Moja klasa już od niemal trzech lat podstawówki zajmowała się przytuliskiem pani Hanny Chombakow. W Michalinie koło Wrocławia wychowuje i pielęgnuje ponad 80 (w większości chorych) kotów. Nie pracuje. Nie mają pieniędzy na nic. Bywa, że ma 2 (słownie: dwie) paczki makaronu i 1 (słownie: jedną kiełbasę do podziału między nią i te 80 kotów. Organizowaliśmy rożne zbiórki i imprezy w szkole na rzecz tej kobiety, ale wiadomo - jedna zbiórka pomaga w wykarmieniu jedynie jednej trzeciej kotów przez mniej niż dwa tygodnie. Zabranie jej kotów moim zdaniem nie jest dobrym pomysłem. A to dlatego, że wrocławskie schronisko, do którego wtedy pewnie trafiłyby koty, ma jeszcze gorsze warunki niż przytulisko. Koty chodzą tam z połamanymi łapami, bo kierowniczka nie wyraża zgody na dawanie im poduszek do klatek. Bo poduszki trzeba prać. A jej się nie chce o to zadbać. Co Wy byście radzili? Zabrać koty czy wspomóc p. Chombakow finansowo?