pasazer2
19.01.04, 03:54
Zdarzenie, które przytoczę miało miejsce tydzień temu, lecz tak mnie
poruszyło, że nie sposób jest mi przejść nad tym do porządku dziennego.
Jest 8 stycznia br. godz. 9:51. Na przystanek przy placu Grunwaldzkim w
kierunku na Kowale podjeżdża tramwaj lini 11, nr boczny (brak danych),
brygada 10.
Na razie wszystko jest OK. Tramwaj podjechał trochę spóźniony ale nie o to
chodzi.
Jedzie sobie tramwaj, jedzie, jedzie, jedzie... Dojechał na przystanek
Nowowiejska róg Jedności Narodowej.
Siedziałem w tylnej części pierwszego wozu po lewej stronie (od osi jedzdni).
Obserwowałem światła i to co się w koło dzieje. Zauważyłem, że z lewej strony
przez skrzyżowanie przebiega grupka ludzi aby zdążyć wsiąść do
tej "jedenastki".
Myślę sobie - zdążą czy nie zdążą? Popatrzyłem na sygnalizator dla tramwaju
tzw. Simensa i widziałem, że tramwaj nie miał prawa przejechać, ponieważ na
tym sygnalizatorze świeciły się trzy górne białe światełka. Samochody obok
tramwaju (za wysepką) też stały, ponieważ miały na sygnalizatorach czerwone
światło.
Myślę sobie - zdążą, ale mają farta. Było przecież tak zimno w tym dniu, że
stanie na przystanku nie należało do przyjemności. Gdy podbiegali do
pierwszych drzwi tramwaju, motorniczy po prostu zamknął wszystkie drzwi.
Jeszcze pukali w te drzwi ale motorniczy nie zwracał na nich uwagii.
Pomyślałem, co jest! Dlaczego? Popatrzyłem ponownie na Simensa i widziałem,
że nadal nie pozwalały tramwajowi jechać. Po ok. 5-7 sekundach wstałem,
podszedłem do motorniczego i zapytałem dlaczego nie wpuszcza tych ludzi do
tramwaju. Był zaskoczony, że jakiś pasażerów będący wewnątrz wozu wstawia się
za kimś kto nie "zdążył" do niego wsiąść. Nie odpowiedział. Stanowczo
ponowiłem pytanie, a że mam donośny głos, to słyszał mnie "cały tramwaj".
Wtedy motorniczy odpowiedział.
Jak myślicie drodzy forumowicze? Co odpowiedział?
1. Musiałem zamknąć, bo już odjeżdżamy,
2. Nie mogłem ich wpuścić, ponieważ mieli brudne od śniegu buty,
3. Jak się Panu nie podoba, to sam może Pan zaraz stąd wylecieć.
No i co? Na który punkt stawiacie? (Macie jeszcze telefon do przyjaciela, bo
pół na pół nie da rady).
Mniejsza o to. Obojętnie na co postawicie, to i tak będzie pudło.
Pan motorniczy odpowiedział: "ponieważ przebiegli na czerwonym świetle"
Myślałem, że mnie qrwa za przeproszeniem szlag trafi. Zamknął im drzwi tylko
dlatego, że biegnąc do tramwaju przebiegli jezdnię na czerwonym świetle. Z
takiego to powodu zamknął im drzwi przed nosem i pozostawił na mrozie, aby
czekali (za karę !!!) co najmniej 15-20 minut na następny tramwaj.
Powiedziałem mu, że postąpił jak ostatnia świnia i poszedłem usiąść, ...bo
cóż mogłem innego zrobić?
Jak usiadłem, to motorniczy wołał z tej swojej "klatki", że świnię to ja mogę
sobie poszukać u siebie w rodzinie. Krzyknąłęm jeszcze do niego ze środka
wozu, że nie powiedziałem, iż jest świnią tylko, że postąpił jak świnia, a to
jest zasadicza różnica. Dodałem jeszcze, że nawet nie jak świnia, tylko jak
ostatnie bydle, ponieważ tak się nie postępuje.
Od początku tego zajścia do tego momentu minęło ok 20-25 sek. gdyż tak długo
musiał czekać aż włączą się odpowiednie światła do prawoskrętu. W ciągu tego
czasu pasażerowie, którzy biegli do tramwaju bez żadnej ujmy dla rozkładu
jazdy mogli wsiąść do tego tramwaju.
Dlaczego nie zostali wpuszczeni opisałem powyżej. Ale to nie wszystko. To
dopiero połowa zajścia.
Gdy wypowiedziałem ostatnie słowa, "że nawet nie jak świnia tylko jak
ostatnie bydle, ponieważ tak się nie postępuje" motorniczy zanim ruszył z
przystanku pokazał mi przez te swoje szklane drzwi prawą rękę z wystawionym
środkowym palcem.
Wkurzył mnie tym i właśnie za ten palec postanowiłem się w miarę
możliwości "odgryźć". Dlatego też, wysiadając na przystanku Kwidzyńska róg
Brucknera zabrałem mu klucz do przekładania zwrotnic i wypieprzyłem go przez
barierkę (oddzielającą torowisko) na przeciwległy tor. Myślałem, że jak się
przejdzie po takim mrozie po ten klucz, to może mu się czacha ostudzi.
Żeby być prawdomównym, to przyznam, że po wyrzuceniu tej "wajchy" także
pokazałem mu środkowy palec (w rewanżu) i poszedłem przed siebie wzdłuż torów
w kierunku jego jazdy.
Jakież było moje zdziwienie jak zauważyłem, że nie poszedł po tę "wajchę"
tylko jak gdyby nigdy nic, ruszył z przystanku. Mijając mnie, miał już
otworzone drzwi od swojej kabiny i wołał do mnie, że mogę się cytuję: "w dupę
pocałować", ponieważ on ma drugą "wajchę" w kabinie. Co też udowodnił,
wyjmując ją z tyłu zza swojego siedzenia.
I w ten oto sposób nie udało mi się przewietrzyć tej jego łepetyny.
Gdy tramwaj oddalił się podszedłem do tego miejsca gdzie rzuciłem ten klucz
do zwrotnic i zabrałem go ze sobą.
Gdy wracałem z pracy, "wajchę" tę przekazałem innemu motorniczemu tramwaju
lini 11 (nr boczny wozu 2244 brygada 6), który o godz. 17:14 miał z tego
przystanku planowy zjazd do zajezdni przy ul. Słowiańskiej z prośbą, aby ten
klucz oddał dyspozytorowi na zajezdni oraz, żeby ten dyspozytor w swoich
dokumentach sporządził odpowiednią notatkę, że jakiś pasażer zwrócił klucz do
zwrotnic.
To by było tyle na temat tego zjścia.
Ale skoro już poświęciłem się do tej godz. (jest teraz 3:04), to napiszę co
było na tej samej lini w dniu następnym.
Traf chciał, że na następny dzień (piątek 9.01.2003 r) jadę tym samym
kursem "jedenastki" (tramwaj prowadzi ten sam motorniczy, brygada 10, nr
boczny 1224) Jest godz. 8:46, tramwaj zjeżdźa z mostu Grunwaldzkiego w
kierunku pl. Grunwaldzkiego. Przed przystankiem jast to "gadające" przejście
dla pieszych. Na tym przejściu jakiś młody człowiek przebiegając przez
torowisko zmusił motorniczego do dość gwałtownego hamowania. Nie ulega
wątpliwości, że ten młody człowiek zachował się nagannie, lecz w żaden sposób
nie usprawiedliwia to późniejszego zachowania tego motorniczego.
Gdy torowisko było już wolne nie pojechał dalej tylko zrównując wóż z tym
młodym człowiekiem otworzył drzwi i zaczął go wyzywać od różnych takich
baranów. Wołał do niego "Ty baranie! Leć dalej! No, no leć, baranie!" Tak
mordę darł ten motorniczy, że słychać go było przy ostatnich drzwiach.
Ale ten "baran" nie mógł "lecieć" dalej, ponieważ jadące samochody skutecznie
blokowały zarówno jemu jak i innym przechodniom przejście przez jezdnię.
Z tego wynika, że motorniczy ten jest nad wyraz pobudliwy, a jego zachowanie
pozostawia wiele do życzenia.
I jeszcze jedno. Gdy przerzedziło się w tramwaju po minięciu pl.
Grunwaldzkiego, to zauważyłem, że w kabinie motorniczego przebywał inny
mężczyzna z którym motorniczy prowadził "żywą" rozmowę jednocześnie prowadząc
pojazd. Jak wysiadałem na Kwidzyńskiej, to ten mężczyzna nadal znajdował się
w kabinie motorniczego.
Acha, tak gwoli prawdy, to na przystanku przy Jedności Narodowej róg
Daszyńskiego gdy miał już pozamykane drzwi, zza rogu od Daszyńskiego wybiegł
mały chłopiec ok. 9 lat i chciał jeszcze dostać się do tramwaju. I chociaż
jak już wspomniałem miał drzwi pozamykane - nie ruszył. Otworzył pierwsze
drzwi przy kabinie i wpuścił malca do środka.
Byłem w szoku. Motorniczy okazał resztki ludzkich odruchów. Być może obecność
tego gościa w jego kabinie podziałała na niego tak pozytywnie.
Pomimo, że od zdarzenia kiedy tamtym ludziom zamknął drzwi przed nosem minął
już ponad tydzień, to uważam, że powinien ponieść konsekwencje swojego
chaniebnego postępowania.
Takie sytuacje nie powinny mieć miejsca.