Gość: wild
IP: *.net.bialystok.pl
12.01.02, 01:02
Po bankructwie socjalizmu i kompromitacji jego ideologii niezrażona lewica
próbuje działać dalej pod zmienionymi nazwami. Szczególnie często przyjmowanym
przez socjalistów pseudonimem są „liberałowie”. Szeroko zakrojona akcja
propagandowa, prowadzona na całym świecie przedstawia dotychczasowych
socjalistów, komunistów, socjaldemokratów, itp. jako obrońców wolności i praw
człowieka.
W tym celu wymyślono pojęcie wolności pozytywnej, czyli wolności do (czegoś
tam). Poprzez obronę własnej wolności do posiadania cudzych pieniędzy
socjalista może przeto zostać „liberałem”. Niemało przez to krwi psuje
prawdziwym liberałom, którzy znalazłszy się w takim towarzystwie, muszą się
tłumaczyć albo zmieniać polityczne szyldy.
Odwieczna broń lewicy - kłamstwo, ma jednak krótkie nogi. Nietrudno odróżnić
liberała od „liberała”, wystarczy umieć odróżniać swobody od przywilejów.
Liberałowie bronią swobód, podczas gdy „liberałowie”domagają się przywilejów.
To, że w prasie, radiu i telewizji nazywa się te przywileje wolnościami
(najczęściej równymi), sprawiedliwością społeczną czy tolerancją, nie powinno
zmylić człowieka samodzielnie myślącego.
Kłamstwo widać gołym okiem, kiedy „liberałowie” domagają się „równych praw” dla
rozmaitych mniejszości (najczęściej wymyślonych na użytek kampanii wyborczej).
Okazuje się bowiem, że te „równe” prawa dotyczą tylko „równiejszych”, czyli
przedstawicieli tych mniejszości, a większość obywateli nie tylko zostaje
ograniczona w swoich swobodach, ale jeszcze musi ponosić koszta
tego „wyrównywania praw”.
Niech no tylko jakiś rozsądny człowiek spróbuje to zauważyć i głośno
powiedzieć, od razu staje się celem histerycznej nagonki - że to rasizm,
nietolerancja, bezduszność, ksenofobia, itp. Bo też zwykle chodzi o pieniądze
lub o głosy w wyborach, czyli władzę dającą możliwość zarobienia pieniędzy, i
to niemałych. A za takie pieniądze nietrudno o „oburzone głosy”. A i ci, dla
których przewidziano przywileje, nie dadzą sobie w kaszę dmuchać.
Nie mam nic przeciwko temu, żeby kobiety pracowały (jeżeli chcą, a nie muszą),
przedstawiciele mniejszości narodowych zasiadali w parlamencie, a
homoseksualiści żyli między normalnymi ludźmi. Ale jeśli „liberałowie”chcą
zadekretować np. prawo do pracy dla kobiet, to od razu pytam: kto mianowicie ma
tę pracę kobiecie zapewnić? Jeśli ma do niej prawo, to jak to prawo egzekwować?
Przecież nie można żadnego pracodawcy zmusić do przyjęcia do pracy kogoś, kogo
on sobie nie życzy.
A może jednak można? A może to państwo ma zapewnić tę pracę za pieniądze
podatników? Tak czy inaczej, koszty takiego absurdalnego prawa poniosą wszyscy,
kobiety również, a korzyści odniesie kandydat „liberałów”, szczególnie jeśli
jest przystojny (zazwyczaj bywa).
Dzielenie ludzi na kategorie „równych” i „równiejszych”, rozdawanie przywilejów
kosztem ogółu, pogarda dla jednostki i własności prywatnej pozwala nieomylnie
rozpoznać przebranego socjalistę.
A jego wroga - liberała, też nietrudno rozpoznać. Kiedy na oczach
tłumu „łaskawcy” rozdają nie swoje pieniądze w zamian za głosy, usłyszeć można
czasem okrzyki: „nie twoje, żebyś dawał”, „ręce precz od naszych kieszeni”. Bo
liberał wie, że prywatna własność jest ostoją wolności, a prawdziwie wolnym
człowiek jest na swojej ziemi.
Wojciech Główkowski