blaneczka007
15.10.04, 02:31
Dziewczyny kochane,
wiem co teraz przeżywacie... przechodziłam przez to dwa razy. Jednak zacznę
od początku...
Mając 20 lat zaszłam w ciążę. Już w pierwszych tygodniach lekarz powiedział,
że są marne szanse na donoszenie jej. Byłam na podtszymaniu. Modliłam się,
żeby było dobrze. Było. Pod koniec ciąży zatrucie ciążowe, ale i z tego
wyszliśmy pomyślnie. Jeszcze ciężkie przejścia po porodzie. Bardzo nasilona
żółtaczka fizjologiczna - ryzyko śmierci synka lub upośledzenia. Tym razem
też nam się udało. Teraz Dawid ma 7,5 roku. Jest zdrowy, mądry i kochany.
Kiedy Dawid miał dwa latka zamarzyłam o drugim dziecku. Jednak najpierw
ważniejsze było mieszkanie...więc czekałam (1,5 roku).
W końcu zapada decyzja, że się staramy. Zaraz po tym mąż wyjeżdża na pół roku
(jest marynarzem). Sama robię test. Kiedy widzę dwie kreseczki - olbrzymia
radość, mogę krzyczeć całemu światu, ze jestem w ciąży. Powiadamiam męża.
Cieszymy sie razem. Ból piersi i inne symptomy ciąży (dla innych uciążliwe)
cieszą mnie bezgranicznie, bo wiem, że mój organizm krzyczy do mnie: ZNÓW
BĘDZIESZ MAMĄ! Boże jak ja sie cieszę. Już przegrzebuję ubranka po starszym
synku.
Jednak po kilku dniach zaczynam czuć pobolewania w dole brzucha. Idę do
ginekologa. Mówi, że wszystko bardzo dobrze, że o dziwo ciaża dobrze
wyczuwalna, a bóle...to normalna rzecz w ciaży. USG nie robi. Wracam do domu
i w toalecie zauważam lekkie plamienie. Postanawiam nie iść do lekarza
upatrując winę za plam9ienie w ostatnim badaniu. po paru godzinach ustaje.
Wciąż boli mnie podbrzusze.
Tydzień póżniej, rano, w toalecie zauważam już żywoczerwoną krew... Co robić?
Sama w domu z synkiem. Dzwonię po mamę. Jedziemy do szpitala.
Robię na brzuchu znak krzyża i chrzczę dziecko. Bez zastanowienia nadaję mu
imię ERYK.
Badanie pierwsze przeprowadza ordynator, diagnozuje poronienie. Po chwili
zostaje wezwany na porodówke. Przychodzi inny lekarz. Postanawia też mnie
zbadać. Zaleca zejść na USG. Tam razem z mamą i 3,5 letnim synkiem czekam
(albo raczej płaczę) w poczekalni ponad 3 godziny!!! Okazuje się, że nikt nie
wie o tym, że czekam. w tym czasie przyjmowane są pacjentki z zewnątrz. Kiedy
wreszcie wchodzę panie z brzuchami unoszą się z krzykiem, że pcham się bez
kolejki!!!
wchodzę siłą. Boże, przecież waży się życie mojego Dzieciątka. Diagnoza
lekarza robiącego USG: brak zarodka.
Ale dlaczego? Dlaczego nie mogę zobaczyć jego ciałka, jego bijącego serduszka?
Dlaczego właśnie mnie to spotyka? Przecież miało być tak cudownie. To na
pewno moja wina. To kara za to, za tamto... A właściwie dlaczego nie poszłam
do lekarza szybciej? Dlaczego? Dlaczego? BOŻE NIE ZABIERAJ MI TEJ ISTOTKI!!!
BOŻE JA JEJ TAK BARDZO PRAGNĘ!!! KOCHAM CIĘ ERYCZKU!
Patologia ciąży. Kolejne badanie. Wyrok : jutro skrobanka (tak nazywa to
lekarz)
Ale ja nie chcę. Nie godzę sie. Może się pomylili. Syneczku nie dam Cię
usunąć. Na pewno tam jesteś. Proszę nie umieraj!!! Przecież Ciebie kocham!!!
Dlaczego? Dlaczego?
Kolejny dzień. Elenium, elenium, elenium. Cuję się jak narkomanka. Wszystko
jest mi obojetnę. Nie chcę żyć. Nie ma przy mnie mojego męża. Mama
przyjeżdza tylko na chwilę. Bo musi wracać do mojego starszego synka. Jestem
zupełnie sama. Inne dziewczyny na sali jeszcze walczą o swoje dzieci. Ja już
przegrałam tą walkę i w dodatku jestem sama.
Boże, dlaczego ja?
Koniec czekania, dłużej nie można czekać. Odchodzą skrzepy. Próbuję w nich
doszukać sie ciałka mego dziecka. Nie ma szans. Godzę sie na zabieg - jutro.
Boję się, nikt mi nic nie mówi. Unikają mnie.
Wieczór. Obchód. Na obchodzie pojawia sie lekarz - Anioł - dr Piotrowski.
Siada koło mnie na łóżku. Przyciszonym głosem tłumaczy, odpowiada na moje
pytania. Czuję, że wreszcie mnie ktoś rozumie, traktuje poważnie. Boże
dziękuję Ci, że właśnie w tej chwili ssyłasz mi tego człowieka. Lekarz -
Anioł dziła na mnie jak eliksir. Uspokajam się.
Dzień nastepny.
Kompletne załamanie. Nie ma odwrotu. To już koniec. Żegnaj synku.
Fartuchy. Fotel. Strzykawka. Usypiam.
Budzę się. Jestem pusta. Odszedłeś Eryczku...Pytam co z dzieckiem?
Odpowiadają głupie uśmieszki. "Dziecko było najprawdopodobniej"uszkodzone",
dla pani lepiej, że tak się stało". JAK ON ŚMIE? Gdzie jest mój Anioł?
Przestaję brać elenium. Odkładam sobie...
Kolejne dni. W chusteczce uzbierało się już trochę tabletek. Wziąć je?
Odwiedza mnie moja mama. Tym razem z synkiem. Dawidek szaleje w szpitalu
skacze mi po łóżku. Uśmiecham się. Odprowadzam ich. Dawidek nie chce iść.
Słyszę na korytarzu powtarzajacy się wciąż krzyk mojego synka : ja chcę do
mamusi!!! Boże co mi chodziło po głowie? Przecież muszę żyć dla mojego synka.
On mnie potrzebuje.
Oddaję tabletki mojej mamie.
Pocieszenia:
DZIECKO NA PEWNO BYŁOBY CHORE... I co z tego? Ale ja je chciałam! Nawet
chore. Jakiekolwiek. Żebym mogła je zobaczyć, przytulić,ukoić płacz.
JESZCZE URODZISZ ZDROWE DZIECKO... Ale ja nie chcę innego dziecka. Ja chcę to
dziecko! Pozatym skąd wiesz że urodzę?- nie wierzę. A jeśli nawet, to kiedy?
Ja nie chcę czekać!
DOWCIPY... Udaję, że się śmieję (z grzeczności), choć nawet nie wiem o czym
były. Nie słuchałam. Myślami jestem przy moim maleńkim Aniołku-Eryczku.
Wychodzę do domu. Żałoba.
Zostaję z Dawidem sama w domu. Płaczę, szlocham, ryczę, wyję. Chowam poprane
ubranka niemowlęce.
Za szybko chciałam się przygotować na Twoje przyjście mój Aniołku. Tylko 7
tygodni Twego istnienia, a tyle potrafiło zmienić w moim życiu. Już jestem
kimś innym. Nigdy nie zapomnę o Tobie Eryczku. Jesteś moim dzieckiem, kocham
Cię.
SNY...KOSZMARY
Jakieś laboratorium. Podchodzi do mnie kobieta. Podaje lupę. Pokazuje dłonie.
Na nich leży dziecko. Maleńkie, mniejsze od dłoni. Kobieta mówi: patrz, to
jest czteromiesięczny płód. Biorę lupę i patrzę przez nią. Dziecko otwiera
usta i woła powoli, jakby z daleka: "mamo, mamo,mamo..."
Uciekam. Goni mnie mężczyzna. jest upośledzony. Dogania mnie. Pyta dlaczego
go nie kocham? Czy za twarz? Pokazuje dwoje dzieci i mówi: Mamy dwoje
wspaniałych dzieci a Ty mnie nie kochasz.
Nie rozumiem tego snu.
Pięć miesięcy później - powtórka. Pozytywny test, krwawinie, dół, beznadzieja.
Tym razem nie jadę do szpitala. Nikomu nic nie mówię. tak jest łatwiej.
Dwa m-ce później idę do ginekologa - wszystko ok.
1,5 roku starań i nic. Już nie wierzę już że zajdę w ciażę. To niemożliwe.
dziesiątki badań i nic. Niby wszystko OK, ale ...
SEN - MARZENIE
Jestem na porodówce. Rodzę ślicznego synka, przytulam go, karmię. Sen jest
taki realny, jak nigdy dotąd. Budzę się i jeszcze czuję synka w ramionach.
Nie chcę się budzić. Czuję, że będzi dobrze, że ten sen się spełni.
30 grudzień 2002. badanie USG sprawdzające czy jest jajeczkowanie. JEST!
Śliczne 20 mm jajeczko. Lekarz drukuje mi jajeczko, zaleca męzowi "wziąć się
do roboty" i prorokuje, że za 6 tygodni spotkamy się w tym samym gabinecie,
ale w innych okolicznościach. Nie wierzę, jednak słuchamy zaleceń lekarza.
10 styczeń 2003. Testuję proroczność lekarza. Niemożliwe! Coś jakby się
pojawiło! A może mi się wydaje... Właściwie to prawie nic nie widać. Nie
mówię nic mężowi.
12 styczeń 2003. Kolejny test. JEST! Teraz już nie mam wątpliwości. Wyłania
się wyraźny niebiesko - czerwony PLUSIK! Ale zaraz, nie mogę sie cieszyć.
Boję się cieszyć. Zeby tylko nie zapeszyć. Postanawiam nadal nie mówić mężowi
(strasznie sie boję zapeszyć). Wytrzymuję 2 godziny. Mówię. Radość.
7 tydzień ciąży mija. Powoli. Ostrożnie, żeby nie poronić. USG - Jesteś! Masz
3,5mm a Twoje serce bije. Nadal boję się cieszyć.
Uff. Mamy już za sobą feralny tydzień.
Tydzień 9. Pojawiają się bomble na moim ciele. Biegnę do lekarza. Wyrok :
ospa wietrzna. Boże - NIE. Błagam, nie zabieraj mi tego dziecka. Przyjmę je i
będę kochać nawet jeśli będzie chore, tylko błagam daj mi szansę. Nie
pozo