Gość: seledynowa
IP: *.wroclaw.dialog.net.pl
01.04.03, 10:40
sprawa wygląda tak.
oboje pracujemy, mój facet zarabia drugie tyle co ja z tym, że nie ma tych
pieniędzy na czysto, ponieważ spłaca dom, który ma w spadku po babci i musi
spłacić kogoś z rodziny, z kim dzieli się tym domem.
Oboje mieszkamy u rodziców. Ja dokładam się do domowych finansów w ten
sposób, że opłacam telefon oraz robię częściowe zakupy. Z tego co mi zostaje
odkładam mniej więcej 1/3 na wkład na kredyt mieszkaniowy. Za resztę żyje
nienajgorzej tzn. nie mam luksusów, ale kupuję to co potrzebuję i zostaje
jeszcze na to na co mam ochotę.
Mój mężczyzna nie płaci za nic w domu, po odliczeniu wydatków na dom i stałe
opłaty typu telefon, bilet zostaje mu około 200 zł. nie jest to wiele, ale
też nie można narzekać biorąc pod uwagę, że są to pieniądze tylko na
przyjemności, ciuchy itp. Nie mówię tego teoretycznie gdyż w czasie studiów
miałam porównywalna kwotę do przeznaczenia na tego typu potrzeby i wiem, że
mi wystarczało, chodziłam do kina w poniedziałki, do teatru na wejściówki, do
knajp z niedrogim piwem itp., potrafiłam tez odłożyć sobie na wakacje, fajny
ciuszek, tak więc wiem, że jest to możliwe.
Tymczasem mój mężczyzna ustawicznie nie ma pieniędzy. Z jednej strony
rozumiem – zarabia przyzwoicie ale nie ma tych pieniędzy do ręki, ale myślę
zę to jednak kwestia organizacji i... chęci.
Co do prezentów – przez rok prawie naszej znajomości dostałam od niego
kwiatka na imieniny i dzień kobiet oraz czekoladki pod choinkę. On nie
wpadnie na to żeby kupić mi jakiś drobiazg, przy czym mówiąc drobiazg ja nie
mam na myśli czegoś z brylantów ;)) ale choćby taka śmieszna kartka –
kosztuje 2 złote, więc mniej niż jedno piwo, to chyba jest w granicach jego
możliwości finansowych a ile radości sprawia. Żeby nie było że czekam na
prezenty od faceta a sama nic nie daję, otóż daję i to sporo – może nie sporo
a raczej często – różne miłe drobiazgi np. typu śmieszna kartka, śmieszne
bokserki, kwiatek w doniczce, podkładka pod myszkę. To są drobiazgi ale
dawane bez okazji tylko po to żeby sprawić mu przyjemność no i mi także ;) bo
lubię jak się cieszy. Ale faktem jest, że gdy pozostaje to nieodwzajemnione
to się w końcu człowiekowi odechciewa.
Tak samo jest z naszymi „wspólnymi” wydatkami. Gdy on przychodzi do mnie na
kolację, to oczywiste dla mnie jest że ja wszystko na te kolacje kupuję, ale
czy on nie mógłby kupić np. wina? Nigdy na to nie wpadnie mimo że ja zawsze
tak robię gdy idę do niego, on przygotowuje nam jedzonko a ja przynoszę winko.
Z jednej strony dłuższy czas nie protestowałam przeciwko takiej sytuacji ale
to głównie dlatego, że nie brakuje mi pieniędzy, co jednak nie znaczy że
powinnam je wydawać w taki sposób, mogłabym je np. odłożyć i byłyby na
wakacje.
Chodzi mi o to, że on się zupełnie do tego nie poczuwa. Gdy wspominam tak w
żartach, że mógłby mi coś kupić wtedy mówi, że nie ma kasy i że kiedyś mi to
wynagrodzi a ściślej „ozłoci mnie” a gdy wspominam o zrobieniu np.
alkoholowych zakupów wykręca się, że on nie ma ochoty dziś na picie, co nie
zmienia faktu, że później absolutnie przed tym piciem się nie broni.
Dla mnie to jest naprawdę głupia sytuacja, bo z jednej strony nie chce wyjść
na skąpca (choć część osób zapewne już tak o nie teraz pomyślało) ale z
drugiej nie podoba mi się taki układ, że ja jemu różne rzeczy kupuję nawet
nie chodzi o prezenty ale różne drobiazgi codzienne np. picie, bułka w
sklepie zawsze ja za to płacę, bo on zwykle „nie ma drobnych” OK. to są
drobiazgi ale po pewnym czasie robią się irytujące. Kto ma lub miał podobna
sytuację ten wie o co chodzi a kto nie to chyba niestety nie zrozumie.
I naprawdę miłość nie ma tu nic do rzeczy. Ja go bardzo kocham, gdyby tak nie
było nie byłabym z nim tyle czasu i napraw nie jestem paskudna materialistką
która leci na kasę faceta. Była tez ostatnio taka sytuacja, że poslzismy w
ostatki do klubu ze znajomymi. Nie płaciliśmy za wstęp, bo on dostał
wejściówki od kolegi. Przed wejściem powiedział, że „nie mam dziś kasy, chyba
kupisz mi jedno piwko” OK. nie ma sprawy kupiłam mu to piwko, nawet nie jedno
ale trzy, nie to że żałuję tej kasy ale myślę, że to trochę nie bardzo...
Zdarzyła się nam tez kiedyś (już dawno temu) taka sytuacja, że zapomniał
portfela a tez szliśmy na imprezę do znajomych. Robiliśmy przedtem zakupy –
piwko, jakieś chipsy... za które ja musiałam zapłacić. On oczywiście
powiedział, że odda mi kasę za swoje zakupy i owszem oddał ale tylko trochę
tzn. kupił mi natepnego dnia loda i colę a ja poprzedniego dnia jemu 7 piw i
fajki. Porównywalne?
Naprawdę nie wiem co mam robić. Czy mam zacząć bawić się w liczenie każdego
zeta i faktycznie dzielivc to twoje to moje? Nie chciałabym takiej sytuacji,
bo nie podoba mi się to, w końcu nie jesteśmy małżeństwem, nie mieszkamy
razem, nie mamy wspólnej kasy. Ale czy jest inny sposób, bo widzę ,że to za
chwile może wymknąć się spod mojej kontroli. Niedługo wakacje. Pewnie też
okaże się, że on nie ma kasy(dodam, że nie planuje ich na Majorce, ale na
Mazurach) i co wtedy mam zaproponować, że mu je sfinansuję, bo chyba sam z
tym nie wyjdzie, chociaż... to już jednak przekracza moje możliwości, a poza
tym zwyczajnie dlaczego miałabym to robić, ja za siebie zawsze płacę,
nieważne czy chodzi o kino, czy ty bardziej do głowy by mi nie przyszło żeby
facet finansował mi wakacje.
Powiedzcie co mam robić, bo ja już naprawdę trace grunt pod nogami. Czy jest
szansa, że to się zmieni, czy tak będzie zawsze?
Poradźcie, proszę, może ktoś ma podobne doświadczenia e swoim partnerem.