leniuch102
06.09.04, 13:04
Ostrożnie uchyliłem drzwi. Powiew zimnego wiatru chlasnął mnie w twarz mokrą
szmatą deszczu. Szybko zatrzasnąłem drzwi z powrotem. Obudzone hałasem dziecko
płaczem przywitało dzień.
- Chleb jeszcze mamy - wychrypiała żona spod kołdry. Odetchnąłem z ulgą.
Ominęło mnie wbijanie się w polar, sympateks i lodowate buty. W szarym blasku
sączącym się z okienka zacząłem smarować margaryną ostatnie wpółzwilgotniałe
kromki, starannie usuwając pleśń. Żeby zagłuszyć krzyk dzieciara podskoczyłem,
by włączyć umocowany u sufitu telewizor. Pilot przestał działać dwa dni temu,
zapasowych baterii nie mieliśmy.
- Zwiało antenę - skomentowała żona śnieżący ekran i gnuśnie zaczęła rozpinać
piżamę. Podskakiwałem dalej, przełączając programy. Wrzask dziecka ucichł, gdy
chciwie przyssało się do piersi rozczochranej matki. Inne programy też
śnieżyły, ale podskoki trochę mnie rozgrzewały.
- Ruhe ! - ryknął głos zza ściany.
- Która godzina? - spytałem żony, nie przestając skakać.
-Nie wiem, młody chyba zeżarł zegarek.
- Ruhe ! It's fuenf in the morning, donnerwetter - poliglota zza ściany stawał
się upierdliwy.
- Piąta? To chyba jeszcze nie nadają - zauważyła żona. Zaprzestałem podskoków
i naciągnąłem sweter
- Papuga na trzy, pierwsza e, trzecia u ?! - tom "Miliona Panoramicznych" nie
przestawał mnie zadziwiać.
- Zostaw, bo zabraknie dla mnie - warknęła żona - weź Politykę, felietonów
jeszcze nie znasz na pamięć.
- Po Pilchu mnie mdli - zaprotestowałem.
- Było nie żreć od samego rana. Wciągnij brzuch, do kibla muszę - przepychała
się, pomstując.
Szarych dni pagóry mijały w klaustrofobicznym półśnie. Czasami zawierucha na
zewnątrz przycichała i można było na chwilę rozszczelnić okno by wpuścić
odrobinę tlenu. Nadzieja umarła, chęć życia zgasła, układ krążenia pracował
siłą przyzwyczajenia.
Nadszedł w końcu wyczekiwany dzień. Na szczęście przejaśniło się na tyle, by
zgiętym wpół móc dotrzeć do samochodu. Na stróżówce podałem przepustkę.
Elektromagnetyczny rygiel zaśpiewał odę do wolności, skoda skoczyła na drogę
zostawiając na zbyt wolno uchylającej się bramie oba lusterka.
Stopni na pokładowym termometrze przybywało z każdym kilometrem na południe. W
Pile wyłączyłem ogrzewanie, w Poznaniu wycieraczki, w Rawiczu włączyłem klimę.
W rodzinnej wiosce skręciłem pod pocztę.
- Wujostwo by nam nie darowali - powiedziałem wrzucając do skrzynki
"Pozdrowienia znad Bałtyku".
leniuch.blox.pl