ignorant11 Re: Wojna 1920. Amerykanie w Wojsku Polskim(2) 09.11.03, 19:06 Mimo to już wkrótce dołączą do nich kolejni ochotnicy zza oceanu. Jeden z nich, por. Elliot Chess, projektuje od razu godło Eskadry im. Tadeusza Kościuszki, bo tak sami lotnicy nazywają swoją jednostkę. W herbie maciejówka i dwie skrzyżowane kosy mają symbolizować powstańczą przeszłość Kościuszki, zaś 13 gwiazd i tyleż pasów - 13 stanów założycielskich USA. Kościuszkowcy (do jednostki władze wojskowe dołączają także kilku doświadczonych polskich pilotów) zostają przydzieleni do lwowskiego lotniska Lewandówka. Na razie piloci mają do dyspozycji jedynie 12 starych dwupłatowców, głównie poaustriackich albatrosów. Na przetestowanie nieznanego sprzętu Amerykanie mają miesiąc. W ciągu 31 dni października cała eskadra wykonuje ponad 130 lotów treningowych. I kiedy wydaje się, że wszyscy wreszcie dobrze poznali swoje maszyny, ginie pierwszy z lotników. Porucznik Edmund Graves jeszcze dwa lata wcześniej był instruktorem akrobatyki w akademii zaawansowanego pilotażu w Toronto. Rzeczy, jakie wykonywał na austriackich starociach, zapierały dech w piersiach personelu naziemnego Lewandówki. William Graves nie mógł odmówić polskim przyjaciołom, kiedy poprosili go o powtórzenie popisowych akrobacji 22 listopada. Na uroczystości z okazji pierwszej rocznicy zwycięstwa nad Ukraińcami mieli przyjechać najwyżsi dostojnicy państwa, armii i duchowieństwa z Marszałkiem na czele. W decydującym momencie pokazów lotniczych Graves odłącza się od eskadry, by wykonać swój popisowy numer - podwójną beczkę. Prawdopodobnie cesarsko-królewskie stery nie wytrzymały w końcu ekstremalnych przeciążeń. Z wysokości 200 metrów na oczach tysięcy przerażonych ludzi porucznik Graves wbija się w Pałac Potockich, w mgnieniu oka powodując pożar dwu kondygnacji budynku. W jednej ręce ster, w drugiej - karabin Z pewnością także nie wszystkie pozostałe maszyny nadawały się do walki. Podczas ciężkiej zimy 1920 roku brak części zamiennych połączony z zamarzającym w czasie lotu paliwem kilka razy o mało co nie doprowadził do kolejnej tragedii. Piloci musieli lądować w polarnych niemal warunkach, często w kopnym śniegu. 28 stycznia 1920 roku 7. Eskadra otrzymała jeden z pierwszych rozkazów operacyjnych - chodziło o szybkie zrzucenie meldunków na odległe pozycje frontowe. Wykonanie zadania bardziej przypominało komedię braci Marx niż film wojenny. Pierwszy wykonawca, porucznik Chess, rozbił swojego albatrosa, awaryjnie lądując na lodzie, następnie Merian Cooper uszkodził drugiego. Dopiero kapitan Edward Corsi dostarczył meldunek, ale z ogromnymi trudnościami, ponieważ w drodze powrotnej musiał awaryjnie lądować. W końcu Corsi został przywieziony do bazy saniami przez osłupiałych chłopów, którzy długo upewniali się, czy to na pewno polski oficer. Tymczasem zadania, jakie docierały na lotnisko Lewandówka, były coraz bardziej niebezpieczne. Wyjątkowo rozciągnięty front bardzo komplikował polskim generałom planowanie operacji. Ich niezbyt liczne wojska były wystawione na duże niebezpieczeństwo: każda przeprowadzona w tajemnicy koncentracja nieprzyjaciela groziła frontową wyrwą, przez którą kozacka konnica mogła wlać się do kraju. Dlatego w tej fazie walki bezcenne były informacje dostarczane przez wywiad i przede wszystkim przez lotnictwo. Od początku 1920 roku było już niemal pewne, że bolszewicy próbują po cichu przerzucać wojska oraz że czują na sobie wzrok polskich lotników - w lutym sabotażyści rozpoczęli podkładanie ognia na lotniskach we Lwowie. Często, kiedy tylko udało się ugasić płonące hangary, samoloty od razu startowały do kolejnych lotów. Od momentu, kiedy na początku marca porucznikowi Rorisonowi udało się pod Barem zbombardować pociąg pancerny, kościuszkowcy pozwalali sobie na coraz więcej. Wkrótce w poszukiwaniu wroga Rorison wraz z dowódcą eskadry Fauntleroyem oraz Crawfordem zapędzili się aż pod Żytomierz, gdzie dostrzegli maszerującą kolumnę piechoty. Mimo że nie mieli ani jednej bomby, zdecydowali się po kolei zniżyć samoloty i wygarnąć kilka razy do całej kolumny z pokładowych karabinów maszynowych. Takie manewry wymagały od lotników dużej krzepy. Atakując z niskiego pułapu, jedną ręką musieli mocno chwycić ster, zaś drugą precyzyjnie utrzymać w pozycji karabin, aż wypluje serię długości kolumny wojska. W aktach Krzyża Kawalerskiego Virtuti Militari można znaleźć fascynujący opis ataku kpt. Carla Clarka na kilka uzbrojonych transportów kolejowych. Najpierw poradził sobie z obronnymi stanowiskami ciężkich karabinów maszynowych, po czym zniżył samolot do zabójczej wysokości 30 metrów i dotąd dziurawił kolejne wagony pociskami, aż skończyła mu się amunicja. Kiedy tylko ją uzupełnił, wystartował powtórnie i zbombardował lokomotywę ciągnącą kolejny transport. Po następnym lądowaniu, kiedy okazało się, że poszatkowany pociskami samolot nie nadaje się do dalszego lotu, kpt. Clark przesiadł się do innej maszyny i poleciał dokończyć masakrę, póki "bolos" - jak ich nazywali Amerykanie - nie ochłoną. Już w tym okresie dowodzący 2. Armią gen. Antoni Listowski pisał w swoich pamiętnikach, że "Amerykanie dokonywali cudów". Izaak Babel boi się Fauntleroya Możliwości eskadry znacznie się zwiększyły, kiedy dotarły do niej wreszcie włoskie samoloty Ansaldo A1 Balilla. Znacznie zwrotniejsze, o prawie dwukrotnie większym zasięgu i przede wszystkim - nareszcie! - z uchwytami na dwie bomby przydały się zwłaszcza, kiedy lotnikom przyszło namierzać cofającą się piechotę przy przeprawie przez Dniepr. 10 maja mjr Crawford dokonał jednej z najbardziej spektakularnych akcji bojowych w historii całej eskadry. W okolicy miejscowości Czerkasy natrafił na duży oddział Kozaków przygotowujący się do przeprawy przez rzekę: trzy barki pełne żołnierzy były już w drodze, cztery pozostałe - w trakcie załadunku. Crawford nie miał ze sobą bomb, ale automaty Vickersa w jego balilli były wyposażone w amunicję zapalającą. Kiedy trafione zostały skrzynie z amunicją, eksplozja dosłownie rozerwała jeden ze statków, z pozostałych spanikowani żołnierze zaczęli się rzucać w nurt Dniepru, zostawiając sprzęt na barkach. Niedługo później kościuszkowcy razem z polskimi pilotami z 3. i 16. eskadry w okolicy Rżyszczewa namierzyli przeprawę znacznie liczniejszych oddziałów. Grad pocisków ponownie zdetonował składy amunicji, co najmniej jeden statek poszedł na dno. Wojska zostały zablokowane, a atakowani z lądu i powietrza bolszewicy ponieśli bardzo ciężkie straty. Następnego dnia Merian Cooper i Edward Corsi na wszelki wypadek ponownie załadowali bomby na pokład. Mieli nosa - nieopodal miejsca wczorajszego zwycięstwa zniszczyli budowany w pośpiechu most pontonowy. Jak pisał w swoich wojennych pamiętnikach walczący wówczas po drugiej stronie frontu Izaak Babel, opowieści o amerykańskich pilotach budziły coraz większą grozę wśród czerwonoarmistów: "Walki nie ustają, jestem kompletnie wyczerpany. Polacy bronią się głównie z powietrza. Ich samoloty są coraz bardziej niebezpieczne. Rajdy zaczynające się łoskotem karabinów maszynowych powodują wybuchy paniki w naszych obozach. Nowe możliwości wykorzystania samolotów Kapitan Fauntleroy znowu wystartował " (Izaak Babel, "Dziennik" 1920). Pierwsze Virtuti dla Noble'a Młodzi polscy lotnicy, niektórzy szkoleni wcześniej w pruskim, carskim czy cesarsko-królewskim wojsku, szybko uczyli się od Amerykanów nowych sztuczek. Niestety, postępowania z samolotami uczyli się też komendanci po drugiej stronie frontu. Unikali głównych dróg, nie maszerowali pod słońce, w końcu przy użyciu legendarnych taczanek (ciężkie karabiny maszynowe transportowane na dwukołowych wózkach konnych) zastawiali na biało-czerwone szachownice śmiertelne pułapki. Już od wiosny z każdego niemalże lotu samoloty wracały podziurawione. Dzięki lekkiej konstrukcji maszyn w wielu wypadkach uszkodze Odpowiedz Link
ignorant11 Re: Wojna 1920. Amerykanie w Wojsku Polskim(4) 09.11.03, 19:11 13 lipca 1920 roku w pojedynkę zaatakował duży oddział kawalerii Budionnego pod Równem. Seria z ciężkiego karabinu zdemolowała silnik jego samolotu, ale zdołał posadzić maszynę tuż obok kozackiej konnicy. Kozacy wywlekli go z wraku i chcieli natychmiast rozstrzelać według żelaznej zasady "biełoruczki pod stienu". Na szczęście Cooper ręce całe miał w bliznach - była to pamiątka sprzed trzech lat, kiedy zestrzelony przez Niemców pod Dun-sur-Meuse dotkliwie się poparzył. W ten sposób przekonał Kozaków, że jest tylko biednym robotnikiem siłą wcielonym do obcej armii. Przetransportowany na dalsze przesłuchania do moskiewskich kazamatów zaryzykował swoje życie po raz kolejny, odrzucając ofertę szkolenia radzieckich pilotów. Wiosną 1921 roku, po przeniesieniu do syberyjskiego łagru, zdecydował się na ucieczkę. Razem z dwoma polskimi oficerami zmylili strażników przy zbiórce drewna w lesie i przez miesiąc, maszerując nocami przez bagna, kierowali się w stronę łotewskiej granicy. Tuż po przyjeździe do Polski, 8 maja 1921 roku, w Warszawie Cooper zameldował się swojemu dowódcy Fauntleroyowi do służby w Eskadrze im. Kościuszki. Dwa dni później cała załoga jednostki stawiła się w Belwederze, wszyscy Amerykanie zostali odznaczeni przez Marszałka Krzyżami Virtuti Militari. Odznaczenie to było wówczas równoznaczne z nadaniem działki ziemi. Odznaczeni lotnicy (oprócz Amerykanów Virtuti Militari dostali także Polacy) poprosili władze, by wszystkie należne im działki przeznaczyć na specjalny dom rekonwalescencyjny dla rannych polskich żołnierzy. Następnego dnia 11 maja 1921 roku, po hucznej uroczystości w oficerskiej mesie warszawskiego lotniska na Polu Mokotowskim, 7. Dywizjon Kościuszkowski został zdemobilizowany. Amerykanie wrócili do domu. Pomnik we Lwowie W polskich mundurach służyło kilkunastu amerykańskich pilotów, nie dla wszystkich ochotników wystarczyło maszyn. Poległo trzech Amerykanów, oficerów Wojska Polskiego: por. Edmund P. Graves, por. Arthur H. Kelly oraz kpt. John S. McCallum. Upamiętniał ich okazały pomnik odsłonięty w 1925 roku na Cmentarzu Obrońców Lwowa. Co roku w narodowe święta polskie i amerykańskie pojawiały się tam świeże kwiaty przystrojone w narodowe barwy obydwu państw. Po II wojnie światowej cały cmentarz popadł w ruinę. W latach 70. na jego teren wjechały buldożery, by pomnik ostatecznie zrównać z ziemią. * Korzystałem z książek Janusza Ciska "Kościuszko! We are here" oraz Roberta S. Karolevitza i Rossa S. Fenna "Flight of Eagles" Pozdrawiam i zapraszam na: Forum Słowiańskie nakarm dziecko, kliknij w pajacyka TERAZ: www.pajacyk.pl Ignorant +++ Pozdrawiam i zapraszam na: Forum Słowiańskie nakarm dziecko, kliknij w pajacyka TERAZ: www.pajacyk.pl Ignorant +++ Odpowiedz Link
sasza04 Re: Wojna 1920. Amerykanie w Wojsku Polskim(4) 11.11.03, 20:48 Co to byli za bohaterowie??? Podobnie "bohatersko" zapisala sie Luftwaffe walac z powietrza w polskie kolumny we wrzesniu 39. Bze przesady, nie ma co robic z jankesow zbawcow Polski. Odpowiedz Link
ignorant11 Re: Wojna 1920. Amerykanie w Wojsku Polskim(4) 12.11.03, 00:02 sasza04 napisał: > Co to byli za bohaterowie??? Podobnie "bohatersko" zapisala sie Luftwaffe walac > > z powietrza w polskie kolumny we wrzesniu 39. Bze przesady, nie ma co robic z > jankesow zbawcow Polski. Odpowiedz Link
sztylet69 artykul w RZECZPOSPOLITEJ 09.11.03, 23:38 O tym pierwsza pisala chyba Rzeczpospolita, nr z 31 V/1 VI 2003, artykul: "Dluznicy Kosciuszki" Tomasza Stanczyka. Natomiast malo znany jest watek polskich zolnierzy - ochotnikow, ktorzy chcieli w Finlandii walczyc przeciw ruskim. Finowie na nich czekali,ale zachodni alianci zakochani w Stalinie nie pozwolili na transport polskich ochotnikow sposrod uchodzcow na Zachodzie. Odpowiedz Link
ignorant11 Re: artykul w RZECZPOSPOLITEJ 10.11.03, 00:52 sztylet69 napisał: > O tym pierwsza pisala chyba Rzeczpospolita, nr z 31 V/1 > VI 2003, artykul: "Dluznicy Kosciuszki" Tomasza Stanczyka. > > Natomiast malo znany jest watek polskich zolnierzy - > ochotnikow, ktorzy chcieli w Finlandii walczyc przeciw > ruskim. Finowie na nich czekali,ale zachodni alianci > zakochani w Stalinie nie pozwolili na transport polskich > ochotnikow sposrod uchodzcow na Zachodzie. Odpowiedz Link