Dodaj do ulubionych

Wałęsa "zmusozny" i "wyjdzie" z kraju - Dziennik..

30.03.09, 15:13
... elektroniczne media to przyszłość, ale za wcześniej rezygnować z
funkcji jakie w mediach posiada edytor i korektor. W Dzienniku chyba
rzeczywiście nie najlepiej sie dzieje.

www.dziennik.pl/polityka/article350625/Lech_Walesa_grozi_wyprowadzka_z_Polski.html

"odda wszystkie nagrody, a nawet wyjdzie z kraju"

"Były prezydent na swoim blogu wylicza wszystkie powody, przez które
może być zmusozny..."
Obserwuj wątek
    • polski_francuz Wstydz sie niewdzieczny narodzie 30.03.09, 15:19
      bo sie najwazniejszy Polak na ciebie obrazil!

      Ech, Walesa, Walesa, im wyzej wlazisz tym bardziej cie atakuja. Masz co chciales
      i nie narzekajsmile

      PF
      • hasz0 ______Polską rządzą paranoicy Gwiazda i Wyszkowski 30.03.09, 15:46
        z tym no. Cenckiewiczem i ...


        To jest pamięć podręczna Google adresu
        niniwa2.cba.pl/lopienska-kiers.htm. Zdjęcie przedstawia stan
        strony z 1 Mar 2009 06:57:13 GMT. Aktualna strona może wyglądać
        inaczej. Więcej informacji

        Wersja tekstowaTe wyszukiwane hasła są podświetlone: kim jest kieres
        ojciec
        Res Publica



        Z życia psychosomatycznego intelektualistów





        Instytut a jednostka ludzka

        z profesorem Leonem Kieresem rozmawia Barbara N. Łopieńska





        Stale walczę ze sobą, żeby się nie poddawać emocjom, i stale, jak to
        się potocznie mówi, biję się z myślami. No i nie śpię. Nawet
        zasypiam, ale o trzeciej się budzę. Nie trzeba mi właściwie dużo snu
        i o czwartej rano już jestem rześki, ale bardzo nie lubię wcześnie
        wstawać. Najczęściej przeżywam, co było, i przygotowuję się do tego,
        co będzie, co też przeżywam.





        Chciałam z tym wywiadem zdążyć na wrzesień, na "miesiąc pamięci
        narodowej", ale nie zdążyłam, bo się przestraszyłam. Strach pytać o
        życie psychosomatyczne prezesa Instytutu Pamięci Narodowej.

        - Ja się nie boję i wydaje mi się, że się do tego wywiadu nadaję, bo
        jestem otwarty. Sam chciałbym w naszej rozmowie szukać odpowiedzi na
        pytanie, czy moja psyche i soma pozostają ze sobą w zgodzie.

        I nie jest Pan Profesor śmiertelnie poważnym człowiekiem?

        - Nie, nie uważam bowiem, że śmiertelnie poważny znaczy to samo co
        śmiertelnie chory na to, o co zamierza mnie pani pytać.

        To zacznijmy od Pana własnego Instytutu Pamięci Osobistej. Który
        pion jest najważniejszy?

        - Pewnie edukacyjny. Mam nadzieję, że niepotrzebny mi będzie pion
        śledczy. Teczki własnej pamięci jestem gotów otworzyć także w tej
        rozmowie.

        Nie miewa Pan Profesor kłopotów z własną pamięcią? Nie idzie mi,
        rzecz jasna, o to, czy Pan jest zapominalski, czy nie.

        - Nie miałem w życiu sytuacji, o których chciałbym zapomnieć. Może
        tylko te koszmary z dzieciństwa.

        Każdy psychoterapeuta byłby z Pana zadowolony, ale o dzieciństwie
        mówił Pan w wielu wywiadach.

        - Mówiłem, że wychowałem się w jednym pokoju w Koszalinie, gdzie
        była zimna woda i wygryzione przez szczury dziury w podłodze.
        Niechętnie jednak mówię o tym, że przeszedłem przez wszystkie
        możliwe etapy upokorzeń, i to nie tylko materialnych. Bo nie chcę
        być postrzegany jako ekshibicjonista.

        I ja jako psychoterapeutka. Ale wiem z wywiadów, że ojciec nie mógł
        Pana Profesora zarejestrować jako niemowlaka, bo nie udało mu się
        przedrzeć przez śniegi do urzędu.

        - Doszedł dopiero w czerwcu, a ja się urodziłem 20 lutego. W ogóle
        to miałem umrzeć. I teraz, kiedy mam chandrę, pocieszam się, że
        gdyby Pan Bóg uważał, że nie nadaję się na szefa IPN, to pozwoliłby
        mi umrzeć już wtedy.

        A właściwie co Panu Profesorowi było?

        - Byłem po urodzeniu jednym wielkim strupem, a dlaczego nie wiadomo.
        W tej białostockiej głuszy, gdzie się urodziłem, nie było żadnego
        lekarza. Zostałem ochrzczony z wody 20 lutego na świętego Leona i z
        dnia na dzień koszulka coraz bardziej przyrastała mi tym strupem do
        ciała. Matka z ojcem cały czas czuwali, bo chcieli być przy mojej
        śmierci. Gdy pewnej nocy zmęczeni usnęli, zacząłem machać nogami i
        gaworzyć. Przeszło mi. Przeżyłem. Jak widać, soma przysparzała mi
        więcej problemów niż psyche. Dziś jest odwrotnie.

        No i widzi Pan Profesor, co za życie? Pan Bóg uznał, że nadaje się
        Pan na prezesa IPN, a posłowie na sławetnym posiedzeniu Sejmu z 28
        lutego, że nie.

        - Los czy opatrzność w jakiś sposób mnie do tego posiedzenia
        przygotowywały. Po pierwsze, jestem doświadczonym parlamentarzystą,
        przeszedłem wszystkie możliwe szczeble od rady gminy, a po drugie,
        miałem już doświadczenie w sytuacjach dramatycznych i
        niebezpiecznych podczas spotkań ze zbuntowanymi, rozżalonymi,
        agresywnymi ludźmi w sołectwie czy gminie. W czasie powodzi w 1997
        roku policja poprosiła mnie, żebym pojechał do Siechnic. Przeszedłem
        przez dwie blokady, widziałem utopione zwierzęta i wściekłych,
        zdesperowanych ludzi, którzy palili opony i...

        I takie życie, że Sejm gorszy niż Siechnice.

        - Coś czułem. Czytam przecież "Głos", "Najjaśniejszej
        Rzeczpospolitej" i tak dalej. Przygotowywałem się do tego
        posiedzenia już od stycznia, ale dzień mojego sprawozdania był stale
        odkładany. A kiedy już ustalono dzień, stale była odkładana godzina -
        najpierw o jedenastej, potem o trzynastej, o siedemnastej... I tak
        siedziałem na tej sali, i siedziałem. Wreszcie o dziewiętnastej czy
        dwudziestej dowiedziałem się, że Prezydium Sejmu po raz kolejny
        przeniosło moje sprawozdanie na inny dzień. Na następnym posiedzeniu
        znowu siedziałem i siedziałem. I tak, przeżywając, dosiedziałem do
        posiedzenia Sejmu, do 28 lutego. Ponieważ moja wyobraźnia sięga
        przeciętnych ludzkich wymiarów, nie spodziewałem się, że to będzie
        aż tak.

        Chce Pan Profesor, jak to mówią psychoterapeuci, o tym porozmawiać?

        - To był czwartek. Wszystko trwało cztery godziny czterdzieści pięć
        minut. Od dziewiątej rano do trzynastej czterdzieści pięć. Zresztą
        mam wszystko zapisane we własnym notesie. "O 8.30 stawiłem się w
        pracy, o 9. wyjechałem do Sejmu. O 9.30 wystąpienie w Sejmie ze
        sprawozdaniem. Przedstawiciele klubów pozytywnie ocenili
        sprawozdanie z wyjątkiem Antoniego Macierewicza. Jego przemówienie
        było kontrowersyjne".

        Czy ja dobrze słyszę? Sam sobie we własnym notesie zapisał Pan, że
        to było "kontrowersyjne"?

        - Taką mam naturę. Wie pani, trochę byłem zbity po tych czterech
        godzinach i czterdziestu pięciu minutach. I wtedy jeden z posłów
        powiedział mi tak: wystąpienie Macierewicza było świetne
        konstrukcyjnie. Potem wicemarszałkowie, którzy prowadzili obrady,
        bronili się przed zarzutami dziennikarzy, że nie reagowali na te
        obelgi, tym, że wszystko mieściło się w granicach konwencji. A ja,
        wie pani, nie umiem odpłacać pięknym za nadobne. Co przeżywałem,
        wiem tylko ja. Obserwowałem salę i kontrolowałem twarz, pamiętając,
        że polityka jest bezwzględna i za kilka lat nikt już nie będzie
        wiedział, dlaczego odszedłem. Będzie tylko wiadomo, że nie przyjęto
        mojego sprawozdania, że Kieresowi się nie udało, że Kieres nie
        potrafił sobie zjednać większości parlamentarnej dla swoich tez. Ale
        gdybym był wtedy podłączony do EKG, toby było widać, że w końcu ani
        z marmuru nie jestem zrobiony, ani z żelaza.

        W ogóle nie wiadomo, z czego Pan może być zrobiony. Jeśli Pan
        wytrzymał to wszystko, a w dodatku we własnym notesie zapisał, że
        przemówienie Antoniego Macierewicza było "kontrowersyjne".

        - Nie jestem oszalały na punkcie realizacji jakiejś misji ani
        owładnięty pasją realizacji jakiegoś zadania. Mam poczucie
        patriotyzmu, służby publicznej i oddania sprawom tego kraju.
        Usłyszałem od Zygmunta Wrzodaka, że nieszczęściem IPN jest to, że
        Kieres został wybrany na prezesa. Od Antoniego Macierewicza, że ja
        rzuciłem pierwszy kamień w swój naród i że ten naród został
        ukamienowany. Od innego posła: kiedy wreszcie doczekamy się wyboru
        prezesa-Polaka. Poseł Antoni Stryjewski ogłosił w prasie
        wrocławskiej, że służę zagranicznym imperialistom. "Profesor Kieres
        angażuje autorytet IPN w różne przedsięwzięcia służące interesom
        obcych mocarstw i różnych środowisk międzynarodowych". Nie uwierzę,
        że ktoś mógłby się nie przejąć takimi słowami. One zresztą zostają w
        sercach i umysłach ludzi. A ja musiałem się zachować spokojnie.
        Spokój wcale nie wypływa z mojej wewnętrznej struktury.

        Nie?

        - Stale walczę ze sobą, żeby się nie poddawać emocjom, i stale, jak
        to się potocznie mówi, biję się z myślami. No i nie śpię. Nawet
        zasypiam, ale o trzeciej się budzę. Nie trzeba mi właściwie dużo snu
        i o czwartej rano już jestem rześki, ale bardzo nie lubię wcześnie
        wstawać. Najczęściej przeżywam, co było, i przygotowuję się do tego,
        co będzie, co też przeżywam. Ale moja konstrukcja psychiczna potrafi
        • hasz0 _______Kieres o Polakach 30.03.09, 15:48
          stanąć przed wyzwaniami i może mam ją nie najgorszą - bo chociaż
          przeżywam, to trwam. A trwam nie tylko dlatego, że jestem uparty,
          ale niekiedy również dlatego, że mam instynkt psa, który kładzie się
          smutny, bo pan wyszedł, ale około trzynastej się ożywia, bo wie, że
          o szesnastej pan wróci. Więc bywa, że się około czwartku ożywiam, bo
          wiem, że pojadę na weekend do Wrocławia, do domu.

          W tamten czwartek chyba ten instynkt Panu Profesorowi nie pomógł. Co
          jeszcze tego dnia, jeśli wolno wiedzieć, zapisał Pan sobie w notesie?

          - Dalej mam zapisane, że o jedenastej piętnaście rozpoczęły się
          pytania posłów i że zabrało głos dwudziestu dwóch, głównie z Ligi
          Polskich Rodzin. Antoni Stryjewski wezwał mnie do rezygnacji.
          Zapisałem: "wydaje mi się, że odpowiadałem stanowczo i z godnością.
          W pierwszej jednak części mojego wystąpienia byłem emocjonalnie
          poruszony stanowiskiem Ligi Polskich Rodzin". O czternastej już się
          stawiłem u szefa urzędu do spraw kombatantów. O piętnastej spotkałem
          się z dyrektorem naszego sekretariatu i profesorem Witoldem Kuleszą.
          O szesnastej pięćdziesiąt wyjechałem samochodem do Wrocławia.

          Jak minęła droga?

          - Wieziono mnie. Nie powiem, że wieziono zwłoki, a ja się poddawałem
          procesowi ekshumacji.

          Miał Pan ochotę na kolację?

          - Zawsze mam ochotę na jedno danie. Żona odgrzewa ziemniaki, smaży
          je na czarno, bo tak lubię, do tego zsiadłe mleko lub kefir i dwa
          sadzone jajka. Jestem szczęśliwy, bo mam poczucie, że wreszcie jem
          coś porządnego. Już od osiemnastej zacząłem odbierać telefony, a
          pierwszą osobą, która do mnie zadzwoniła, był premier Leszek Miller.
          Musiał się natrudzić, bo zostawiłem komórkę w samochodzie. Niech się
          pan trzyma, powiedział. Zaraz potem zadzwonił prezydent Aleksander
          Kwaśniewski oraz były premier Jerzy Buzek, a późnym wieczorem ksiądz
          Adam Boniecki i dyrektor Teatru Telewizji Jacek Weksler. Chcę
          przypomnieć, że w głosowaniu nad przyjęciem mojego sprawozdania w
          Sejmie 28 lutego klub SLD poparł mnie gremialnie. Wydawałoby się:
          kuriozalne. Przecież ustawa i funkcja prezesa IPN nie jest czymś, co
          budzi sympatię po ich stronie, a jednak, głosując za moim
          sprawozdaniem, wyrazili szacunek dla mojej działalności. Więc i ja z
          wyrazami szacunku dla tego rodzaju decyzji. W ogóle, z natury, mam
          szacunek dla władzy. Wielu uważa to za moją wadę, że mam szacunek
          dla obecnej. Więc im mówię - mam.

          My też byśmy chcieli, żeby Pan Profesor się trzymał, i w ogóle
          chcielibyśmy pomóc.

          - Powiedziałem kiedyś bardzo ważnej osobie w tym państwie: proszę
          nabrać do mnie zaufania. Proszę mi zaufać, że nie uczynię niczego,
          co naraziłoby interes Polski na szwank czy interes jakiegokolwiek
          zwykłego człowieka. Czuję w atmosferze, która mnie otacza, chłód: to
          nie jest nasz prezes, to nie jest nasza ustawa. Nie wiem, co mam
          zrobić. Robię wszystko, żeby nie być postrzegany jako polityk
          sekciarski. Może nie powinienem był dać się wybrać w 1989 roku do
          komisji zakładowej "Solidarności". Gdyby nie to, nie byłoby mnie
          dziś w IPN. I gdybym dziś mógł, tobym na nowo to wszystko
          przemyślał. Nie chcę zaprzeczać własnemu życiorysowi, ale w pewnym
          momencie przestraszyłem się polityki, bo zauważyłem, że nagle sam
          mogę zacząć grać w tę samą grę.

          I jaki najbardziej bolesny zawarł Pan kompromis?

          - Nie mam za sobą żadnego bolesnego kompromisu. A może tak uważam,
          bo nie potrafię szczerzyć zębów? Wielu ludzi mi mówiło, że nigdy nie
          będę politykiem, bo nie ma we mnie agresji. I rzeczywiście, nie
          jestem twardzielem, zawsze szukam racji po drugiej stronie.
          Oczywiście jako człowiek upadający mam słabości. Na przykład kogoś
          obmówię. Agresywnie potrafię się zachować co najwyżej wobec samego
          siebie. Kiedy palnę jakieś głupstwo, jestem tak wściekły na siebie,
          że nawet złorzeczę, ale najgorsze słowo, które mi może przejść przez
          gardło, to "łajdak". Mnie samemu bardzo się przyda dobre słowo. Bo
          naprawdę nie chcę zrobić tu Instytutu Histerii Narodowej, nie
          rzucę "towaru" na rynek, nie zrobię listy osób, które nie powinny
          być w parlamencie. Bo mnie samego załatwić może tylko jedno - coś,
          co by mnie zhańbiło. A więc ukradł, przehandlował, wyciągnął
          dokumenty, bo ktoś go poprosił o kwity. Mogę mieć do czynienia z
          teczkami, z nimi zresztą muszę, ale z kwitami - nie.

          Właściwie jak skonstruowana jest teczka?

          - Istnieje tylko teczka tajnego współpracownika. Teczkę
          pokrzywdzonego kompletujemy my, bo informacje są w wielu miejscach.
          W teczce tajnego współpracownika mamy spis dokumentów, są dokumenty
          z podpisem, oświadczenia różne - niekoniecznie zobowiązujące do
          współpracy, ale do dochowania tajemnicy na przykład, są notatki
          oficerów, portrety psychologiczne tajnego współpracownika. Nie ma
          natomiast nazwisk osób pokrzywdzonych, czyli tych, na których
          zbierano materiały, albo, jak mówią archiwiści, wytwarzano
          materiały. "Wytwarzać" - ciekawe słowo. Nauczyłem się, pracując tu,
          wielu nowych słów albo nowego znaczenia tych słów. "Wytwarzać
          materiał archiwalny" to znaczy napisać notatkę. Jeśli powiedziałem
          coś o pani, to znaczy "wytworzyłem materiał" na panią, czyli
          na "figuranta". Byli funkcjonariusze oraz tajni współpracownicy w
          świetle naszej ustawy, tak samo zresztą jak u Gaucka, nie mogą być
          uznani za pokrzywdzonych. Natomiast, jeśli pani by się do nas
          zgłosiła, musiałaby pani napisać na specjalnym formularzu, gdzie
          pani była represjonowana. To nas naprowadza na ślad, w jakich
          archiwach powinniśmy szukać dokumentów. Dosyć żmudne i do tej pory
          dopiero osiemset osób skorzystało z naszych usług. Szukamy również w
          teczkach tajnych współpracowników. Pani dostaje materiały dotyczące
          siebie z wyczernionymi nazwiskami tajnych współpracowników.
          Wyczernione są również uwagi oficera prowadzącego na temat tajnego
          współpracownika. I teraz pani ma prawo spytać nas, kto ten
          dokument "wytworzył". Ale nie każdy chce wiedzieć.

          Co by Pan Profesor radził?

          - Nie chcę być sędzią sumień ludzkich ani tych sumień inżynierem.
          Przede wszystkim nie interpretowałbym w sposób jednoznaczny win
          tych, których nazwiska zostały zaliczone do kategorii tajnych
          współpracowników. Wiem, co mówię. Znam historie osób, które niczego
          złego nie zrobiły, które w zamian za paszport powiedziały, kto był
          na jakiej konferencji, i tyle. Są oczywiście i niegodziwcy, ale w
          teczkach nie ma schematu. Mnie samemu wystarczy wiedza o
          mechanizmach, a nie o ludziach.

          Przechodzimy do duchów. Zostawiamy raz na zawsze upiory sejmowe i
          porozmawiajmy o narodowych. Powiedział Pan, że nie boi się tłumu
          ludzi, jak w tych Siechnicach. A tłumu duchów?

          - Boję się tańczących szkieletów. Czasem się budzę i myślę sobie
          tak: oprócz tego człowieka mamy jeszcze jego żonę, dzieci, niekiedy
          wnuki. A nie wolno za grzechy ojca obciążać dzieci. Czuję w sobie
          poczucie winy za Jedwabne, ale to co innego, bo ja sam chcę mieć to
          poczucie winy.

          Pan jako pierwsza osoba publiczna powiedział, że w Jedwabnem zginęli
          obywatele polscy.

          - W Monitorze Wiadomości.

          Zastanawiam się, czy to było spontaniczne, czy bardzo przemyślane.

          - Była to pointa tego, co myślę i czuję, do czego przygotowywało
          mnie całe dotychczasowe życie. Docierałem do tego Jedwabnego,
          zastanawiając się, jak bym się zachowywał, gdyby nadal trwała II
          Rzeczpospolita, a ja bym był wtedy osobą publiczną - szefem policji
          albo ministrem spraw wewnętrznych. Przecież ścigałbym zbrodniarzy,
          którzy zabili Żydów - obywateli polskich. Ale zmagałem się sam z
          sobą. Formalnie moje rozumowanie biegło tak: upominam się o to, co
          się zdarzyło, i jeszcze chcę temu zdarzeniu dać duszę. Myśmy żyli
          razem, mówiła mi moja mama, opowiadając o rodzinnym Kieleckiem.
          Gdyby Polska wówczas istniała, na pewno by się o nich upomniała. A
          ja jestem funkcjonariuszem państwowym i moim obowiązkiem jest
          odebrać ten sygnał. Nie mogę lekceważyć własnego głosu sumienia i to
          był chyba ten decyd
        • aaki primo! 30.03.09, 15:49
          daj link a nie kopiuj całego tekstu
        • hasz0 _________Marzec 30.03.09, 15:49
          Piętnaście lat temu "Res Publica" wydrukowała tekst profesora
          Jerzego Jedlickiego pod tytułem "Dziedzictwo i odpowiedzialność
          zbiorowa". "Znamienne - pisał profesor Jedlicki - że operacja ta
          (wypierania ze świadomości zbiorowej - B.N.Ł), choć odbywa się w
          przestrzeni społecznej - w piśmiennictwie, edukacji, środkach
          masowego przekazu, w ceremoniale publicznym - jest właściwie
          identyczna ze zjawiskiem wypierania ze świadomości i pamięci
          jednostkowej zawstydzających zdarzeń i myśli z dziejów własnego
          życia". A ja myślę, że ze świadomości zbiorowej łatwiej nam wyprzeć
          niemiłe rzeczy niż z własnej. I że z narodem łatwiej się uporać niż
          z samym sobą.

          - Są sytuacje trudne, kiedy naród psychologicznie staje się dla nas
          strukturą obcą. A im ta historia jest bardziej oddalona w czasie,
          tym łatwiej nam się z ciemnymi kartami utożsamiać. Już okres
          międzywojenny nie dla wszystkich jest łatwy w ocenach.

          Profesor Jedlicki pisze dalej tak: "Najskuteczniejszą zapewne formą
          symbolicznego zadośćuczynienia jest wyjawienie i nauczanie możliwie
          pełnej, wszechstronnej i rzetelnie wyważonej prawdy. Nikt jednak od
          nas, zawodowych historyków, nie wie lepiej, ile obaw i oporów trzeba
          w sobie pokonać - obaw przed strażnikami prawomyślności, ale i obaw
          przed publicznością - ile własnych chytrych wybiegów trzeba
          przezwyciężyć, ile zagrzęzłych w nas uprzedzeń i kompleksów pokonać,
          ile interesów naruszyć, aby się przed taką powinnością nie uchylić,
          wybierając łatwiejsze i bezpieczniejsze ścieżki". A co dla Pana
          Profesora jest najtrudniejsze do pokonania w sobie?

          - Nikt poważny nie myśli, że można na skróty docierać do prawdy.
          Skrótem dla mnie mogłoby być czekanie do zakończenia obecnego
          śledztwa w sprawie Jedwabnego. Ale musiałem powiedzieć, co myślę. To
          nie było poczucie maniaka owładniętego jakąś misją. Nie mogłem
          inaczej postąpić.

          Człowiek, który nie może się uporać z własną pamięcią, idzie do
          psychoanalityka. Jeśli Pan nam przywróci pamięć, to całemu narodowi
          może być potrzebna psychoanaliza, a po psychoanalizie zwykle
          następuje psychoterapia. I ciekawe, kto może narodowi zrobić
          psychoterapię. Jacek Santorski, od Wielkiego Brata, że już
          doprowadzę logikę do absurdu?

          - Logiczna figura, tylko rzeczywiście nie wiadomo, kto powinien być
          tym psychoanalitykiem i w jaki sposób przeprowadzić psychoterapię.
          Myślę, że w roli i psychoanalityka, i psychoterapeuty powinna
          wystąpić prawda. Zaraz mnie zaatakują, że uzurpuję sobie prawo do
          formułowania kryteriów prawdy. Niech będzie! Moim zdaniem sam naród
          sobie z tym poradzi. To, co robię, nie wywołuje jednoznacznych
          reakcji pozytywnych czy negatywnych, ale widzę wyraźnie, że ten
          naród jest w stanie udźwignąć prawdę, choćby była ona
          najtrudniejsza. Opieram to na własnym zaufaniu do mojego narodu.

          Które z czego się bierze?

          - Z tego, że zostałem tu wychowany. I, jak mówiłem, nie byłem
          chowany za ogrodzeniem w ogrodzie.

          Co jest naszym największym narodowym upiorem pamięci?

          - Nie wiem, co największym. Mogę teraz powiedzieć publicznie na
          przykład to, że - moim zdaniem - polskie społeczeństwo w stanie
          wojennym nie było wcale tak bohaterskim społeczeństwem, jak o nim
          pisała cała prasa światowa. Upiorne, że straciliśmy szansę
          zaznaczenia swojego miejsca w historii, jeśli idzie o przemiany
          demokratyczne w tej części Europy. Wszyscy dziś mówią o zburzeniu
          muru berlińskiego, mało kto o "Solidarności" 1980 roku. I to
          straciliśmy. A najbardziej upiorne w przyszłości byłoby to, gdyby
          ludzie odwrócili się od swojego państwa.

          Czy upiory przeszłości mają jakieś dobre strony?

          - Jeśli są nauczycielami życia.

          A kiedy mogą być?

          - Kiedy zrozumiemy, że to upiór właśnie. Że zło jest złem bez
          względu na to, kto je wyrządził i kto został skrzywdzony. To
          wystarczy.

          To naród nie będzie chodził do Instytutu Terapii Narodowej?

          - Samo zmaganie się z prawdą jest terapią. IPN pomaga konfrontować
          prawdę historyka z prawdą prawnika. Bez prawnika sprawa Jedwabnego
          byłaby latami przedmiotem dyskusji. Ona i tak będzie, ale nie
          mielibyśmy tych informacji, które wydobył prawnik. I wreszcie za
          prawdą prawnika stoi autorytet państwa. Zmaganie się z prawdą to
          remedium na sytuację, w której się znajdujemy.

          Sentymenty patriotyczne nie dadzą się pogodzić z obojętnym
          stosunkiem do dziedzictwa, czy to logiczne?

          - Tak. Ja mam poczucie patriotyzmu wyniesione z Rzemieślniczej 5
          mieszkania 3. Z tego życia między dwoma siennikami i między
          szczurami. Od 1955 do 1970 roku. W 1966 wyjechałem do Wrocławia na
          studia, ale przecież do domu przyjeżdżałem. W 1974 roku się ożeniłem
          i po raz pierwszy zamieszkałem w normalnym mieszkaniu u moich
          teściów. Po raz pierwszy obejrzałem telewizję w akademiku.

          No i może to Pana uratowało.

          - Ale ojciec kupił mi kiedyś radio. Dziś nie wyobrażam sobie życia
          bez telewizora. Często piszę coś w domu przy włączonym telewizorze,
          ale żeby mnie nie rozpraszał, siedzę do niego tyłem. Choć lubię i
          widzieć, i słyszeć, i może dlatego tu jestem. Kiedy czytam
          dokumenty, często je również słyszę.

          Skoro sentymenty patriotyczne nie dają się pogodzić z obojętnym
          stosunkiem do dziedzictwa, Pan nam przywraca pamięć, więc już nie
          jesteśmy obojętni wobec dziedzictwa, bo obojętny wobec dziedzictwa
          jest tylko ten, kto nie chce pamiętać, i wobec tego - zgodnie z
          logiką - stajemy się bardziej patriotyczni. Jeden student, który
          jest związany z "Res Publiką", spytany przeze mnie, czego chciałby
          się od Pana Profesora dowiedzieć, powiedział, że tego, jak można,
          wiedząc tyle o polskości, być patriotą. Jak Pan Profesor potrafi mu
          to wytłumaczyć?

          - To niebezpieczne myślenie choćby ze względów utylitarnych, bo może
          za pokolenie ten naród będzie narodem samych noblistów i mistrzów
          świata. Pascal powiedział: Co mi szkodzi być katolikiem? Co mi
          szkodzi? Przecież nic nie ryzykuję. Co mi szkodzi być z narodem,
          nawet wtedy, kiedy odkrywane są jego ciemne strony? Przywiązanie do
          narodu to poczucie obowiązku bycia z nim na dobre i na złe, jak w
          małżeństwie.

          W małżeństwie chyba trudniej.

          - Może rzeczywiście to złe porównanie.

          A inny student chciałby się dowiedzieć tego, czy jeśli Pan ma taką
          wiedzę, jaką ma, zmienił się Pana pogląd na współczesną politykę
          polską.

          - To mnie prowokuje do wypowiadania sądów, których nie powinienem
          wypowiadać. Bo to by oznaczało, że wiem bardzo dużo o polskiej
          klasie politycznej, i w związku z tym ona nie powinna być w tym
          miejscu, w jakim się znalazła. Odpowiedziałbym temu studentowi tak:
          Byłoby atrakcyjne, gdybym powiedział, że moja wiedza o niektórych
          ludziach powinna prowadzić do generalnej oceny polskiej klasy
          politycznej. Ale nie powiem. Moja wiedza o ludziach każe mi oceniać
          ich zachowania w sposób znacznie bardziej złożony, niż się to
          komukolwiek może wydawać.

          Tak strasznie wyglądają duchy zamieszkujące ten gmach?

          - Są różne obrazy ludzi, różne dusze. Jedna dusza tu została, druga
          uleciała. Nie lubię teczek, ale czasem muszę do nich zajrzeć. I w
          tych teczkach widzę ewolucję duszy ludzkiej. W teczce nie jest tak,
          jak się powszechnie sądzi: czarne i białe, ubek i krzywdzony. Jak
          już mówiłem, ja te teczki nie tylko widzę, ale i słyszę. Nawet
          święci upadali, a jeśli jest inaczej, to znaczy, że ja nie znam
          życia. A to zupełnie nie jest możliwe. Nie jestem pewien wielu
          rzeczy co do siebie, ale jednego pewien jestem: przeszedłem dobrą,
          surową, twardą szkołę życia. Od samego dna.

          W jednym z wywiadów powiedział Pan tak: (chodziło akurat o Marzec,
          ale mnie nie o Marzec idzie) "...byłem przerażony. Całą duszą syna
          prostych ludzi, któremu świat może się zapaść pod nogami". Kiedy Pan
          się dowiedział, że świat nie może się już Panu pod nogami zapaść?
          • hasz0 a kto zagwarantuje, że wniego klikniesz? wazne dl 30.03.09, 15:51
            W stanie wojennym byłem przerażony, że mnie z uniwersytetu wyrzucą.
            Teraz człowiek taki jak ja, na którym ciąży tak potworna
            odpowiedzialność, nie może powiedzieć opinii publicznej, że się nie
            boi. Nie wiem, czy zdołam zapobiec temu, żeby nie naruszyć godności
            tego narodu i nie doprowadzić do rozchwiania struktur tego państwa.
            Boję się, że zdarzy się coś, nad czym nie zapanuję. Albo że na
            przykład ktoś kiedyś powie: Gdyby nie Kieres, nazwisko mojego ojca
            nie zostałoby ujawnione. Nigdy nie byłem człowiekiem wielkiej
            odwagi, czasem długo zbierałem się na odwagę i dopiero potem się
            bałem, że byłem tak odważny. Boję się nadal, że mogą mnie
            kiedykolwiek usunąć z uniwersytetu. Pewno byłbym dobrym żołnierzem,
            bo nie bałbym się pierwszej linii frontu, rozkazu do ataku. Może to
            brzmi górnolotnie, ale nie bałbym się tego. Boję się prasówek, które
            mi robią współpracownicy, i już się chyba nie zmienię. Przeżywam
            ciszę z drugiej strony linii telefonicznej, bo nie lubię być
            lekceważony. I nie lubię ludzi bez klasy. Trochę się ich nawet boję.
            Cenię sobie twardą męską przyjaźń i mam kogoś takiego, na kogo mogę
            liczyć. W pierwszym dniu stanu wojennego zjawili się u mnie moi
            koledzy, którzy byli w PZPR, żeby się dowiedzieć, czy nie trzeba
            pomóc mojej rodzinie. Kiedy chcieli mnie wywalić z Uniwersytetu,
            bronili mnie także koledzy z egzekutywy. Człowiek z klasą zachowuje
            się tak, jak myśli - godziwie, nie prowadzi żadnej koniunkturalnej
            polityki, jest szczery i odważny. Dziś nie ma w polityce szans ktoś,
            kto deklaruje apolityczność. Nie istnieje apolityczny polityk.

            To co Pan ze sobą zrobi?

            - No, co zrobię? Ustawa wymaga ode mnie apolityczności.

            Czyli to dobra dla Pana Profesora posada.

            - Dobra, bo służę państwu. Powiedziałem sobie, że będę stanowił
            przykład stosunku społeczeństwa do władz tego państwa. To
            społeczeństwo nieraz wykazywało się niesprawiedliwą nietolerancją
            wobec władz. Zresztą jest we mnie coś "profesorskiego". Ktoś mógłby
            mi zarzucić, że zamykam się w sytuacji osoby zaciskającej w
            milczeniu zęby wobec obecnego układu władzy. To nieprawda. W latach
            1993-97 również władze wspierałem - ekspertyzami, opiniami, nawet
            doradztwem. Pan marszałek Marek Borowski spytał mnie wtedy, czy nie
            boję się, że to zaszkodzi mojej reputacji. Odpowiedziałem, że boję
            się tylko Pana Boga i żony, a rządowi pomagam. Nikt i nic nie zmusi
            mnie do krytyki władzy tylko dlatego, że sprawuje ją ta lub inna
            partia polityczna.

            Z jednego z wywiadów: "Mogę powiedzieć, że mam do siebie... no,
            dobrze, niech będzie - szacunek, dlatego że nie brak mi odwagi
            przeżywania tego, co wynika z wiedzy zawartej w dokumentach. Staram
            się zrozumieć, dlaczego człowiek tak upada". Chcę spytać, jaka to
            wiedza? Jak ludzie upadają?

            - Są upadki, które moi rodacy sami sobie fundowali, i są upadki, do
            których byli zmuszeni. Oczywiście łatwo powiedzieć, że każdy mógł
            odmówić. Jeśli ktoś tak mówi, niech najpierw przyjrzy się swojemu
            życiu, czy nigdy nie szedł na kompromisy. Teczki nie powinny być
            przymierzane do jakiegoś strychulca. Nie ma wzorca miary oceny
            godnego lub hańbiącego zachowania. I nikt mnie nie odwiedzie od tego
            poglądu, bo ja widzę w teczkach różne odcienie. Chciałbym, żeby ci,
            którzy tak mnie krytykują, zechcieli szukać cieni w postawach tych,
            którzy donosili. Ja jestem człowiekiem wiary, który nie traktuje tej
            wiary w kategorii sztafażu czy pozy. Chodzę do kościoła i się modlę.
            I ciągle mam wiarę w człowieka. Ale sam jestem też człowiekiem. Z
            teczek wiem też to, że niektórym ludziom ciężko by mi było podać
            rękę.

            W razie czego będzie Pan szukał księdza czy terapeuty?

            - Na pewno nie terapeuty. W razie czego załatwię to sam ze sobą,
            choć lubię się radzić. Tadeusz Kotarbiński sformułował teorię
            spolegliwego przyjaciela: musisz sobie znaleźć wzór postawy w innym
            człowieku. A ja, jak sądzę, swoją postawą powinienem dawać przykład
            innym. Polskę zawsze niszczył a priori brak szacunku dla każdej
            władzy.

            Pan Profesor jest strażnikiem. Załóżmy, że dowiaduje się Pan czegoś
            takiego, co wymaga ujawnienia ze względu na interes publiczny, a
            prawo na to nie zezwala. Co Pan wtedy zrobi?

            - Już były takie sytuacje. Zabiorę "coś takiego" do grobu. Więc nie
            kładźcie na mój grób kamieni, bo te kamienie już ze sobą zabrałem w
            moim sercu.

            Dużo Pan zabierze?

            - Bardzo dużo. Zastanawiam się teraz, czy nie powinienem dążyć do
            tego, żeby jak najmniej wiedzieć. Jeśli idzie o wiedzę o
            mechanizmach sprawowania władzy w PRL, to ona musi być przekazana
            społeczeństwu. Natomiast losy indywidualnych ludzi nie zawsze muszą.

            Ale jeśli naprawdę wymaga tego dobro państwa?

            - Nie. Nie będę inspirował takich działań ani formalnie, ani metodą
            propagandy szeptanej. Nic nie powiem. Jeśli zaistnieje sytuacja, że
            koniecznie musiałbym coś powiedzieć, pozostanę sędzią we własnej
            sprawie. Jeśli będę wiedział, że X kandyduje na wysokie stanowisko,
            a był łajdakiem, to ustawowo nie mam obowiązku, żeby coś powiedzieć.
            A moralnie wobec społeczeństwa? No, sądzę, że mimo wszystko
            społeczeństwo takiej władzy mi nie dało. Musiałbym się kierować
            zasadą mniejszego zła. W sytuacji skrajnie drastycznej
            poinformowałbym prawdopodobnie prezydenta, marszałków, premiera.
            Ostateczną decyzję podjąłbym i tak sam.

            Zauważyłam, co bynajmniej nie jest wyrzutem, że Pan Profesor lubi
            używać wielkich słów. Czy przez te dwa lata, kiedy Pan tu urzęduje,
            zmienił się Panu własny słownik? Czy takie słowa
            jak "heroizm", "zdrada" "wina", "uczciwość" zmieniły w jakiś sposób
            swoje znaczenie?

            - Słowo "bohaterstwo" zmieniło znaczenie, bo często widzę nędzę tych
            bohaterów. I kiedy na niektórych patrzę, a dużo o nich wiem, to się
            źle czuję. Zmieniło się słowo "zdrada". Inaczej oceniam zdradę dziś
            niż dwa lata temu. Bardzo dziwne się zdarzały przypadki. "Heroizm"?
            Czasem teczka ma jedną tylko kartkę, a na niej napisane "odmówił,
            nie rokuje szans". Prosty, zwykły człowiek, o którym nikt by nie
            powiedział, że był w przeszłości "heroiczny". Za każdym z tych
            wielkich słów widzę teraz wiele znaczeń.

            Znaczenie których słów musi Pan sobie teraz najbardziej na nowo
            opracować?

            - "Zdrada" i "bohaterstwo". Wiem teraz, że nazbyt często mamy za
            bohaterów ludzi, którzy się niczym specjalnym nie wyróżnili, a nie
            pamiętamy o ludziach codziennego trudu, którzy nigdy nie znajdą
            swego miejsca w panteonie bohaterów tego państwa.

            Naprawdę lubi Pan wielkie słowa.

            - Przecież pani o nie pyta. Ze "zdradą", w moim rozumieniu, zrobiło
            się dużo problemów, co może wynika z mojego spolegliwego podejścia
            do kwestii upadku ludzkiego. Ale o ile jestem gotów dziś weryfikować
            pewne postawy określane jako bohaterskie, o tyle pojęcie zdrady
            nabrało dla mnie wielu odcieni. Zdrada to dla nas coś hańbiącego.
            Dla mnie nie zawsze te dwa pojęcia "zdrada" i "hańba" muszą iść w
            parze. Mogę mówić o upadku, słabości, zbytniej uległość wobec
            władzy, ale to nie znaczy od razu, że mamy do czynienia ze
            zdradą. "Zdrada" nie zawsze jest pojęciem ahistorycznym. Zupełnie
            inne treści podkładamy teraz pod "zdradę" i "bohaterstwo" w polskim
            słowniku politycznym. Ja nigdy nie zdradzę polskiej, legalnej władzy
            konstytucyjnej, nie zdradzę konstytucji. Ale nie jestem legalistą za
            każdą cenę.

            Jak Panu na tym stanowisku sprawdza się prawo? Czy czuje Pan czasem,
            że ono nie bardzo wystarcza?

            - W ogóle czuję zbyt krótką smycz. Zazdroszczę rzecznikowi praw
            obywatelskich, prezesowi NIK, że nie muszą się kierować tym, co o
            nich mówi klasa polityczna. Żeby zmienić ich sytuację, trzeba by
            było zmienić konstytucję. Żeby zmienić sytuację IPN, wystarczy 15
            posłów podpisanych pod inicjatywą ustawodawczą.

            Czy bardzo się Pan Profesor zmienił przez dwa lata sprawowania tego
            urzędu?

            - Jestem zupełnie innym człowiekiem. Wiem, że nawet najwięksi moi
            przyjaciele mogą się do mnie odnosić z dys
            • hasz0 ____________moi koledzy...z PZPR 30.03.09, 15:53
              W pierwszym dniu stanu wojennego zjawili się u mnie moi
              koledzy, którzy byli w PZPR, żeby się dowiedzieć, czy nie trzeba
              pomóc mojej rodzinie. Kiedy chcieli mnie wywalić z Uniwersytetu,
              bronili mnie także koledzy z egzekutywy.
              • hasz0 Re: ____________moi koledzy...z PZPR 30.03.09, 15:59
                niniwa2.cba.pl/lopienska-kiers.htm
                • hasz0 ________IPN do likwidacji jak najszybciej 30.03.09, 16:07
                  wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Michnik-przegral-z-IPN-proces-o-ojca,wid,10952726,wiadomosc.html?ticaid=17c30
                  • qwardian Naczelny Wyborczej nie wybiera się nigdzie... 30.03.09, 16:46
                    ... ciekawe, co jego brat miałby do powiedzenia, brat Stefan. Ojciec
                    szpiegiem czy komunistycznym zbójem obalającym siłą ustrój w Polsce.
                    Sami demokraci w tej Wyborczej.

                    W książce można było przeczytać, że Szechter został przed wojną
                    skazany za szpiegostwo. Tymczasem - jak pisze "Rzeczpospolita" -
                    przedwojenny sąd skazał go za próbę zmiany przemocą ustroju Państwa
                    Polskiego przez działalność w Komunistycznej Partii Zachodniej
                    Ukrainy, która była organizacją kontrolowaną przez sowiecką
                    agenturę. W Biuletynie IPN pomyłkę sprostowano oraz
                    przeproszono "wszystkich, których dobra osobiste zostały naruszone".

                    To jednak nie usatysfakcjonowało naczelnego "Gazety Wyborczej".
                    Żądał 50 tys. zł odszkodowania na cel społeczny i przeprosin
                    w "Gazecie Wyborczej" i "Rzeczpospolitej".

                    Michnik pisał w "Gazecie Wyborczej": "Mój ojciec nie był sowieckim
                    szpiegiem. W latach drugiej RP był członkiem nielegalnej partii
                    komunistycznej. Z tego tytułu był wielokrotnie więziony - w sumie
                    spędził osiem lat w więzieniach".

                    Reprezentujący IPN prawnicy Krzysztof Zając i Wacław Markowicz
                    argumentowali, że przestępstwa, za które został skazany Szechter
                    przedwojenny Kodeks karny klasyfikował jeszcze ciężej niż
                    szpiegostwo bo jako zbrodnię stanu.
              • rycho7 Re: ____________moi koledzy...z PZPR 30.03.09, 16:13
                hasz0 napisał:

                > bronili mnie także koledzy z egzekutywy.

                Zaznaczaj zlodzieju, ze cytujesz.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka