markytka
12.07.08, 19:09
Rok temu jeszcze namawiał mnie, żebym wreszcie zrobiła prawo jazdy. Obiecywał,
że będzie pożyczać mi samochód, że będzie ze mną ćwiczył manewry na placu, że
kiedy będzie miał zmiennika, pojedziemy wreszcie na wakacje do Włoch autem.
Zapisałam się na kurs niejako dla świętego spokoju. Wydawało mi się, że
zupełnie nie nadaję się na kierowcę, tymczasem wszystko poszło lepiej niż się
spodziewałam - jeździłam z kilkoma instruktorami, wszyscy chwalili mnie za
poprawną i płynną jazdę, mówili, że szybko się uczę i reaguję na sytuacje na
drodze. Egzamin zdałam za pierwszym razem i... co tu dużo mówić, strasznie
lubię jeździć! Mój mężczyzna nie spodziewał się, że wszystko przybierze taki
obrót, że tak mi się spodoba jazda samochodem i tak szybko dorobię się prawka.
Wbrew wszystkim obietnicom i planom nie dopuszcza mnie za kierownicę. Nie
pomagają ani żarty, ani aluzje, nie pomogła też rozmowa i tłumaczenie, że
niedługo zapomnę, gdzie jest sprzęgło a gdzie hamulec. Na zakupy jeżdżę
autobusami, żeby odebrać z lotniska rodziców którzy przylecieli w odwiedziny,
musiałam brać taksówkę i wywalić na nią 250 zł. Ostatnio doszło do tego, że
kiedy wracaliśmy z weekendu w Gdańsku, wolał zanocować w motelu, niż pozwolić
mi prowadzić. Podkreślę jeszcze raz, że w opinii wielu osób jestem dobrym
kierowcą. Nie wiem, jak na niego wpłynąć. Mam do niego ogromny żal, sama nie
wiem czy bardziej o to, czy nie ceni mnie jako kierowcy, czy że tak mi nie
ufa. Dlaczego tak się zachowuje? Podkreślę od razu, że nie chodzi tu o jego
ukochany samochodzik, bo miał już nim kilka stłuczek i głośno powtarza, że nie
jest z tego samochodu zadowolony, nie może się już doczekać, kiedy go zmieni
na inny. Poradźcie, jak na niego wpłynąć? Jest mi z tego powodu bardzo
przykro. On nie ma pojęcia, jak bardzo by mnie ucieszyły słowa: a może chcesz
poprowadzić? :-(