły zawistne o dzieło Pana Boga, któremu tak
      pięknie udała się ziemia śląska, postanowiły zniszczyć i zasypać kamieniami całą
      krainę, aż po dzisiejszy Wrocław. Czasu miały jednak niewiele - od wiosennego
      zrównania dnia z nocą do Nocy Świętojańskiej. Zaczęły więc znosić potężne bloki
      skalne i budować ogromne góry. Tak powstały Sudety ze swym najwyższym szczytem
      Śnieżką. Dni było jednak coraz mniej i sił, mimo że piekielnych, przy tej
      ciężkiej pracy ubywało. Kolejne usypiska były więc coraz mniejsze i nie tak
      starannie uformowane. Wzgórza Łomnickie, na przykład, stanęły w poprzek
      Karkonoszy. Nadeszła wreszcie Noc Świętojańska - koniec diabelskiej roboty - w
      ostatniej więc chwili gdzieniegdzie na Przedgórzu czarty usypały kamienne kopce.
      Między dwoma takimi wzniesieniami, położonymi najdalej na północ od
      Karkonoszy, w okolicach dzisiejszej Sobótki, znajdowało się jedyne wejście do
      piekieł. Pewnego poranka jedną z tych gór, zwaną kiedyś Górą Anielską, a dziś
      Gozdnicą, opanował hufiec aniołów i zaatakował armie piekielne stojące na
      Raduni. Rozgorzała zacięta walka, w której bronią były bloki skalne. Pociski
      były tak ciężkie, że nie dolatywały do celu. Spadając w połowie drogi zamknęły
      wejście do piekła i utworzyły nową wielką górę, Ślężą później nazwaną. Gdy
      zobaczył to Lucyfer zdenerwował się okrutnie i chwyciwszy potężną skałę rzucił
      ją w kierunku aniołów - tak powstała Stolna. Następny pocisk też był niecelny;
      upadł przed górą zajętą przez anioły i tak utworzyło się wzniesienie dziś zwane
      Wieżycą. Zrozpaczony czarci dowódca tupnął kopytem z taką siłą, że ziemia się
      przesunęła i tak powstała przełęcz Tąpadła oddzielająca Ślężę od Raduni. Od tej
      pory diabły nie mogąc dostać się do swej siedziby nasyłają na Ślężę burze i
      pioruny, z nadzieją, że kiedyś odsłoni się na powrót wejście do piekieł..."
    • ania2205 ...dwa słowa o sabatach... 25.08.06, 21:54
      legenda opowiada o sabatach czarownic, które po wybudowaniu na Śnieżce kaplicy
      przeniesiono na szczyt Raduni, drugiej pod względem wysokości góry masywu Ślęży,
      do niedawna zwanej Sępią Górą. Tutaj to w noc Walpurgii, z 30 kwietnia na 1
      maja, na swe doroczne narady zlatują się czarownice z całego Śląska,
      Wielkopolski, północnych Czech i przyległych do Śląska terenów Niemiec. Dokazują
      czarownice wtedy, dokuczają okolicznym mieszkańcom i planują na cały kolejny
      rok, jakich to bezeceństw dopuszczać się będą. Okolice Ślęży tak bardzo
      spodobały się czarownicom, że wiele z nich osiedliło się tu na stałe, przyjmując
      sympatyczne postacie, a tylko w noc sabatu przypominają sobie o swoim pochodzeniu.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka