wsamraznaraz
19.10.11, 23:27
Usłyszałam wczoraj takie słowa na swój temat. Z ust chłopaka, którego bardzo lubiłam i myślałam, że on mnie też.
Studencki wypad na miasto, kilka lokali. Dużo rozmawiałam z tym kolegą, na zajęciach też dużo spędzamy razem czasu, żadne romansowanie czy inne flirty, ale widocznie z boku mogło to tak wyglądać. Siedząc w jednej z knajp, inny kolega "wziął na bok" mojego kumpla i zaczął o mnie wypytywać. Czy jest coś na rzeczy. A tamten odpowiedział tak jak w tytule. Głośno było, siedzieli trochę dalej ode mnie, ja udawałam pochłoniętą rozmową z koleżanką, ale nasłuchiwałam.
Czuję się podle, choć wiem że nie ma co się chamem przejmować. Boli mnie nie tylko to, ze mój jak się wydawało sympatyczny kolega tak się o mnie wyraża, ale też to że ma niestety rację.
Bo faktycznie jestem brzydka. Niezgrabna, kilka kilo nadwagi (nad czym pracuję), twarz pominę milczeniem. Staram się dbać o korzystny strój, fryzurę, lekki makijaż, ale to niewiele daje. Boli mnie to, ze nie mam szans na chłopaka. Patrzę na swoje śliczne, zgrabne, zalotne koleżanki i wiem, ze nie mam szans. Jaki facet, mając do wyboru ładną pannę wybierze tą drugiej kategorii? Nawet ci nieaktrakcyjni faceci, którzy są 'z innej ligii' interesują się fajnymi laskami. I mają szanse na nie, bo dla kobiety wygląd faceta jest w sumie drugorzędny. Jak się podoba, to nie wazne, ze nie jest klasycznie przystojny. Znam parę śliczniutkich dziewczyn z mniej ładnymi chłopakami. Szkoda, ze w drugą stronę to tak nie działa.
Mam 24 lata i czuje, ze moje zycie to jakas porazka. Dla facetów jestem albo 'pasztetem' albo niewidzialna. Jeśli już się komus spodobałam (aż 2 razy) to i tak szybko sie wycofali, jak sie zorientowali ze beda posmiewiskiem kumpli.
I jeszcze ten wczorajszy incydent...