Mam, mam!!! Wczoraj kupilem. Alez tu sa drogie plyty

(( Wlasnie slucham po raz trzeci. Pierwsze wrazenia
mam calkiem pozytywne. Co prawda wydaje mi sie, ze
jednak "Awake" bedzie dla mnie lepszym albumem ale ten
i tak jest niczego sobie (nie znam pierwszej plyty w
calosci wiec sie do niej nie odnosze).
Oczywiscie nie ma co liczyc na teksty we wkladce. Za to
jak sie odpali CD na kompie to otwiera sie stronka
gdzie mozna (po zalogowaniu i wpisaniu jakiegos tam
kodu, ktory de facto sam sie wpisuje) sciagnac sobie
teksty i jeden bonusowy kawalek. Rzeczona piosenka to
7-minutowa, koncertowa piosnka pt. "Whatever". Taka sobie.
Jest jedna fajna rzecz. Na spodniej stronie pudelka
jest piosenka opisana tak: "I f****** hate you".
Natomiast we wkladce tytul piosenki brzmi: "I fucking
hate you". Kurde cenzura, czy co???

))
Teraz troszku o muzie. Nagrane to to jest dobrze jak na
moje drewniane ucho. Ladnie wypasione gitarki, slychac
bas, perkusja sobie wesolo puka. Czadzik.
Jazde zaczynamy od "Straight out of line". Juz prawie
wszyscy znaja (a jak nie to se sciagnijcie

)) ).
Nastepnie "Faceless" i " Changes". Bardzo fajniusie.
Takie Godsmackowe. Przy czym "Faceless" wydaje mi sie
bardziej melodyjny. Potem slabszy punkt programu. A to
z tego wzgledu, ze chlopcy umiescili obok siebie dwa
kawalki o bardzo zblizonej budowie. I niestety ale
"Make me believe" przegrywa konkurencje z "I stand
alone" (btw "Scorpon King" srednio mi sie podobal).
Potem "Re-align" i "I fucking hate you". Ten drugi z
refrenem, ktory chyba od czasu do czasu kazdy sobie z
werwa zaspiewa

)) "Releasing the demons". Alez ten
kawalek ma zajebisty poczatek!!! Niestety dalej
piosenka nie do konca odpowiada memu wyobrazeniu. Jest
za malo mroczna jak po takim wprowadzeniu. Dalej mamy
"Dead and broken". Podobnie jak w przypadku 4 kawalka
nie jest to nic specjalnego. Taki typowy Godsmacek ale
z tendencja znizkowa

(( Jeszcze trzy do konca. 10 to
"I am" i bardziej mi sie podoba od 9. Przed ostatni to
taki troszku (chyba) powiazany z tym w co sie bawi
Sully. Taki plemienne lubu-dubu. Calkiem przyjene. Na
poczatku myslalem, ze bedzie to cos jak na "Awake".
Czyli rodzaj wprowadzenia do ostatniego kawalka. Ale
tak nie jest. Muzycznie te dwa utwory sie nie lacza. I
wreszcie ostatni "Serenity". Ballada. Ale baaardzo
fajna. Powiedzial bym, ze troszku w klimacie "Voodooo".
Tyle, ze "Voodoo" jest bardziej zakrecone (dla mnie).
Krotkie slowo podsumowania.
Warto, naprawde. Ja sie nie zawiodlem. Mysle, ze nie za
predko ten kompakt opusci moje discmana.