misiaam
05.07.08, 23:51
Napiszę Wam coś, może komuś poprawię samopoczucie...
Z mężem - 2 lata starszy- jesteśmy ponad 15 lat, połowę mojego życia, zawsze
się chyba kochaliśmy, wpadliśmy i urodziłam w wieku 18 lat. Nie żałuję, córa
była zawsze moim motorem napędowym.
Na początku nie było wesoło, docieraliśmy się, teściowa przyjmowała syncia,
gdy tylko pokłócił się z żoną i wynosił z wynajmowanego przez nas mieszkania,
potem były powroty... Niezliczona ilość. Niezliczona ilość moich łez, plotek,
nieprzespanych nocy i bólu w żołądku. Kilka wynajmowanych samotnie przeze mnie
mieszkań i znowu powroty męża. Kiedy ja uczyłam się do lekko spóznionej
matury, sama w wynajętym pokoju z kuchnią, on bawił się z "koleżanką" na jej
studniówce, ojciec jeszcze pożyczał mu koszulę na tę imprezę. Zdjęcie, jak
tańczy poloneza, niestety, znalazło się w lokalnej gazecie, taki jego pech ;)
Ja nie miałam swojej studniówki. Potem kolejne "wtopy" , jakieś koleżanki,
które były tylko podwożone i ich rzeczy znajdowałam w aucie, dyskoteki, na
których się z kimś tam bawił, jak mieszkaliśmy razem, co chwilę coś do mnie
docierało, chociaż niektóre rzeczy dopiero po czasie... Nie mam siły nawet
tego pamiętać, bo po co? Ja płakałam, kłóciłam się i rzygałam, a jego mamusia
przyjmowała, "bo jego pokój na niego zawsze czeka". Zdałam na prawo zaoczne na
KUL, niestety nie dokończyłam, zbyt dużo było problemów, potem jeszcze
polityka regionalna w moim mieście, ale to już los nie dał skończyć , a
właściwie nawet zacząć porządnie...Nie wytrzymałam kiedy zabrał córkę i
kolejną koleżankę na przejażdżkę do innego miasta, bez słowa spakowałam
siebie i małą i przeniosłam do ojca, kilkaset km dalej, zorientował się
dopiero po dobie. Oczywiście wróciłam. Koledzy... W końcu się życie maczo
i twardziela się zemściło, dostał "państwowy wikt", nie wiadomo było na jak
długo. Wszyscy się odwrócili, rodzice nie mieli kasy na adwokata, więc kto
został? Miałam 23 lata. Nie mogłam go zostawić, bo był taki zostawiony samemu
sobie. Nie zostawiłam, ale nie byliśmy wcześniej razem, więc teraz też nie.
Zarobiłam troszkę, otworzyłam własną działalność, opłacałam, jezdziłam w
odwiedziny, robiłam paczki. Pięć lat. Moje pięć lat życia. Oczywiście po ok
dwóch latach stwierdziliśmy, że po jego powrocie będziemy razem.
Nie napiszę jak i co czułam, dlaczego itp. Około 2 lata przed jego powrotem
spotykałam się krótko - 1,5 mies.- z kimś, nie wiązałam planów, po prostu
chciałam zainteresowania.
Wrócił, wyjechał do mojego brata i ojczyma za granicę do pracy, tak lepiej,
mniej okazji do "interesów". Jest tam już prawie dwa lata.
Przyznałam się ok. 2,5 mies. temu do zdrady. Masa wyrzutów, wyzwisk... Kilka
razy dziennie. Że mnie kochał a ja... itd. Starałam się wynagrodzić mu zawód,
wiem jak to boli, w ciągu pierwszych pięciu miesięcy tego roku byłam u niego 5
razy, cały czas praktycznie w samolocie lub w trasie, bo taką mam pracę i
muszę pilnować jeszcze interesu. Miał wszystko czego zapragną... Prosiłam
tylko żeby przestał mnie psychicznie gnębić. Nie chce mi się już pisać o tym
jakie śledztwa przeprowadzał itd.
Coś we mnie pękło, wiem, że pewnie za szybko... Patrzę na niego na skype i
myślę czy jest mi już obcy.
Około Świąt Wielkanocnych... - W kompie, który przywiozłam mu 3 tyg wcześniej,
odkryłam, że zalogował się na portal randkowy, dał swoje zdjęcie i próbował
się kontaktować z kilkoma dziewczynami. Oczywiście zrobiłam awanturę,
przeniosłam się do ojczyma (też tam jest) itd. itp. , potem przeprosiny, love
story... Po jakimś czasie właśnie się przyznałam, bo chciałam być szczera ha ha.
Wcześniej układało się super, udowadniał, że się zmienił i ja w to wierzę,
prawie... Byliśmy na wczasach, następne zarezerwowałam na sierpień, teraz
słyszę, że na nie nie zasługuję. Nie zasługuję. To boli. Nie zasługuję.
To tyle. Trochę to przydługie, ale to i tak skrót mojego życia. Psychologowi
bym się nie wypłaciła ;))
Możecie pisać co Wam się podoba ;)