Gość: noname
IP: green.d* / 10.9.60.*
10.06.02, 15:12
Jest to tekst z Tygodnia Trybunalskiego
Piotrkowianie cieszą się, że wraz z wybudowaniem zakładu Häringa, przybyło im
około pięćdziesięciu nowych miejsc pracy. Mało jednak kto wie, że budowało go
około dwudziestu lokalnych spółek budowlanych, których właściciele do dnia
dzisiejszego nie otrzymali pieniędzy za swoją robotę.
Jest zakład, nie ma kasy
Na budowie Zakładu Mechaniki Precyzyjnej w Piotrkowie pracowało około
dwudziestu spółek budowlanych m.in. z Piotrkowa, Zelowa, Bełchatowa. Pomagali
im właściciele hurtowni i zakładów gastronomicznych. Materiał dostarczały
liczne zakłady produkcyjne z okolic oraz całego kraju.
Żadna z tych firm do dnia dzisiejszego nie otrzymała grosza za wykonane prace
zlecone.
Co więcej pomysłodawca i obecny właściciel zakładu Anton Häring nie poczuwa się
do obowiązku wyjaśnienia tej sprawy. Zgodnie bowiem z prawem nie odpowiada za
kłopoty finansowe lokalnych robotników. Uroczyście otwiera fabrykę, zaprasza do
niej gości tak z kraju, jak i z za granicy. Chwali się, że udało mu się
stworzyć dla piotrkowian kilkadziesiąt miejsc pracy.
Tymczasem poszkodowani muszą zaciągać w bankach kredyty (i to niemałe), by
pokryć swoje straty.
Anton Häring zlecił wykonanie inwestycji Spółce Inżynieryjno-Projektowej Waxss
& Freytag z Wrocławia. Z kolei ta firma zwróciła się z propozycją współpracy do
Mostostalu Chełm. W końcu większość prac budowlano-konstrukcyjnych podjęło się
wykonać kilkanaście firm lokalnych. Ich właściciele nie ukrywali radości.
Marzyli o pracy, chcieli zarobić pieniądze.
- Na budowę trafiliśmy w maju ubiegłego roku - wspomina jeden z nich, który
pragnie zachować anonimowość. - Pracowaliśmy na niej do października. Nawet do
głowy nam nie przyszło, że po wykonaniu robót możemy pójść z torbami. Zgodnie z
umową pierwsze faktury wystawiano po upływie trzydziestu dni od chwili
rozpoczęcia prac. Potem inwestor miał następnych trzydzieści, by wypłacić
należność. Kolejne kilkanaście dni zwłoki tłumaczył "niesumiennością banków". W
sierpniu wśród pracujących zaczęły krążyć plotki, że inwestor "miga się" od
wypłacania pieniędzy. Kilkanaście dni później wszyscy byli już pewni - nikt za
swoją pracę nie dostaje ani grosza.
Wtedy wykonawcy rozpoczęli strajk. Niestety, bez rezultatów.
Zdeterminowani postanowili więc ukarać kierownika Mostostalu, który
bezpośrednio nadzorował roboty w Piotrkowie. Podjechali taczką pod barak-biuro
i zażądali, by dobrowolnie pozwolił się wywieść poza ogrodzenie budowy. Gdy
tamten jednak ociągał się, zagrozili, że przewrócą jego samochód. Kierownik
postanowił się poddać i wyszedł przed drzwi. Ale wtedy robotnikom nagle zrobiło
się wstyd i zrezygnowali z zemsty.
"Budowlańcy" do dziś wspominają pierwszą po tym wydarzeniu noc, podczas której
kadra Mostostalu uciekała z piotrkowskich kwater.
We wrześniu Mostostal Chełm zgłosił swoje problemy finansowe do sądu w
Lublinie. Kilkanaście dni później rozpoczęło się postępowanie ugodowe.
W tej sytuacji poszkodowani nie mogą liczyć, aż do zakończenia sprawy, na
jakiekolwiek pieniądze.
- Musiałem wziąć kredyt, by uregulować swoje zobowiązania, przecież straciłem
sto tysięcy złotych - żali się rozmówca. - Teraz go spłacam, oczywiście wraz z
odsetkami.
Również inne lokalne firmy nie ukrywają rozgoryczenia. - Inwestor jest nam
winien ponad dwieście tysięcy złotych - informuje Mirosław Klimas, kierownik
piotrkowskiego Bielinexu.
General Beton w czasie prowadzenia robót musiał wstrzymywać dostawę betonu, bo
nikt nie chciał za niego płacić. Wznowili ją, gdy wrocławska firma zaczęła im
na bieżąco uiszczać rachunki za materiał. Wcześniejszych zaległości jednak do
tej pory nikt nie uregulował
Niezwykły spokój w tej sprawie okazuje główny winowajca.
- 27 maja odbyło się kolejne posiedzenie sądu w sprawie dotyczącej Mostostalu
Chełm i jej wierzycieli. I jak zapowiedzieli przedstawiciele wymiaru
sprawiedliwości, lada moment podejmą wiążącą decyzję. Prawdopodobnie będziemy
mogli ogłosić warunki ugody z wierzycielami - informuje Władysław Błaszczak,
kierownik biura współpracy z klientami Mostostalu Chełm.
Kolejny etap to głosowanie nad przyjęciem warunków. Jeśli uda się porozumieć z
zainteresowanymi, firma zacznie im wypłacać należności.
Oczywiście będą to mniejsze kwoty niż te, na które opiewały faktury. Na pytanie
jak to możliwe, że firma, mająca kłopoty finansowe, zleca wykonanie nowych
prac, kierownik Błaszczak nie bardzo umie odpowiedzieć. Po dłuższym milczeniu w
końcu mówi:
- Wrocławska firma projektowa, która jest głównym inwestorem zakładu Häringa,
ma dług wobec nas. Stąd brak pieniędzy dla lokalnych wykonawców. My zaś nie
posiadamy żadnych zapasów finansowych. Prowadzimy budowy w różnych miejscach
Polski i z podobnymi problemami borykamy się na co dzień.
Beata Hołubowicz