Gość: Xanatos
IP: *.acn.pl
09.06.03, 22:38
"Wychodził z biura o szóstej, a o siódmej był już w Miraflores i o wpół do
ósmej w "Le Chasqui" oparty łokciami o bar, pił - piwo, setka - i czekał na
kogoś znajomego, żeby pograć w kości. I tak nadchodził zmiesz pośród
popielniczek pełnych petów, pomiędzy szularami i dziwkami, butelkami
mrożonego piwa, zabijając czas w nocy oglądając w nic nie wartych kabaretach
nędzne rewie, lub jeśli był bez forsy kończył zalany w najgorszych norach,
gdzie mógł dać w zastaw swojego parkera, omegę, złoty łańcuszek i czasem
można było go z rana zobaczyć zadrapanego, z podbitym okiem, z zabandażowaną
ręką, mówili - no to już po nim...""
Napisał Llosa...
W wieku 24 lat na gruźlicę zmarła matka Edgara Allana Poe. Ożenił się ze
swoją kuzynką. Ona miała 14 lat. On dwadzieścia z lekkim hakiem.
Potrzebowali siebie na wzajem. Jak nic innego na całym świecie. Poe robił
dla niej wszystko. Nie byli bogaci. To eufemizm. Byli absolutnie biedni.
Jednak Poe kupił żonie fortepian. Pracował dzień i noc, aby móc jej kupić
wymarzoną rzecz. Grając pewnego wieczoru dla męża Virginia, tak miała na
imię, zaczęła kaszleć. Gruźlica. Zupełnie jak jego matka. Żona powoli
umierała. W wieku 24 lat Poe został sam. Zaczął się niszczyć. Chodził do
pubów i pił. Pił alkohol jak spragniony piję wodę. Aż przewracał się na
podłogę. Dzień w dzień. Do alkoholizmu. Jeszcze opium. Jeszcze delirium.
Mijają lata, aż w wieku 40 lat znika na sześć dni. Nikt nie wie gdzie jest.
Kiedy wraca jest zupełnie wycieńczony. Zabierają go szpitala. Po paru dniach
na chwilę odzyskuję przytomność, żeby powiedzieć "Boże ratuj moją udręczoną
duszę". Potem umiera.