badsoon2
21.10.10, 04:25
Witajcie, mam od kilku miesięcy poważny problem w moim związku. Myślę codziennie bardzo intensywnie, głowię się
o co właściwie chodzi, co powinienem zrobić, czego nie zrobić, ale nie potrafię znaleźć odpowiedzi. Po prostu nie mam w tym
żadnego doświadczenia. Mam 29 lat i jestem od 9 lat z kobietą, którą pokochałem - moją pierwszą dziewczyną. Udało mi się ją zdobyć i byłem szczęśliwy, ona także i staliśmy się wspaniałą parą. Ciągle tylko parą, bez ślubu, zaręczyn, niczego.
Obecnie, po tylu latach razem poczułem, że coś jest bardzo nie tak. Nie żeby nagle coś się popsuło, ale poczułem, że pewne
rzeczy istniały już wcześniej tylko nie mogły się przebić przez moje mechanizmy obronne (broniące mnie, mojego związku, jej).
W każdym razie nagle, zupełnie jawnie, zaatakowały mnie jakieś potężne siły ciągnące mnie w przeciwnych kierunkach i czuję się
zupełnie wobec nich bezbronny. Zawsze podobały mi się inne kobiety, ale nigdy do tej pory nie uważałem tego za jakiekolwiek zagrożenie. Nigdy nie zrobiłbym nic nieuczciwego wobec mojej ukochanej - bywałem zauroczony różnymi kobietami i chętnie budowałem z nimi bliskie relacje, ale zawsze tylko przyjacielskie, nigdy nie przyszło mi do głowy, że mógłbym zrobić cokolwiek więcej. Rozważanie odejścia nie przeszłoby mi nawet przez głowę. Jednak moje ostatnie zauroczenia pokazały mi nagle zęby. Już przeszło mi przez myśl odejście najpierw jako absurdalny eksperyment myślowy, a potem, czyli teraz, jako totalnie realne zagrożenie. Nagle poczułem, że istnieje szereg problemów w moim związku:
1. Na początku nie spojrzałbym na inną kobietę choćby nie wiem jak piękna i wspaniała była. Od jakiegoś czasu jednak to się zmieniło: podoba mi się mnóstwo kobiet. Najwięcej czasu spędzam w Warszawie gdzie jest dużo ludzi, połowa to kobiety - ciężko mi czasami przejść spokojnie przez miasto. Ostatnio mam wrażenie, że mam w sobie gotowość do zauroczenia się każdą w miarę ładną przedstawicielką mojego gatunku. Obojętnie jak bardzo byłaby niedopasowana do mnie - moje kryteria spadły do minimum.
2. Jednocześnie zaniedbuję własny związek, nie mam energii żeby coś robić, wymyślać, inicjować. Moja kobieta jest aktywna pod tym względem, dużo bardziej się stara, wykazuje inicjatywę. Ja mam w sobie jakiś negatywizm, nie mam na nic z tych rzeczy ochoty, muszę się przełamywać. Jednocześnie są osoby, z którymi mam większą ochotę na robienie różnych rzeczy i jest mi przez to bardzo przykro, chciałbym żeby taka energia pojawiała się też w moim związku. Wiem, że to sprawia jej przykrość i mi też jest źle, chciałbym chcieć ale to się nie dzieje.
3. Czuję opór przed deklaracjami dalszego bycia razem. Czuję niechęć do zaręczyn, ślubu - mam wrazenie, że jakaś siła sprawia, że mimo że chciałbym tego chcieć to nie mogę, ogarnia mnie fala rozpaczy gdy myślę, że teraz miałbym tworzyć takie zobowiązania. Ostatnio ciężko mi nawet słownie deklarować bliskość. Widzę też, że w jakiś straszny sposób moja podświadomość pracuje tak, aby odepchnąć ją ode mnie. Nie muszę dodawać, że ta podświadoma siła przejawia się w moim zachowaniu i w braku zachowań, które powinienem podejmować. Pojawiają się we mnie myśli takie, że byłaby to jakaś przedziwna ulga gdyby to ona mnie zostawiła - nie miałbym wtedy tych rozterek - chyba coś jest porządnie nie tak, czyż nie...?
4. To by było wszystko łatwo rozwiązać poprzez rozstanie gdyby nie fakt, że uważam że moja kobieta jest najlepiej dopasowaną do mnie osobą na świecie. Jestem przekonany, że nie znajdę nikogo tak inteligentnego, mądrego, zabawnego, rozumiejącego się ze mną bez słów jak ta dziewczyna. Z nikim nie zbuduję tak potężnej więzi (9 lat!). Ona jest dla mnie dosłownie ideałem, jest bardzo ładna, fizycznie mi odpowiada, seks jest spoko - wszystko jest spoko, a ja czuję się jak wariat. Nie wiem właściwie co mi nie odpowiada, widzę tylko jakieś absurdalne swoje działania, z których wynika, że coś jest jednak nie tak.
Ze względu na moją pracę dużo podróżuję, poznaję dużo nowych ludzi - coraz trudniej mi się temu prymitywnemu czemuś opierać.
Co się dzieje? Gdzie popełniłem błąd? Jak go naprawić? Czuję bardzo silne impulsy kierujące mnie w stronę innych kobiet. W sumie jedyną ich zaletą lub przewagą nad kobietą z którą jestem jest to, że są czymś nowym. Nowe ciało, nowy zapach - ja pier***** czy to może być tak puste i żałosne? Przecież doskonale wiem, że nowy zapach nie jest wart tego, żeby zlikwidować wartościowy wieloletni związek z osobą, którą w dodatku uważam za idealną. Wiem, że każdy musi się z czymś takim mierzyć tworząc rodzinę, mając dzieci itp - wiadomo że zakochanie trwa pół roku, rok - a potem trzeba pracować nad tym inaczej. Z drugiej strony wiem to tylko intelektualnie bo nigdy z żadną inną kobietą nie byłem. Z trzeciej strony jesteśmy razem prawie dekadę, czyli nie jest tak, że jestem jakimś mięczakiem uciekającym przy pierwszych problemach.
Podsumowując mam poczucie, że albo będę utrzymywał status quo siłą woli co sprawi, że chyba w końcu zdechnę albo eksploduje mi głowa, albo stanę się tak nie do zniesienia, że ona sama mnie rzuci albo - to druga możliwość - ja odejdę. W tym drugim przypadku będę tego żałował po 3 sekundach i będę tego żałował mocno i długo. Oddam ot tak to czego niektórzy chcieliby najbardziej na świecie, zrobię to dla jakiegoś nowego zapachu innej kobiety, dla innych ust, oczu i włosów. Następnie powtórzę ten wzorzec działania po roku i tak już będę robił pewnie do końca życia, do końca życia samotny. Dlaczego świadomość miałkości tej drogi i jej żałosnego końca zupełnie mi nie pomaga? Dlaczego to działa tak nieubłaganie? Tracę już siły...