Gość: Drapka
IP: 10.0.4.* / *.atj.pl
09.06.01, 00:02
Z zaciekawieniem zasiadłem przed telewizorem aby zobaczyć ostanie dokonania
gigantów polskiej sceny muzycznej. Jakie wrażenia?
Poziom wybitnie niski, każde z zaprezentowanych dzieł mogłoby walczyć o laury w
Eurowizji. Jedynymi wyróżniającymi się (jeśli to słowo jest tu na miejscu)
wykonawcami byli: Brathanki (chociaż nie można ich posądzić o jakąkolwiek
oryginalność - węgiersko-góralski pop-folklor w średnim wykonaniu), Małgorzata
Ostrowska (piosenka nieźle zaaranżowana, chociaż poziom realizacji dźwięku w TV
był dostosowany raczej do pozostałych wokalistek - byle słychać było jak
najmniej, i o ile w przypadku większości z nich ta polityka okazała się
słuszna, o tyle w przypadku Ostrowskiej prawie całkowicie "położyła" jej
występ) oraz niejaka Shazza - ona przynajmniej zaśpiewała piosenkę w swej
poetyce, bezpretensjonalną, z łatwą melodyjką i prostymi słowami. Nie siliła
się za to na żadne wstrzeliwanie się w sam środek muzycznej nijakości, co z
kolei prezentowała większość wykonawców.
I w rezultacie mieliśmy w telewizorach mix bezpłciowej, popowej sieczki, która
raz przybierała twarz pani Kukulskiej (którą jednak zapamiętam za Puszka-
Okruszka - bo tylko ten okres jej działalności artystycznej był wart uwagi),
raz pana z zespołu VOX (o występie którego można powiedzieć tylko tyle, że się
odbył), to znów jakiegoś człowieka w różowym kapeluszu, który coś śpiewał
(chyba się nazywał Roan, czy Ronan - niestety kompletnie nie utkwił mi w
pamięci).
A wszystko to przetykane momentami mocno ciężkawym dowcipem konferansjerującego
pana Bałtroczyka (ech... i pomyśleć, że kiedyś stał tam Lucjan Kydryński...)
Andrzej 'Ibis' Wróblewski dziesięć lat temu stwierdził, że festiwal opolski
sięgnął dna. Jak pokazał pierwszy koncert tegorocznej edycji, można śmiało
powiedzieć, że nadal tam leży...
A szkoda, bo tradycje ma wyjątkowo piękne.