Dodaj do ulubionych

Homilie, czytania na każdy dzień...

    • iktoto Homilia 9 Pn 1 07.03.11, 20:04
      Tb Wlg 1,1a.2;2,1–9

      Mk 12,1–12

      Jaka jest ogromna różnica między myśleniem Bożym i ludzkim! Właściciel winnicy z przypowieści Pana Jezusa jest niewątpliwie dobrym człowiekiem, ale w naszych kategoriach myślenia zupełnie naiwnym. Jak można posyłać własnego syna do rolników, skoro oni zlekceważyli sługi, a nawet niektórych pozabijali! Przecież jest oczywiste, że synowi grozić będzie śmierć. Jednak właściciel myśli sobie: Uszanują mojego syna (Mk 12,). Naiwność tego myślenia nas zdumiewa. Dlaczego tak myśli Bóg, znający przecież tajniki ludzkiego serca?

      W pierwszym dzisiejszym czytaniu mamy podobną postawę Tobiasza, który z determinacją grzebie zmarłych Izraelitów, wiedząc, że grozi mu za to ciężka kara. Raz już zresztą jej doświadczył. Z uporem robi coś, co uważa za dobre. Ma w sobie jakąś konieczność wypełniania Bożego nakazu. Z uporem wierzy w dobro. Podobnie w przypadku owego właściciela, który jest obrazem Boga, mamy do czynienia z ogromną wiarą w dobro w człowieku. Okazuje się, że Bóg uparcie wierzy w człowieka, w zwycięstwo dobra w nim.

      Oczywiście okazuje się, że rolnicy zabijają syna, myśląc sobie, że w ten sposób sami staną się dziedzicami. Myślenie to sterowane jest gwałtowną namiętnością posiadania przy jednoczesnym braku spojrzenia w przyszłość i widzenia skutków takiego myślenia i postępowania. Kiedy Pan Jezus zapytał ludzi o tę perspektywę, zaraz według swojego myślenia wyciągnęli wnioski: Przyjdzie i wytraci rolników, a winnicę odda innym (Mk 12,9). Tak by postąpił człowiek.

      Ale jak postępuje Bóg, który posłał swojego Syna, aby świat zbawić? Zupełnie inaczej. W swoim stawianiu na dobro jest uparty aż do końca, do absurdu: do wydania się na krzyż. Doświadczając w tym momencie ludzkiej słabości swoich uczniów, którzy się rozpierzchli, mógł się przekonać, że nie można liczyć na człowieka. On jednak z niezmiernym uporem stawia na dobro. Piotrowi, który się Go zaparł, powierza troskę nad owczarnią, apostołom i ich następcom daje władzę wiązania i rozwiązywania z mocą w niebie, daje im i ich następcom samego siebie w Eucharystii. Całkowicie bezbronny, z ogromną wiarą w dobro w człowieku, które ma zwyciężyć. Jeżeli się zastanowimy, to okaże się, że najtrudniej uwierzyć nam w przemianę człowieka, w zwycięstwo dobra w kimś, od kogo doświadczyliśmy zła. A właśnie taką wiarę ma Bóg, Bóg, który zna tajniki naszego serca. To nas zdumiewa i powala.


    • iktoto Homilia Czwartek po Popielcu 09.03.11, 22:31
      Czwartek po Popielcu
      Pwt 30,15–20

      Łk 9,22–25

      W naszym życiu chodzi o życie! To tautologiczne stwierdzenie nie jest, jak się okazuje, tautologią w praktyce. Obserwując siebie i innych, zauważamy, że bardzo często, jeżeli nie zasadniczo (!), chodzi nam bardziej o racje, o poczucie sprawiedliwości, o bycie lepszym od innych itd. I, o ironio (!), jest to na tyle mocne, że jesteśmy w stanie przegrać życie, byle dopiąć swego, tj. przeforsować swoje racje, udowodnić swoją niewinność, okazać się lepszym... Jest to przerażające, ale, niestety, tak postępujemy. I jak wynika z tekstu pierwszego czytania, tak było i dawniej. Dlatego Bóg wyraźnie mówi:

      Kładę przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie, abyście żyli wy i wasze potomstwo, miłując Pana, Boga swego, słuchając Jego głosu, lgnąc do Niego (Pwt 30,19n).

      Nieustannie stajemy przed wyborem życia lub śmierci. Niewątpliwie każdy deklaruje, że chce wybierać życie. Postawmy pytania: gdzie jest życie? czym ono jest? To są rozstrzygające pytania, na które najczęściej odpowiadamy nie tyle przez głębszą refleksję, ile w praktyce, gdy podejmujemy konkretne wybory. Często idziemy za tym, co tylko pozornie jest życiem. Dlatego potrzeba świadomego, pogłębionego wyboru i przytomności w życiu, aby nie ulec pozorom, które prowadzą na manowce.

      W Ewangelii Pan Jezus wypowiada (chyba najczęściej przytaczane) zdanie:

      Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje! Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa. Bo cóż za korzyść ma człowiek, jeśli cały świat zyska, a siebie zatraci lub szkodę poniesie? (Łk 9,24n).

      Próba „zachowania życia” to uparte szukanie tego, co jedynie jest pozorem życia, czymś z natury swojej przemijającym. Uchwycenie się tego prowadzi do tragedii: utraty wszystkiego i przeoczenia tego, co najważniejsze. Niestety, łudzenie pozorami jest niezmiernie silne. Wybór życia kosztuje. Okazuje się drogą z krzyżem. Ale tak ma być, jak nas uczy Pan Jezus. Wszystko, co cenne, kosztuje. Życie, jako najcenniejsze, kosztuje najwięcej.
    • iktoto Homilia Pt po Środzie Popielcowej 10.03.11, 23:07
      Piątek po Popielcu
      Iz 58,1–9

      Mt 9,14–15

      Dlaczego Bóg nie wysłuchuje mimo postu? Takie pytan stawia Izajasz. Później św. Jakub napisze w swoim liście podobne zdanie: Modlicie się, a nie otrzymujecie, bo się źle modlicie, starając się jedynie o zaspokojenie swych żądz (Jk 4,3). Moż­na się źle modlić i źle pościć. To zależy od tego, o co w poś­cie i modlitwie chodzi. Zła modlitwa polega na staraniu się o „zaspokojenie swych żądz”. Podobnie zły post nie uwzględnia prawdziwego dobra, staje się jedynie zewnętrzną praktyką, za którą nie idzie konsekwentne działanie wyrażające prawdziwe nawrócenie. Prorok Izajasz mówi o prawdziwym poście:

      Czyż nie jest raczej ten post, który wybieram: rozerwać kajdany zła, rozwiązać więzy niewoli, wypuścić wolno uciśnionych i wszelkie jarzmo połamać; dzielić swój chleb z głodnym, wprowadzić w dom biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziać i nie odwrócić się od współziomków. Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza i szybko rozkwitnie twe zdrowie. Sprawiedliwość twoja poprzedzać cię będzie, chwała Pańska iść będzie za tobą. Wtedy zawołasz, a Pan odpowie, wezwiesz pomocy, a On [rzeknie]: Oto jestem! (Iż 58,6–9).

      Jest to klasyczny tekst mówiący o poście w sensie religijnym. Prawdziwa postawa religijna wyraża się pełną harmonią pomiędzy czynem i nastawieniem serca. Jeżeli brak takiego współgrania, to nie jest możliwe prawdziwe spotkanie z Bogiem. Post powinien w takiej harmonii uczestniczyć. Nie jest on wartością samą dla siebie. Wskazuje na to dzisiejsza Ewangelia, bardzo dobitnie mówiąc o przyczynach braku postu u uczniów Jezusa:

      Czy goście weselni mogą się smucić, dopóki pan młody jest z nimi? Lecz przyjdzie czas, kiedy zabiorą im pana młodego, a wtedy będą pościć (Mt 9,15).

      Post jest wręcz niestosowny w niektórych sytuacjach. Dla chrześcijan takim niestosownym czasem jest okres Wielkanocy i każda niedziela, bo są czasem radości ze zmartwychwstania Pana. Post byłby w tym przypadku zaprzeczeniem wiary, a przecież wierze powinien służyć.

      Warto jeszcze zwrócić uwagę na słowa proroka Izajasza. Pisze on zdumiewające zdanie, które później przytoczy św. Benedykt w Prologu Reguły: Wtedy zawołasz, a Pan odpowie, wezwiesz pomocy, a On [rzeknie]: Oto jestem! (Iz 58,9). Jest to obietnica czegoś, co nas zadziwia: oto Pan Bóg odpowiada na wołanie człowieka jak sługa! Można w tym tekście wyczuć ze strony Boga nawet pragnienie takiej odpowiedzi. On oczekuje, aby tak człowiekowi odpowiedzieć! I to – wydaje się – wydobywa św. Benedykt. Jednak jest jeden warunek, który można by streścić, sięgając do przypowieści o miłosiernym Samarytaninie: przemień prawdziwie swoje serce i bądź bliźnim dla drugiego. Jeżeli tak będzie, to Bóg wybiegnie na twoje spotkanie, wtedy prawdziwie się z Nim spotkasz. Stawać się bliźnim dla drugiego! Tego właśnie potrzeba do przemiany naszego serca. Po to także Bóg daje nam okres Wielkiego Postu.
    • iktoto Homilia Sob po Środzie Popielcowej 11.03.11, 21:32
      Sobota po Popielcu
      Iz 58,9b–14

      Łk 5,27–32

      Znana jest anegdota o mistrzu, który pytał uczniów o to, kiedy kończy się noc, a rozpoczyna dzień. Uczniowie różnie odpowiadali: jeden mówił, że wówczas, gdy człowiek zaczyna rozpoznawać przedmioty wokół siebie; inny: że wówczas, gdy człowiek zaczyna już odróżniać owcę od psa... W końcu mistrz powiedział: Kiedy w twarzy drugiego człowieka zaczynasz rozpoznawać swojego brata, kończy się noc i rozpoczyna się dzień.

      Ta piękna anegdota właściwie mówi to samo, o czym powiedział Izajasz:

      Jeśli podasz twój chleb zgłodniałemu i nakarmisz duszę przygnębioną, wówczas twe światło zabłyśnie w ciemnościach, a twoja ciemność stanie się południem (Iz 58,10).

      Metafora: Światło zabłyśnie w ciemnościach oznacza, że w człowieku budzi się sumienie. Światłem jest miłość. Trzeba w tym miejscu dodać, że jest ona tożsama z życiem. Innymi słowy: człowiek rodzi się do życia przez gest miłości! To może w logice tego świata brzmieć dziwnie, ale miłość, jaką okazujemy drugiemu człowiekowi, jest bardziej potrzebna nam niż jemu. Dla niego brak miłości jest bolesny, ale ten ból przeminie, natomiast dla nas miłość jest szansą na to, abyśmy się stali prawdziwie ludźmi. Jeżeli zaprzepaścimy tę okazję, stracimy siebie, stracimy coś dla nas najcenniejszego: pełnię życia.

      Następne słowa Proroka Izajasza właśnie w kategoriach odrodzonego życia przedstawiają skutki gestu miłosierdzia:

      Pan cię zawsze prowadzić będzie, nasyci duszę twoją na pustkowiach. Odmłodzi twoje kości, tak że będziesz jak zroszony ogród i jak źródło wody, co się nie wyczerpie. Twoi ludzie zabudują prastare zwaliska, wzniesiesz budowle z odwiecznych fundamentów. I będą cię nazywać naprawcą wyłomów, odnowicielem rumowisk – na zamieszkanie (Iz 58,11n).

      Rozpoczyna się ożywienie tego, co było martwe, a następnie dalszy rozwój aż do pełni, którą jest obcowanie z Bogiem. Szabat jest właśnie czasem spędzanym z Bogiem: jeśli nazwiesz szabat rozkoszą, a święty dzień Pana – czcigodnym (...), wtedy znajdziesz twą rozkosz w Panu (Iz 58,13n).

      Izajasz przedstawia w ten sposób pełną perspektywę, drogę wiodącą do spotkania z Bogiem. Rozpoczyna się ona od gestu miłosierdzia, czyli miłości jako daru dla drugiego, a jej kresem jest miłość jako pełne obdarowanie.

      I w tym kontekście warto spojrzeć na dzisiejszą Ewangelię. Faryzeuszom brakło przede wszystkim miłosierdzia i zrozumienia dla innych ludzi, dlatego pomimo swojej wielkiej pobożności i wierności praktykom religijnym pozostawali martwi. Największym ich dramatem było pozostawanie w przekonaniu, że właśnie oni są żywi, a cały świat martwy moralnie. Aby zacząć się leczyć, czyli aby zacząć wracać do zdrowia, aby rozpoczęła się droga opisana przez Izajasza, potrzeba zrozumienia, że się jest chorym i decyzji o pójściu do „lekarza”. W tym momencie najczęściej wszystko się załamuje. Wydaje się nam, że jesteśmy zdrowi albo że sami sobie jakoś poradzimy. Jest to wielkie złudzenie! I trzeba powiedzieć, że bardzo często mu ulegamy. Wówczas rozpoczyna się wręcz odwrotny proces: szukanie racji dla usprawiedliwiana siebie. W tę pułapkę wpadli faryzeusze. Pan Jezus jednak zdecydowanie mówi: Nie przyszedłem wezwać do nawrócenia sprawiedliwych, lecz grzeszników (Łk 5,32), wskazując na to, że nie będzie leczył na siłę nikogo, kto uważa się za zdrowego.

      Prawdziwy gest miłosierdzia wobec ludzi słabych i upadających wyrasta z doświadczenia własnej słabości i potrzeby pomocy. Wówczas zauważamy, że nie jesteśmy lepsi od innych, nawet tych upadłych. Od zrozumienia tej prawdy rozpoczyna się powrót do życia. Wielki Post jest nam dany, abyśmy się nawrócili i pokutowali za własne grzechy po to, aby dojść do życia. Zwieńczeniem Wielkiego Postu jest Święte Triduum i misterium paschalne – tajemnica życia odrodzonego, życia zrodzonego ze śmierci. Taka jest nasza droga, droga uczniów Chrystusa.
    • iktoto Homilia 1 Nd WP A 12.03.11, 21:45
      1. Niedziela WP A
      Rdz 2,7–9; 3,1–7

      Rz 5,12–19

      Mt 4,1–11

      Nie tak samo ma się rzecz z przestępstwem jak z darem łaski. Jeżeli bowiem przestępstwo jednego sprowadziło na wszystkich śmierć, to o ileż obficiej spłynęła na nich wszystkich łaska i dar Boży, łaskawie udzielony przez jednego Człowieka, Jezusa Chrystusa (Rz 5,15).

      Te słowa św. Pawła wspaniale wprowadzają nas w okres Wielkiego Postu, okres szczególnej łaski – łaski nawrócenia. Jeżeli jest to łaska nawrócenia, to nawrócić możemy się jedynie z czegoś, z upadku, z bezdroży, z grzechu. W przeciwnym razie wezwanie do nawrócenia byłoby pustym hasłem. Uświadomienie sobie własnej grzeszności jest dlatego tak ogromnie ważne, bo bez takiej świadomości nie potrafimy prawdziwie zrozumieć i przyjąć łaski jako łaski.

      Pius XII pisał: „grzechem tego wieku jest utrata poczucia grzechu”. Jan Paweł II potwierdza to i wyraźnie wskazuje na powiązanie między poczuciem Boga i poczuciem grzechu. Bez jednego brak drugiego i odwrotnie. Ale przypomnijmy: nie grzech jest najważniejszy, lecz łaska i ona jest zasadniczym tematem dzisiejszych czytań. Grzech stanowi swoiste tło, na którym pojawia się łaska.

      Zwykle kojarzymy okres Wielkiego Postu z pokutą. Nie jest to złe skojarzenie, ale nie mówi ono najistotniejszej prawdy o tym czasie: czasie łaski nawrócenia. Pokuta i post nie są celem same w sobie, ale służą nawróceniu. Jeżeli tylko na nie zwrócimy uwagę, to możemy zagubić to, co najważniejsze: powrót do Boga. Kiedy jednak o nich zapomnimy – co dzisiaj staje się wielką pokusą – nawrócenie może zostać sprowadzone do rytuału lub emocjonalnego przeżycia. Pa­mię­tam piękną formułę o. Piotra Rostworowskiego, który mówił: „Jeże­li masz kłopoty z modlitwą, zacznij pościć!”.

      Kościół w pierwszym czytaniu przypomina nam tajemnicę grzechu, która jest obecna w sercu każdego za nas. Niemniej, kiedy porównamy pierwsze czytanie i Ewangelię, to ich wspólnym elementem jest pokusa. W pierwszym przypadku człowiek uległ pokusie, czego skutkiem był grzech. Podczas czterdziestodniowego pobytu na pustyni Pan Jezus także doświadczył kuszenia – warto przy okazji sobie uświadomić, że sama pokusa nie jest jeszcze grzechem! Pan Jezus pokusę zwalczył. Zwróćmy uwagę na to, na czym skupia się pokusa szatańska.

      W raju szatan wpierw mówił: Czy to prawda, że Bóg powiedział: “Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” (Rdz 3,1). To pozorne pytanie zawiera w sobie sugestię, jakoby Bóg nałożył na człowieka zbyt duży ciężar. Następnie szatan powiedział: Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło (Rdz 3,4n). Tym razem już bezpośrednio podważył wiarę w Bożą bezwarunkową dobroć i bezinteresowność. Zauważmy, że szatan wcale nie mówił: „Zerwij owoc z drzewa!”, czyli nie namawia wprost do przekroczenia Bożego zakazu. On jedynie podważa nasze zawierzenie Bogu i wiarę w Jego dobroć.

      Zauważmy, że w kuszeniu na pustyni chodzi o coś w istocie bardzo podobnego. Ewangelia mówi o trzech pokusach. Każda z nich jest próbą podważenia więzi z Bogiem, zachwiania zaufania do Boga, wiary w Jego bezwarunkową dobroć i miłość. Trzy pokusy odpowiadają pokusom, jakim uległ historyczny Izrael na pustyni przez zwątpienie w Boga i Jego opiekę. Tajemnica nieprawości, której początek widzimy w raju, ma zarówno wymiar indywidualny, jak i społeczny. Chrystus, zwyciężając pokusy, zwycięża je w obu tych wymiarach. Rozpoczął w ten sposób jakby nową historię. Święty Paweł napisał: czyn sprawiedliwy Jednego (czyli Jezusa) sprowadza na wszystkich ludzi usprawiedliwienie dające życie. I podobnie: przez posłuszeństwo Jednego wszyscy staną się sprawiedliwymi (Rz 5,18n). To staje się prawdą w naszym życiu, jeżeli podejmujemy Jezusowe zawierzenie i posłuszeństwo Ojcu. One są fundamentem naszego zbawienia. Właściwie całe orędzie ewangelii zawiera się w tej prawdzie: Bóg jest Ojcem miłosiernym, który pragnie dla nas prawdziwego dobra.

      Zobaczmy, jak paradoksalnie to, co się zawierało w szatańskiej pokusie, mianowicie: otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło (Rdz 3,5), było i jest stałym zamiarem Ojca względem nas. Stwarzając człowieka, stworzył go na „swój obraz i podobieństwo”. A posyłając swojego Syna, zapragnął uczynić człowieka swoim przybranym dzieckiem. Pan Jezus przed swoim odejściem powiedział do apostołów:

      Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni jego pan, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego (J 15,15).

      Bóg od początku pragnął człowiekowi dać „poznanie dobra i zła”, wprowadzić go w żywą więź, a nawet komunię z sobą, co rzeczywiście dokonuje się przez Jezusa Chrystusa, Jego Syna. To, w co On nas wprowadza, jest większe niż to, co obiecywała pokusa. Ale wprowadzić w poznanie prawdy mógł jedynie On, Logos, Słowo Przedwieczne.

      Pokusa mami człowieka jakimś dobrem, które wydaje się człowiekowi wielkie, wskazując, że powinien sam po to dobro sięgnąć. Ceną zawsze jest zerwanie więzi pełnego zaufania Bogu, który pragnie nam dać więcej, niż sobie z tego zdajemy sprawę. Z naszej strony Bóg oczekuje jedynie synowskiego zaufania.

      Dlatego też Pan Jezus nie tylko pokazuje na swoim przykładzie, jak mamy zwalczać pokusy Złego, ale uczy właściwej postawy wobec Boga. Może najlepiej wyraża ją modlitwa, jakiej nas uczy: Kiedy będziecie się modlić, mówcie: Ojcze, niech się święci Twoje imię... (Łk 11,2nn). Duch tej modlitwy całkowicie przeciwstawia się postawie, która jest skutkiem grzechu. Ważne jest, abyśmy, odmawiając ją codziennie, uczyli się właściwej postawy i w niej trwali stale, nie dając się zwieść rozmaitym pokusom, jakie na nas przychodzą. Trzeba, byśmy pamiętali, że łaska, z jaką do nas przychodzi Pan, jest większa, niż sobie to wyobrażamy. I jedynie pełna ufność dziecka pozwala nam ją ostatecznie przyjąć.
    • iktoto Homilia 1 Pn WP 13.03.11, 19:15
      1. Poniedziałek WP
      Kpł 19,1–2.11–18

      Mt 25,31–46

      Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty, Pan, Bóg wasz! (Kpł 19,2).

      Tym zdaniem rozpoczyna się tak zwany „kodeks świętości”. Jest to bardzo głębokie wezwanie, sięgające samego źródła naszego życia.

      Przede wszystkim zakorzenienia nas w tajemnicy stworzenia na „obraz i podobieństwo Boga”: bądźcie wy... bo Ja jestem”. Okazuje się, że normą dla człowieka nie jest żaden ideał brany z refleksji nad istotą człowieka, z zasad życia, czy porównania z czymś innym , ani żaden człowiek, nawet „do­sko­na­ły”, ale Bóg. On jest punktem odniesienia. Gdzie zatem mamy szukać wzoru? Nie w człowieku, nie w porównywaniu się z innymi, ale w Bogu, co konkretnie wyraża istniejące w nas sumienie, czyli tajemnica Jego głosu wewnątrz nas.

      Drugim ważnym wnioskiem, jaki wynika z owego kodeksu, jest zrozumienie, na czym polega świętość. Kodeks mówi:

      Nie będziecie kraść, nie będziecie kłamać, nie będziecie oszukiwać jeden drugiego (...) Nie będziesz uciskał bliźniego, nie będziesz go wyzyskiwał (...) Nie będziesz żywił w sercu nienawiści do brata (Kpł 19,11.13.17).

      Przypomina się tutaj „złota zasada” mówiąca: „nie czyń bliźniemu, co tobie niemiłe” (por. Mt 7,12). Wymienione nakazy są eksplikacją tej zasady. Chodzi o pewną wrażliwość na drugiego, wynikającą ze współodczuwania, solidarności. Można by powiedzieć, że człowiek nie może stawać się podobny do Boga, jeżeli nie jest wrażliwy na potrzeby bliźniego, jeżeli nie ma w sobie właściwej wrażliwości w konkretnych sytuacjach, jeżeli nie otwiera się na głos sumienia, aby pójść za nim.

      Ewangelia odsłania jeszcze głębszą perspektywę naszej wrażliwości na bliźniego. Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili (Mt 25,40). Można by powiedzieć – analogicznie do „złotej zasady” – „Nie czyń drugiemu, co krzywdzi Chrystusa!”. I takie sformułowanie zasady jest poprawniejsze, niż klasyczne. Każdy z nas może mieć w pewnych dziedzinach złe ukierunkowania, upodobania i dlatego nieczynienie czegoś, co dla nas niemiłe, wcale nie musi oznaczać, że wówczas nie czynimy zła. Wobec Chrystusa, który jest prawdą i dobrem, ta zasada jest jednoznaczna: chodzi o dobro i zło prawdziwe, obiektywne, a nie o nasze subiektywne odczucia.

      Nie to jednak wydaje mi się najważniejsze z zacytowanego fragmentu Ewangelii. Istotniejsze jest to, że Bóg solidaryzuje się z człowiekiem i to człowiekiem potrzebującym i cierpiącym. Na pytanie o postawę Boga wobec cierpienia człowieka odpowiedzią jest przyjęcie przez Niego krzyża i przez to solidarność z cierpiącym. Krzyż dał Chrystusowi prawo do pełnej solidarności z cierpiącym i do powiedzenia: coście uczynili jednemu z tych moich braci najmniejszych, Mnieście uczynili.

      Dotykamy tutaj ponadto tajemnicy początku: stworzenia człowieka na obraz i podobieństwo Boże. Z jednej strony prawdziwym i doskonałym obrazem Boga jest Chrystus – Bóg i Człowiek, a z drugiej strony wyżej wspomniane utożsamienie wskazuje na konkretność tego obrazu: czyn dobry lub zły wobec człowieka staje się czynem wobec Boga, bo człowiek nie tylko jest Jego obrazem, ale w Chrystusie stał się Jego bratem. W Chrystusie została odnowiona żywa więź człowieka z Bogiem, więź, którą utraciliśmy przez grzech.

      Otwarcie się na sumienie, do czego wzywa nas pierwsze czytanie, prowadzi do rozpoznania Chrystusa w sobie, do wrażliwości na Jego realną obecność. Eucharystia jest tego misterium i szkołą.
    • iktoto Homilia 1 Wt WP 14.03.11, 21:37
      1. wtorek WP
      Iz 55,10–11

      Mt 6,7–15



      Niech Twoja wola się spełnia na ziemi, tak jak w niebie (Mt 6,10).

      Codziennie o to się modlimy. Jednocześnie u Izajasza czytamy, że słowo, które wychodzi z ust Boga, nie wraca do Niego bezowocne, zanim wpierw nie dokona tego, co chciał (Iz 55,11). Dlaczego zatem mamy prosić o spełnienie się Jego woli, kiedy ona i tak się spełni?

      Przede wszystkim musimy sobie zdać sprawę z tego, jaka jest ta Boża wola. Czego dotyczy? Święty Paweł nazwie ją „tajemniczym planem” ukrytym przez wieki, a objawionym w Chrystusie. Tajemniczy plan odnosi się do naszego zbawienia, jest on Bożym zamysłem zbawienia człowieka. Jeżeli byśmy powiedzieli, że nie trzeba się modlić o wypełnienie się tego planu, to tym samym odcięlibyśmy się od niego samego, a to oznacza, że nie chcielibyśmy, aby się on spełnił. Bóg, stwarzając nas bez naszego przyzwolenia, nie chce zbawić nas bez naszego udziału. Nie będzie nam narzucał zbawienia wbrew naszej woli. Modlitwa o spełnienie się Bożej woli wyraża nasze pragnienie, aby tak się stało. Jest ona jednocześnie dla Boga zaproszeniem, aby dokonał w nas tego, co zamierzył. To otwarcie drzwi naszego serca, aby On mógł w pełni działać w nas.

      Spontanicznie najbardziej pragniemy, aby się spełniły nasze pragnienia i oczekiwania. Są one dzisiaj bardzo mocno podsycane zarówno przez wychowanie, jak i przez propagandę ideału szczęścia polegającego na zrealizowaniu się ludzkich pragnień. Nie jest to jednak to, czego nas uczy Pan Jezus. Kiedy mówi, żebyśmy na modlitwie nie byli jak poganie, którzy myślą, że przez wielomówstwo będą wysłuchani, ostrzega nas przed postawą forsowania swoich pragnień. Modlitwa „Ojcze nasz”, którą nam zaleca, właściwie koncentruje się wokół realizacji Bożego zamysłu. Już samo zwrócenie się do Boga słowem „Ojcze” oznacza przylgnięcie do Niego jako do wychowawcy. On wie lepiej od nas, co jest dobre. Pierwsze prośby odnoszące się do Jego świętości, królestwa i woli („prośby Ty”wink jedynie podkreślają, że pragniemy wypełnienia się Jego zamysłu miłości. Natomiast prośby odnoszące się do naszego życia („prośby my”wink koncentrują się jedynie wokół tego, co niezbędne, abyśmy mogli osiągnąć Jego królestwo: chleba powszedniego (chodzi tylko o to, co konieczne do życia, a może nawet o Eucharystię, a nie o zwyczajny chleb), odpuszczenie win i pomoc, byśmy nie ulegli pokusie. Cała modlitwa jest wielkim gestem powierzenia się Bogu i oddania Mu siebie, aby On zrealizował w nas swój plan zbawienia.


    • iktoto Homilia 1 śr WP 15.03.11, 18:09
      1. środa WP
      Jon 3,1–10

      Łk 11,29–32

      A oto tu jest coś więcej niż Jonasz (Łk 11,32).

      Dziwi nas oczekiwanie, z jakim Pan Jezus zwraca się do ludzi. Oczekuje od nich, że powinni rozpoznać w Nim Mesjasza, posłańca Bożego, a być może nawet domaga się, by rozpoznali w Nim Syna Bożego, na co wskazuje choćby dialog z Filipem. Po ludzku biorąc, nie było to takie łatwe. Nosimy w sobie wiele niepewności, wątpliwości, szczególnie jeżeli spotykamy się z rzeczywistością, która nas przerasta. Tylu było oszustów ludzi, którzy uważali się za mesjaszy, pociągali za sobą tłumy, a wszystko kończyło się tragedią. Pamiętamy wywód Gamaliela przed sanhedrynem w obronie uczniów Chrystusa, w którym przytacza podobne przykłady z tego czasu. Niemniej Pan Jezus wręcz domaga się widzenia i rozpoznania w Nim przynajmniej posłańca od Boga. W dzisiejszej Ewangelii mamy przykład Jego zirytowania się na ludzi, bo domagają się od Niego znaku, niejako udowodnienia, że jest Mesjaszem.

      Przypominają się w tym miejscu pokusy, jakie przeżywał na pustyni:

      Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół, jest bowiem napisane: Aniołom swoim rozkaże o Tobie, a na rękach nosić Cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień (Mt 4,6 – Ewangelia z minionej niedzieli).

      Szatan kusił Go, by sprawdził, czy rzeczywiście jest Mesjaszem. Pan Jezus odmówił: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego (Łk 4,12). Domaganie się od Jezusa znaku przypomina owo kuszenie. I trzeba powiedzieć, że bierze się ze sposobu widzenia rzeczywistości przez człowieka po upadku. Grzech pierworodny właściwie polega na utracie pierwotnej ufności w odniesieniu do Boga. Od tego momentu człowiek potrzebuje potwierdzenia, zewnętrznego, dowodu, aby uwierzyć. Takie nastawienie trwa do dzisiaj, a nawet dzisiaj szczególnie nabrało intensywności. Czy Ty rzeczywiście jesteś Mesjaszem? Udowodnij to!

      Chrystus nosi w sobie życie nieskalane grzechem, dlatego sceptycyzm ludzi Go dziwi, wręcz oburza, tym bardziej, że w ludzkiej postawie pobrzmiewa grzech, który zranił Boga. On, jako nowy Adam, przywraca właściwą więź z Ojcem. Nie może zatem ulec tej zranionej ludzkiej mentalności. On musi mieć w sobie bezwarunkowe zaufanie w stosunku do Ojca.

      Jednocześnie Jego pretensja stanowi dla nas wezwanie do tego, by mieć oczy do patrzenia. Przykład pogan, jakimi byli Niniwici, jest dla Żydów wręcz upokarzający. Oni, którzy stanowią naród wybrany, mieliby się uczyć od nierozumnych pogan właściwego stosunku do Boga?!

      U Boga nie ma względu na osobę, miły Mu jest ten, który słucha Go i idzie za Jego głosem: ani Żyd, ani kapłan, ani zakonnica, ani katolik zaangażowany... tylko człowiek, który potrafi przyjąć Boże wezwanie. Jak to się dzieje, że człowiek rozpoznaje głos Bożego wezwania w ustach drugiego człowieka? Pan Jezus mówi nam, że trzeba mieć uszy do słuchania (por. Mk 4,9 i inne). W Ewangelii według św. Jana daje piękny obraz owiec, które znają głos pasterza i dlatego idą za nim (zob. J 10,4). To słuchanie i rozeznanie dokonuje się w sercu człowieka. Zwykle mówimy o sumieniu. Katechizm określa je jako „sanktuarium człowieka, gdzie przebywa on sam z Bogiem, którego głos w jego wnętrzu rozbrzmiewa” (KKK 1776). W sumieniu istnieje otwarcie się na głos Boga, ale też ucieczka przed tym głosem. Człowiek szuka sobie innego głosu, który pozwala mu uzyskać potwierdzenie siebie, swoich wyborów, swojej wartości zgodnie z własnymi oczekiwaniami i wzorcami. Istnieje taka możliwość także u ludzi pobożnych. Zauważmy, że Pan Jezus spotyka takie zjawisko u wielu faryzeuszy. Należeli oni do najbardziej pobożnych ludzi, najbardziej wiernych tradycji i Bożemu Prawu. Uważali, że słuchają Boga. Niemniej litera Prawa zasłoniła im prawdziwy jego sens. Trzymanie się litery pozwalało im uwolnić się od słuchania sumienia, dając im jednocześnie poczucie sprawiedliwości. Boże, dzięki Ci, że nie jestem jak inni ludzie zdziercy, oszuści, cudzołożnicy... (Łk 18,11).

      Zupełnie inaczej wygląda interpretacja Prawa przez Pana Jezusa, jaką mamy w tak zwanym „Kazaniu na Górze”. Pan Jezus nie rozszerza jego zakresu, ale wnika w głąb jego sensu, wskazując na to, co się dokonuje w sercu: kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa (Mt 5,28). Przy takim podejściu do Prawa nikt nie może uczciwie powiedzieć, że nie zgrzeszył. Prawo nie tyle jest kryterium sprawiedliwości czy własnej doskonałości, ile szkołą wzrastania w człowieczeństwie. Dlatego też nikt nie może się czuć się lepszy od innych. Tak przeżywane prawo budzi w sercu pokorę.

      Natomiast faryzeusze, którzy uważali się za wiernych Bogu, za Jego sługi... nie przyjęli Syna Bożego, Jego żywego Słowa, gdy przyszło do nich. Stąd taki mocny wyrzut: Królowa z Południa powstanie na sądzie przeciw ludziom tego plemienia i potępi ich (...) Ludzie z Niniwy powstaną na sądzie przeciw temu plemieniu i potępią je (Łk 11,31n). Na innym miejscu Pan Jezus mówi: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego (Mt 21,31).

      Potrzeba odwagi otwarcia serca, które pozwala zakwestionować swoją doskonałość. Normalnie nie jest to możliwe i nikogo z nas na to nie stać. Staje się to możliwe jedynie wówczas, gdy uwierzymy w miłość Bożą, która przerasta wszystkie nasze grzechy; kiedy wraz z Chrystusem, który w geście miłości do końca oddał za nas swoje życie, stajemy przed Ojcem, który jest miłością.


    • iktoto Homilia 1 Czw WP 16.03.11, 19:44
      1. czwartek WP
      Est 4,17k.l.m.r.s.t

      Mt 7,7–12

      Proście, a będzie wam dane (Mt 7,7).

      Ta obietnica staje się czasem dla ludzi argumentem przeciw Bogu i wierze w skuteczność modlitwy. Mówią oni: prosiłem, tak bardzo prosiłem z całą wiarą, a Bóg nie wysłuchał mojej prośby! Znam przykład małej dziewczynki, która była bardzo pobożna, bardzo rozmodlona i miała bardzo prostą wiarę. Kiedy jej ojciec zachorował ciężko i był bliski śmierci, poszła do kościoła się modlić przed Najświętszym Sakramentem. W modlitwę włożyła całą wiarę i ufność. Na końcu uzyskała swoiste uspokojenie. Wstała od modlitwy z pewnością, że ojciec wyzdrowieje. Kiedy przyszła do domu, powiedziano jej, że ojciec właśnie zmarł. Stało się to wtedy, gdy się modliła w kościele. To stało się przyczyną jej załamania we wierze. Przestała wierzyć.

      Okazuje się, że modlitwa prośby staje się jednocześnie próbą i doświadczeniem wiary. Obietnica Chrystusa jest prawdziwa i rzetelna, ale niekoniecznie oznacza, że Pan Bóg spełnia nasze prośby dokładnie tak, jak sobie to wyobrażamy. I tutaj spotykamy się z doświadczeniem wiary. Pan Jezus, uzasadniając obietnice, mówi:

      Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, to o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą (Mt 7,11).

      W Ewangelii według św. Łukasza w analogicznym miejscu jest napisane: da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą (Łk 11,13). Zatem dobro, jakie Bóg chce nam dać, nie jest dowolnym dobrem przez nas oczekiwanym, ale dobrem prawdziwym, dobrem Bożym, a mianowicie dobrem Ducha Świętego. My sami nie wiemy, co jest prawdziwym dobrem. To wie jedynie Bóg.

      Bardzo mocno uświadomił tę prawdę Pan Jezus Piotrowi, który po zapowiedzi „wydania Syna Człowieczego w ręce ludzi i śmierci” próbował pocieszać Pana Jezusa, mówiąc: Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie (Mt 16,22). W odpowiedzi usłyszał: Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku (Mt 16,23). Ludzkie, nawet najlepsze chęci i pragnienia niekoniecznie odpowiadają prawdziwemu dobru. Czasem wręcz mogą pochodzić z podszeptu szatana.

      Modlitwa Pańska, która jest dla nas szkołą prawdziwej modlitwy, wszystko oddaje woli Boga: „bądź wola Twoja”. Nawet Pan Jezus, modląc się o oddalenia kielicha goryczy, ostatecznie oddaje sprawę woli Ojca.

      Modlitwa prośby okazuje się jednocześnie próbą wiary. Ze względu na obietnicę samego Pana mamy pewność, że jest ona wysłuchana. Jednocześnie często doświadczamy, że nie dzieje się tak, jak tego pragnęliśmy na modlitwie. Wówczas ujawnia się nasza prawdziwa ufność lub jej brak. Katechizm wskazuje na zasadniczą prawdę:

      Dawca jest cenniejszy niż udzielony dar – On jest „Skarbem”, 478 a jest w Nim serce Jego Syna; dar jest udzielany „jako dodatek” (KKK 2604).

      O co prosimy, gdy prosimy? Co w naszej prośbie jest najważniejsze? Kim jest dla nas Bóg, którego prosimy? Czy jedynie dostarczycielem dóbr? Co jest ważniejsze?

      Modlitwa jest prawdziwym spotkaniem z Bogiem; prawdziwe spotkanie to takie, w którym ten, którego spotykamy, jest ważniejszy od omawianej sprawy, od interesu. Czasem dochodzimy do tej prawdy przez wiele lat. Wspomniana mała dziewczynka, która załamała się w wierze, musiała przeżyć ok. 50 lat, zanim odkryła prawdziwe spotkanie z Bogiem. Być może, potrzebne jej było całe ludzkie doświadczenie żony i matki, która musiała się borykać z trudnościami i sama nie mogła bliskim dać tego, czego od niej oczekiwali. W końcu jednak Bóg ją przywołał do siebie i dał się poznać. I okazało się, jak są prawdziwe słowa Pana Jezusa: szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam (Mt 7,7). Ona całe życie szukała i rzeczywiście znalazła. Obecnie modli się o nawrócenie swojego męża, człowieka, który także szuka, ale ciągle nie umie uwierzyć. Jak Bóg wysłucha jej prośby? To jest wielkie misterium, w którym nie ma mechanicznego wynikania.
    • iktoto Homilia 1 Pt WP 17.03.11, 22:08
      1. piątek WP
      Ez 18,21–28

      Mt 5,20–26



      Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego (Mt 5,20).

      Są to mocne słowa! Faryzeusze byli bardzo rygorystyczni w wymaganiach religijnych i sami wypełniali skrupulatnie przyjęte zasady. Święty Paweł mógł pod koniec życia napisać o swoim życiu jako faryzeusz: co do sprawiedliwości legalnej – stałem się bez zarzutu (Flp 3,6). Jeżeli cytowane słowa Pana Jezusa potraktować jako wezwanie do większego rygoryzmu niż faryzeusze, to mogą one przerazić. Któż byłby w stanie je wypełnić?!

      Na czym polega jednak większa sprawiedliwość? Wskazuje to wyraźnie Pan Jezus w dalszej części Kazania na górze. Komentując przykazanie „nie zabijaj”, wcale nie rozszerza zakresu ry­go­ry­stycz­ne­go zakazu. W Starym Testamencie ten zakaz odnosił się do człowieka niewinnego. Jeżeli, na przykład ktoś umyślnie zabił drugiego, sam powinien był ponieść śmierć. Nawet przyłapani na cudzołóstwie powinni byli zostać ukamienowani. Pan Jezus nie zwiększa zakresu obowiązywania zakazu zabijania. Robi zupełnie coś innego: wskazuje na źródło złego czynu i stara się eliminować zło u zarania. Źródłem złych zamiarów, podobnie jak i dobrych, jest serce i właśnie je trzeba leczyć. Większa sprawiedliwość to miłosierdzie w sercu. Jeżeli myślimy jedynie w kategoriach formalnej sprawiedliwości, to uznamy, że nie wykroczył przeciw temu przykazaniu ten, kto nie zabił fizycznie drugiego. Natomiast Pan Jezus mówi, że zabójcą jest już ten, kto powiedział złe słowo, kto zgadza się w sobie na złość wobec drugiego, znieważa go, nienawidzi w sercu. Taki człowiek już przekroczył to przykazanie, bo zabił kogoś w swoim sercu, wyłączył go ze wspólnoty, a to znaczy, że wyłączył go z życia. Życie w Biblii jest zawsze współistnieniem, wspólnotą, wymianą istniejącą pomiędzy człowiekiem i Bogiem, co wyraża się w autentycznej więzi z drugim człowiekiem. Pan Jezus nie chce jednak wzbudzać w nas poczucia kompleksu ani skrupułów.

      Nikt z nas pewnie nie może powiedzieć o sobie, że nie powiedział drugiemu złych słów. Każdy zatem podpada pod karę, o jakiej mówi Pan Jezus. Jednak nie o karę idzie w Jego komentarzu do Prawa, ale o wzbudzenie w nas życia. Pragnie nam wskazać drogę rozwoju. Stawia pytania: Czy masz w sobie mi­ło­sier­dzie? Czy masz w sobie zrozumienie drugiego, zrozumienie jego słabości…? Rygorysta prawny nie spotykał jeszcze brata! Jest indywidualistą, zatroskanym o własne zbawienie, z pominięciem innych. Prawne zasady są dla niego nadzieją, bo jasno mu wskazują, co ma robić, aby się zbawić. Natomiast same czyny nie zbawiają. Zbawienie to nie nagroda za osiągnięcia, jak np. medal na olimpiadzie. Zbawienie to nowe życie w Chrystusie, życie miłością. Według słów Pana Jezusa miłość jest doskonałym wypełnieniem Prawa. Bez niej wszystko jest puste i pozbawione życia. Natomiast każdy gest miłości udziela życia przede wszystkim temu, kto ten gest wykonuje.

      Charakterystyczne jest kryterium, jakie Pan Jezus stawia przed nami, mówiąc o sądzie ostatecznym. Nie jest nim wypełnianie przepisów, zasad, ale gest miłości w odniesieniu do drugiego człowieka, który jednocześnie utożsamia z gestem wobec siebie:

      Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie… Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili (Mt 25,35n.40).

      To kryterium w zestawieniu z przypowieścią o miłosiernym Samarytanie można sformułować w postaci pytania: Czy okazałeś się bliźnim dla drugiego? Czy byłeś człowiekiem dla innych? Jeżeli wybieramy miłosierdzie, to znaczy, że wybieramy miłość, czyli udział w życiu Chrystusa. Ta zasada współistnienia stoi także u podstaw zasady pojednania się z drugim człowiekiem, zanim przystąpi się do ołtarza, aby złożyć ofiarę Bogu.

      Prorok Ezechiel mówi także o zasadzie życia zależnej od postawy sprawiedliwości:

      Jeśliby występny porzucił wszystkie swoje grzechy, które popełniał, a strzegł wszystkich moich ustaw i postępowałby według prawa i sprawiedliwości, żyć będzie, a nie umrze: nie będą mu poczytane wszystkie grzechy, jakie popełnił, lecz będzie żył dzięki sprawiedliwości, z jaką postępował (Ez 18,21n).

      Natomiast wybór zła oznacza wybór śmierci i utratę wszystkiego, co człowiek posiadał. Wszystko zależy od wyboru, jaki się dokonuje w sercu. Prorok Ezechiel zapewnia nas o miłosiernym zamiarze Boga: Czyż tak bardzo mi zależy na śmierci występnego – wyrocznia Pana Boga – a nie raczej na tym, by się nawrócił i żył? (Ez 18,23). Ten Boży zamysł jest dla nas pocieszający. Bogu zależy na naszym życiu. Jak ojciec miłosierny oczekuje On na nasze nawrócenie. Kiedy ono się dokonuje, dawne grzechy przestają istnieć.
    • iktoto Homilia 19.03. 19.03.11, 22:13
      19.03. – Świętego Józefa
      2 Sm 7,4–5a.12–14a.16

      Ps 89(88),2–3.4–5.27.29

      Rz 4,13.16–18.22

      Mt 1,16.18–21.24a

      Być ojcem. Co to znaczy?! Kto jest ojcem? Z tym pytaniem powiązane jest inne: Czyimi jesteśmy dziećmi?

      W przedziwny sposób św. Józef, mężczyzna, który nie był naturalnym ojcem dla nikogo, stał się wzorem ojca. Może wydać się to paradoksalne, ale jednak zawiera w sobie odniesienie do wielkiej prawdy, na którą wskazuje Pan Jezus w Ewangelii według św. Mateusza: Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie (Mt 23,9). Prawdziwym Ojcem człowieka jest jedynie Bóg. Odkrywając tę prawdę, niejako ponownie się rodzimy, uzyskujemy nową godność i pełny sens naszego życia.

      Jedynie Bóg jest naszym Ojcem! To niezwykłe, ale tak właśnie uczy nas Pan Jezus i to nie jedynie w przytoczonej wyżej wypowiedzi. Kiedy uczniowie zwrócili się do Niego z prośbą, by ich nauczył się modlić, powiedział: Kiedy będziecie się modlić, mówcie: Ojcze, niech się święci Twoje imię... (Łk 11,2). Słowo: „Ojcze” nie wyraża jedynie czułego, emocjonalnego zwrócenia się do Boga, ale zawiera w sobie istotną prawdę, którą konsekwentnie głosi Pan Jezus w całej Ewangelii. Na wiadomość, że przyszli do Niego krewni i chcą z Nim porozmawiać, powiedział: Moją matką i moimi braćmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i wypełniają je (Łk 8,21). Prawdziwą rodzinę Jezusa tworzą wszyscy, którzy w Bogu się zakorzeniają i odnajdują swoją tożsamość. W ten sposób wskazał On na powtórne narodzenie się, dzięki któremu możemy w pełni stać się sobą. O ile nasze naturalne narodzenie nastąpiło niezależnie od nas, o tyle to powtórne wiąże się z naszym osobistym wyborem. Święty Jan pisze w prologu swojej Ewangelii:

      Na świecie było /Słowo/, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał.
      Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli.
      Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego –
      którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili (J 1,10–13).

      W kontekście tej prawdy możemy głębiej zastanowić się nad sensem ojcostwa w ziemskim wymiarze. Święty Paweł w dzisiejszym drugim czytaniu wskazuje na Abrahama, do którego Bóg powiedział: Uczyniłem cię ojcem wielu narodów (Rz 4,17). Stał się on ojcem wielu przez swoją wiarę. Mówimy, że jest ojcem wierzących (zob. Rdz 17,5). Ojciec ziemski o tyle spełnia swoją funkcję, o ile sam zakorzenia się w Bogu i przekazuje dziecku to zakorzenienie. Ta prawda ma ogromne praktyczne konsekwencje w życiu. Pewien ksiądz napisał pracę magisterską z psychologii na temat satanistów. Zauważył, że sataniści pochodzili z różnych rodzin, bogatych i biednych, ale zawsze, niezależnie od tego, jaka była matka, wierząca lub nie, ojciec zawsze był albo niewierzący, albo religijnie obojętny, albo go w ogóle nie było. U żadnego z nich nie było ojca prawdziwie wierzącego. Zasadniczą postawą u satanistów, jak wiemy, jest odrzucenie Boga jako ojca i szukanie swojej tożsamości w więzi z szatanem, który w ich odbiorze jest im bliższy, bo się nimi interesuje. Znaczenie ojca we wprowadzaniu dziecka w życie religijne jest ogromne.

      Okazuje się zatem, że mężczyzna staje się prawdziwie ojcem swojego dziecka wtedy, gdy wskazuje na jedynego Ojca, kiedy staje się znakiem Jego obecności i działania, kiedy wprowadza w sztukę dialogu z Nim. Z praktyki duszpasterskiej można powiedzieć, że w przypadku, gdy takiego ojca brak, dziecko w późniejszym życiu ma duże trudności: zarówno w odniesieniu do swojej tożsamości, jak i w odnajdywaniu się w świecie wartości i to nie tylko religijnych.

      Aby takim ojcem można było być, trzeba samemu wejść w więź zawierzenia z Bogiem, prawdziwym Ojcem. Właśnie dzięki temu Abraham stał się ojcem narodów i nawet po trzech tysiącach lat od jego śmierci stale odnosimy się do niego.

      Jednocześnie tak rozumiane ojcostwo otrzymuje błogosławieństwo od Boga. Bóg je wypowiedział przez proroka Natana do Dawida:

      Wzbudzę po tobie potomka twojego, który wyjdzie z twoich wnętrzności… Ja będę mu ojcem, a on będzie Mi synem, Przede Mną dom twój i twoje królestwo będzie trwać na wieki. Twój tron będzie utwierdzony na wieki (2 Sm 7,11.14.16).

      Jak wiemy z dalszej historii, proroctwo wypełniło się nie tylko przez kilkuwiekowe panowanie potomków Dawida na tronie królewskim w Jerozolimie, ale w wymiarze o wiele głębszym przez narodzenie się w jego rodzie Mesjasza, Jezusa Chrystusa, który był Synem Bożym w pełnym sensie tego słowa. Ta obietnica urzeczywistniła się ostatecznie przez Józefa z Nazaretu, który nie był ojcem biologicznym. Jednak Jezus przez Józefa nosi tytuł „syna Dawida”, jakim określili Go dwaj niewidomi, kobieta kananejska i niewidomy spod Jerycha. Ulituj się nad nami, Synu Dawida! (Mt 9,27).

      W dziedzinie ojcostwa istnieje zatem przedziwna zasada: ojciec tym bardziej staje się ojcem, im bardziej swoje dziecko powierza Bogu, im bardziej zdaje sobie sprawę, że jest ono dzieckiem Boga, a on wychowuje je dla Boga. I jest to oczywiste w logice relacji osobowych. W wychowaniu dziecka chodzi o wprowadzenie go w pełnię wolności dobrze ukształtowanej na fundamencie prawdziwych wartości. A to w istocie oznacza właśnie wprowadzenie tego dziecka w żywą więź z Bogiem. Jeżeli spojrzymy na rolę św. Józefa, to ona właściwie na tym polegała: był on opiekunem Syna Bożego: Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło (Mt 1,20). I Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański (Mt 1,24).

      Tak pojęte ojcostwo jest jedną z form realizacji człowieka w bezinteresownym darze z siebie. Dlatego św. Józef pozostaje dla nas prawdziwym wzorem.
      • iktoto Homilia 2 Nd WP A 19.03.11, 22:13
        2. Niedziela WP A
        Rdz 12,1–4a

        2 Tm 1,8b–10

        Mt 17,1–9

        Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i za­pro­wadził ich na górę wysoką osobno (Mt 17,1).

        Przemienienie Pańskie wyraźnie nawiązuje do objawienia na Synaju. Dokonuje się ono na górze. Obie postacie ze Starego Testamentu: Mojżesz i Eliasz, były na Synaju i im obu objawił się tam Bóg. Tym razem trzech apostołów: Piotr, Jakub i Jan także stało się uczestnikami Bożego objawienia. Zarówno Mojżeszowi, jak i Eliaszowi na Syjonie Bóg dał bardzo ważne polecenia dotyczące ich dalszego działania w odniesieniu do narodu wybranego. Tradycyjnie w Biblii Mojżesz i Eliasz reprezentowali dwa filary Starego Testamentu: Prawo i proroków. Mojżesz otrzymał na Synaju Prawo, które Izrael miał zachowywać. Bóg powiedział kiedyś przez Mojżesza: Pan, Bóg twój, wzbudzi ci proroka spośród braci twoich, podobnego do mnie. Jego będziesz słuchał (Pwt 18,15). Na Taborze uczniowie usłyszeli nakaz: To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upo­dobanie, Je­go słu­chajcie (Mt 17,5). Obecnie Prawo nie jest już zapisane na kamiennych tablicach, ale zapisane jest życiem Osoby, On stał się dla nas Prawem od Boga, normą postępowania Jego uczniów. Pan Jezus powie później podczas Ostatniej Wieczerzy: To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem (J 15,12).

        W tym momencie Księgą Prawa staje się żywa Osoba Jezusa Chrystusa. W postaci pisemnej Prawo odnajdujemy w Ewangelii, która zawiera dzieła i naukę Jezusa. I faktycznie, kiedy spojrzymy na Ewangelię Mateusza, zauważymy, że jest ona ukształtowana w swojej strukturze na wzór Pięcioksięgu. Nauka Jezusa jest ujęta w pięciu wielkich mowach: Kazaniu na Górze (rozdz. 5–7); mowie misyjnej (10,5–42); przypowieściach (13,1–52); mowie do uczniów (rozdz. 18) i mowie eschatologicznej (rozdz. 24–25).

        Obecność Mojżesza i Eliasza oznacza jednocześnie, że w Jezusie spełniają się oczekiwania zawarte zarówno w Prawie, jak i u proroków. Święty Paweł napisze potem o Jezusie: Albowiem ile tylko obietnic Bożych, w Nim wszystkie są tak. Dlatego też przez Niego wypowiada się nasze Amen Bogu na chwałę (2 Kor 1,20).

        Jednak ważne jest to, że Tabor nie jest finałem Bożego objawienia, podobnie jak nie był finałem objawienia Synaj. Tam raczej rozpoczęła się historia przymierza Boga z Jego ludem. W Ewangelii Tabor przygotowuje uczniów do pełnego objawienia, które się dokona w Jerozolimie przez śmierć na krzyżu i zmartwychwstanie. Tabor wskazuje zstępujące ramię paraboli, jaką w całości opisuje hymn o kenozie Jezusa (św. Paweł w Flp 2,6–11):

        On będąc w postaci Boga
        nie uznał swojej równości z Bogiem
        za coś, co trzeba bezwzględnie utrzymać,
        ale sam siebie ogołocił
        przyjąwszy postać sługi,
        i stał się podobny do ludzi,
        tak że zewnętrznie wyglądał [tylko] na człowieka (Flp 2,6n).

        Chrystus ukazał uczniom, Kim Jest, a tym samym objawił, czym było Jego wcielenie. Dnem paraboli będzie krzyż, a zmartwychwstanie i wniebowstąpienie ramieniem wstępującym aż do zasiadania po prawicy Ojca.

        Podobnie uczniowie: po zobaczeniu jaśniejącego oblicza Chrystusa, idą z Nim „w dół”, w życie, aby z Nim iść aż do Jerozolimy i przeżyć Jego paschę. To doświadczenie da im moc do dawania świadectwa wierze. My podobnie – zawierzywszy prawdzie Ewangelii, która rzuca światło na ży­cie i nie­ś­mier­tel­ność (1 Tym 1,10) –, musimy iść dalej w kierunku naszej tajemnicy paschalnej, która będzie udziałem w Jego passze. Zazwyczaj tak się dzieje, że w młodości jesteśmy zdrowi, pełni życia. Na starsze lata męczą nas choroby i cierpienie. Mamy szansę wtedy mieć udział w Jego cierpieniach, jeżeli przyjmiemy je z cierpliwością i świadomie jako udział w Jego krzyżu. To czas życiowych rekolekcji dla nas, rekolekcji, które są rozświetlone światłem Ewangelii.

        Istotne jest to, abyśmy wyszli i podążali za Jego głosem. To jest droga zawierzenia. Pierwszym wezwanym do pójścia nią był Abraham. Dzisiejsze czytanie opisuje to powołanie: Wyjdź z twojej ziemi ro­dzin­nej i z domu twego ojca do kraju, który ci uka­żę (Rdz 12,1). Trzeba wyjść z zasklepienia się w sobie, z zatroskania się o siebie w płaszczyźnie ziemskich trosk. Wyjść, aby pójść za Chrystusem jako Przewodnikiem, za Jego obietnicą pełni życia. Na tej drodze Bóg błogosławił Abrahamowi, czyli obdarzył go radością życia, a ponadto zapewnił: będę ci bło­go­sła­wił i twoje imię rozsławię: staniesz się bło­go­s­ła­wień­stwem... Przez ciebie będą otrzy­my­wa­ły błogosławieństwo lu­dy całej ziemi (Rdz 12,2n). Jeżeli rzeczywiście idziemy za Chrystusem, to samo dzieje się w naszym życiu: stajemy się błogosławieństwem dla innych przede wszystkim przez to, że jesteśmy w stanie prawdziwie głosić im Ewangelię rzucającą światło na ży­cie i nie­ś­mier­tel­ność.

    • iktoto Homilia 2 Pn WP 21.03.11, 22:31
      2. Poniedziałek WP
      Dn 9,4b–10

      Łk 6,36–38



      Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny (Łk 6,36). Mamy być takimi, jaki jest Bóg. Dla nas to polecenie będzie miało taki sens: „Stawaj się takim, jak widzisz, że Bóg jest”. Zauważmy, jak niezmiernie ważny jest obraz Boga, jaki w sobie nosimy. Kim jest dla mnie Bóg? Kim ja jestem dla Niego? Te podstawowe pytania rozstrzygają o naszej postawie.

      Odpowiedzi na nie nie ograniczają się do naszych wyobra­żeń o Bogu. O tym, Kim jest dla mnie Bóg, nie tyle rozstrzyga moje wyobrażenie czy sposób myślenia i mówienia o Nim, lecz to, jak w życiu praktycznie się do Niego odnoszę. Jaki jest rodzaj mojej więzi z Bogiem? Jeżeli staję przed Nim, to przed Kim staję? Czy przed władcą, którego się lękam? Czy przed sędzią, który mnie ocenia, i oczekuję od niego akceptacji moich czynów? Czy przed Kimś, kto w tajemniczy sposób jest głębiej we mnie niż ja sam i przemawia do mnie ze środka, z samego serca?

      Istnieje piękna opowieść biblijna o proroku Jonaszu, która ukazuje, jak człowiek może doskonale wiedzieć, że Bóg jest miłosierny, ale jednocześnie zupełnie tego nie przyjąć. Wręcz przeciwnie – Jonasz miał o to do Boga pretensje. Pamiętamy, że dostał od Boga polecenie, żeby poszedł do wielkiego miasta Niniwy i wzywał mieszkańców do nawrócenia, bo inaczej grozi im całkowita zagłada. Jonasz uciekł w zupełnie prze­ciw­nym kierunku. Pamiętamy całą historię o burzy na morzu, o wielkiej rybie, która go połknęła, o wyrzuceniu go na brzeg i o tym, że tak zmuszony przez Boga, ostatecznie poszedł i głosił słowo Boże do mieszkańców pogańskiego miasta, którzy na podstawie jego orędzia się nawrócili i uniknęli zniszczenia.

      Rzadziej jednak zwracamy uwagę na bardzo ciekawy wątek dialogu Jonasza z Bogiem. Otóż Jonaszowi nie podobało się to, że Bóg ulitował się nad Niniwitami. W czwartym rozdziale Księgi Jonasza czytamy:

      Nie podobało się to Jonaszowi i oburzył się. Modlił się przeto do Pana i mówił: „Proszę, Panie, czy nie to właśnie miałem na myśli, będąc jeszcze w moim kraju? Dlatego postanowiłem uciec do Tarszisz, bo wiem, żeś Ty jest Bóg łagodny i mi­ło­sier­ny, cierpliwy i pełen łaskawości, litujący się nad niedolą. Teraz Panie, zabierz, proszę, duszę moją ode mnie, albowiem lepsza dla mnie śmierć niż życie”. Pan odrzekł: „Czy uważasz, że słusz­nie jesteś oburzony?” (Jon 4,1–4).

      Ta historia ma dowcipne rozwiązanie. Jonasz bowiem zatrzymał się na zboczu niedaleko miasta, aby obserwować, co się będzie działo, co Bóg ostatecznie zrobi z miastem. Znalazł sobie wygodne miejsce w cieniu rycynowca. Następnego dnia jednak krzew usechł.

      A potem, gdy wzeszło słońce, zesłał Bóg gorący, wschodni wiatr. Słońce prażyło Jonasza w głowę, tak że osłabł. Życzył więc sobie śmierci i mówił: „Lepiej dla mnie umrzeć aniżeli żyć”. Na to rzekł Bóg do Jonasza: „Czy słusznie się oburzasz z powodu tego krzewu?”. Odpowiedział: „Słusznie gniewam się śmiertelnie”. Rzekł Pan: „Tobie żal krzewu, którego nie uprawiałeś i nie wyhodowałeś, który w nocy wyrósł i w nocy zginął. A czyż Ja nie powinienem mieć litości nad Niniwą, wielkim miastem, gdzie znajduje się więcej niż sto dwadzieścia tysięcy ludzi, którzy nie odróżniają swej prawej ręki od lewej, a nadto mnóstwo zwierząt?” (Jon 4,8–11).

      Widzimy, jak nie wystarczy wiedzieć, że Bóg jest łagodny i miłosierny, cierpliwy i pełen łaskawości, litujący się nad nie­dolą. Nie wystarczy to wiedzieć. Potrzeba czegoś więcej, trzeba dać się porwać duchowi, jaki jest w Bogu. Konkretnie: trzeba współ­czucia. Może lepiej powiedzieć: współ-odczuwania, solidarności z drugim człowiekiem. Dopiero wówczas obraz Boga-miłoś­ci zaczyna nas kształtować i możemy stawać się prawdziwie Jego dziećmi, nie zamykając się w swoich urazach, pretensjach, gnie­wach, złościach..., ale wchodząc w Jego życie.

      W Ewangelii Pan Jezus zaleca, a jednocześnie obiecuje nam:

      Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone. Dawajcie, a będzie wam dane; miarę dobrą, ubitą, utrzęsioną i wypełnioną ponad brzegi wsypią w zanadrza wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie (Łk 6,37n).

      Tutaj jednocześnie ukazuje się właściwa logika przykazań Pana Jezusa. Nie chodzi w nich o normy i zasady, według których będziemy osądzani na zasadzie: coś za coś. Chodzi w nich o to, byśmy uzyskali pełnię życia. Zauważmy, te wszystkie zalecenia są właściwie rozwinięciem pierwszego zdania dzisiej­szej Ewangelii: Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny (Łk 6,36). Zarówno brak osądzania innych, jak brak potępiania, odpuszczanie win prawdziwie wyrażają miłosierdzie względem drugiego człowieka. I według miary tego miłosierdzia sami będziemy traktowani.

      Przypomina się w tym miejscu przypowieść o dwóch dłuż­ni­kach z Mt 18,23–35, w której pan postępuje względem sługi według miary jego potraktowania swojego współsługi:

      Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą? I uniesiony gniewem pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu całego długu nie odda (Mt 18,32–34).

      Otóż jeżeli nasza wiara w Boga, nasze widzenie Boga, nie uzyskają bardzo konkretnego kształtu w naszym życiu, dopóki nie zaczniemy według nich żyć, nie potraktujemy Boga jako nasze­go Mistrza i Nauczyciela, dopóty nasza wiara pozostanie martwa i nie poprowadzi nas do życia. Święty Jan Ewangelista pisze bardzo jednoznacznie w swoim liście:

      Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy, kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga. Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością (...)

      I nieco dalej Jan pisze:

      Umiłowani, jeśli Bóg tak nas umiłował, to i my winniśmy się wzajemnie miłować. Nikt nigdy Boga nie oglądał. Jeżeli miłuje­my się wzajemnie, Bóg trwa w nas i miłość ku Niemu jest w nas doskonała (...)

      I na końcu czwartego rozdziału:

      Jeśliby ktoś mówił: Miłuję Boga, a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi (1 J 4,7n.11n.20).

      Ostatecznie zatem o naszej wierze i naszej więzi z Bogiem rozstrzyga praktyka życia. Bardzo ważny jest nasz stosunek do drugiego człowieka, mianowicie to, kim on dla nas jest, jak go traktujemy. Czy jest naszym bratem, czy może obcym, konkurentem, a może zagrażającym nam wrogiem? Kim jest drugi człowiek? Nasza wiara jest bardzo konkretna, jest religią wcieloną i dlatego musi uzyskać materialny kształt w postaci naszych czynów. One dopiero wskazują, czy jest ona prawdziwą wiarą, czy jedynie deklaracją bez pokrycia, ideologią, która daje nam dobre mniemanie o sobie samych.

      • iktoto Homilia 2 Wt WP 21.03.11, 22:31
        2. Wtorek WP
        Iz 1,10.16–20

        Mt 23,1–12



        „Czyńcie, księże prałacie, jako nauczacie”. To znane po­wie­dze­nie streszcza w formie wezwania to, co mówi dzisiejsza Ewangelia. Jej słowa są do dzisiaj bardzo aktualne. Odnoszą się przede wszystkim do nas, kapłanów – tych, którzy dzisiaj spełniają podobną funkcję, jak uczeni w Prawie za czasów Pana Jezusa. Nie jest łatwo mówić publicznie o sobie. Nikt nie jest dobrym sędzią we własnej sprawie. Często staramy się bronić siebie: „to inni są nieautentyczni, nie my”, „te słowa odnoszą się do innych, nie do nas” itd. Można nawet przyjąć ton oskarżania siebie, ale w tym oskarżeniu siebie i tak kłamać.

        Jednak nie tylko kapłani głoszą prawdę Ewangelii. Każdy chrze­ścijanin jest do tego wezwany. Każdy, kto uchodzi za chrześcijanina, staje się świadkiem wiary w swoim środowisku, czy tego chce, czy nie. Przez jego postawę inni odczytują praw­dziwość samej Ewangelii. Do nas wszystkich odnoszą się słowa z dzisiejszego pierwszego czytania: Dlaczego oszukujemy jeden drugiego, znieważając przymierze naszych przodków? (Ml 2,10).

        Przyjrzyjmy się jednak nieco bliżej czytaniom, zastanówmy się, co z nich wynika dla nas. O co chodzi Bogu, czego oczekuje od nas Pan Jezus? Na wstępie uderza ostrzeżenie przed obłudą religijną: „głoszą, stwarzają pozory, a sami nie żyją tym, co głoszą”. Jeżeli przejrzymy całość orędzia Pana Jezusa, to zobaczymy, że najbardziej Go zasmuca i wzbudza jego gniew ludzka obłuda, szczególnie wtedy, gdy dotyczy życia religijnego. Jezus potrafi bardzo miłosiernie potraktować grzeszników, którzy uznają swój grzech; nawet pogan i wrogów narodu izraelskiego, ale wo­bec obłudy w gronie tych, którzy się mają za wierzących, nie ukry­wa swojego gniewu i często używa bardzo ostrych słów potępienia: „obłudnicy”, „groby pobielane”, „synowie diabła”... Trudno o ostrzejsze słowa. Widać stąd, jak czymś absolutnie zasadniczym w Ewangelii Pana Jezusa i jej głoszeniu jest prawda życia, czyli zgodność głoszonego orędzia z życiem. Jeżeli tego nie ma, to sama Ewangelia zostaje wystawiona na pośmiewisko. O prawdę żywą Pan Jezus prosi podczas ostatniej wieczerzy:

        Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą... aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, by świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał (J 17,17.21).

        Chrześcijaństwo nie jest ideologią, nową filozofią dla ludu, nie jest także systemem moralnym, doktryną, zestawem prawd do przyjęcia. Chrześcijaństwo jest w swojej istocie nowym ży­ciem w Chrystusie. Rozpoczyna się ono od chrztu, który jest naszym wejściem w śmierć Chrystusa, aby razem z Nim żyć. Dlatego też głoszenie Ewangelii oznacza głoszenie nowego życia zasadniczo przez samo życie. Bardzo mocno przypominał nam o tym papież Jan Paweł II zarówno w słowach skierowanych do świeckich, jak i do osób konsekrowanych. Samo głoszenie słowa winno wyrastać dopiero z autentycznego życia Ewangelią.

        Zasadniczą przyczyną życia pozorem, wymienioną w dzisiejszej Ewangelii, jest pragnienie posiadania znaczenia, pragnienie uznania w oczach innych, bycia kimś ważnym, mądrym... Wszyst­kie swe uczynki spełniają w tym celu, żeby się ludziom pokazać (Mt 23,5). Stąd Pan Jezus radzi: wy nie pozwalajcie nazywać się Rabbi... Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem... Nie chciejcie również, żeby was nazywano mistrzami. To wszystko przede wszystkim z tego powodu, że jedynie Bóg jest Ojcem, a Jezus Chrystus jest jedynym Nauczycielem i Mistrzem. I świadomość tej prawdy powinna zawsze w nas być obecna. Z niej wynika postawa „sługi nieużytecznego”, który jedynie spełnia swoją powinność i niczego nie oczekuje w zamian. Dlatego też nie ma żadnych pretensji, nie uważa, że mu się za pracę cokolwiek należy. Ale okazuje się, że można także grać postawę skromności, wiedząc, że innym to się podoba. Istnieje bardzo ogólna wewnętrzna zasada, istotne kryterium naszej autentyczności: „Żeby można było być kimś, trzeba umieć być nikim”. Jeżeli nie stać mnie na to, by być ostatnim, to nie dorastam do tego, aby stać na czele. Wtedy bowiem nie jestem wolny od własnej ambicji, która wprowadza mnie w ową grę pozorów. Życie często samo stawia nas przed próbą: ktoś nas skrytykował, ośmieszył, zlekceważył... Jak na to reagujemy? Czy umiemy to przyjąć spokojnie, wiedząc, że rzeczywiście nie jesteśmy cudem świata?

        Nie chodzi w tym przypadku jedynie o umiejętność opano­wa­nia swoich psychologicznych reakcji. Przytoczona zasada odnosi się do czegoś o wiele głębszego. Jest szczególnym wyrazem tego, co Pan Jezus szereg razy wypowiada w słowach: kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je (Mt 16,25). Zauważmy, że w Jego życiu ta zasada została wypełniona, co wyraziło się Jego poniżeniem podczas procesu i ukrzyżowania, a ostatecznie przyjęło kształt prawdziwej śmierci na krzyżu, przez którą uzyskał życie dla nas.

        Ale nie należy mylić postawy skromności, pokory z postawą serwilizmu wobec Boga czy jakąś uniżonością i niezaradnością w świecie. Nie o to chodzi. Pokora nie polega na „położeniu uszu po sobie” za każdym razem, cokolwiek się dzieje. Nie tego Bóg od nas oczekuje. Oczekuje czegoś zupełnie innego. Pokora jest w istocie otwarciem na prawdę i zdecydowanym szukaniem jej. Trzeba się zdecydować na życie prawdą i umieć ją przyjmować w odniesieniu do siebie i sytuacji, w jakiej jesteśmy. Przede wszystkim chodzi o prawdę w obliczu Boga. Dzisiaj w Księdze Izajasza czytamy zaskakujące słowa:

        Chodźcie i spór ze Mną wiedźcie! – mówi Pan. Choćby wasze grzechy były jak szkarłat, jak śnieg wybieleją; choćby czerwone jak purpura, staną się jak wełna (Iz 1,18).

        Najgorszy wobec Boga jest pozór, dlatego niezmiernie ważne jest hasło: Żyj wyraźnie! Bądź tym, kim jesteś! Ale w tym wszystkim stawaj wobec prawdy, czyli ostatecznie wobec Boga, który jest prawdą. Z Bogiem można się spotkać jedynie w prawdzie, choćby najtrudniejszej, ale w prawdzie. Paul Evdokimov, prawosławny teolog, stwierdził bardzo mocno: najgorszy jest ateizm tak zwanych „ludzi wierzących”. Jest on najgorszy, bo ci ludzie oszukują siebie tak dalece, że nie są w stanie zobaczyć swojej niewiary. Mają pozorny spokój, bo przecież są wierzącymi! To tak, jak z chorobą. Najgorsza jest choroba nierozeznana. Jest ona najbardziej niebezpieczna, bo człowiek może szkodzić sobie, zupełnie o tym nie wiedząc.

        Dla sprawiedliwości trzeba jednak powiedzieć jeszcze o innym przejawie obłudy, tym razem u ludzi, którzy się deklarują jako niewierzący. Mianowicie istnieje pozór szukania prawdy. Są ludzie, którzy w imię szukania w istocie uciekają od prawdy, bo gdzieś wewnętrznie czują, że ona zobowiązuje. Tacy stale szukają, ale nigdy nie znajdują. Otóż pokora polega przede wszystkim na otwartości przyjęcia prawdy, szczególnie gorzkiej prawdy o sobie.

        U proroka Izajasza Bóg mówi: Ale jeśli się zatniecie w oporze, miecz was wytępi (Iz 1,20). To jest właśnie ta sytuacja: upór w buncie przybierający pozór otwartości i szukania prawdy. Obyśmy zawsze umieli stawać przed Bogiem w prawdzie, szukać jej i walczyć o nią. Obyśmy nigdy nie ulegli pozorom ani obłudnej pobożności, ani zamknięciu się w buncie.
    • iktoto Homilia 2 śr WP 22.03.11, 20:15
      2. Środa WP
      Jr 18,18–20

      Mt 20,17–28



      Nie wiecie, o co prosicie (Mt 20,24).

      Scena z dzisiejszej Ewangelii uświadamia nam, jak dalece otępiałe jest serce człowieka. Pan Jezus mówi do swoich uczniów o najbardziej dramatycznym wymiarze swojego posłannictwa, o tym, co stanie się przyczyną całkowitego załamania się uczniów, ich rozproszenia i zwątpienia. Zapowiada im tę tajemnicę, aby się nie pogubili, kiedy nadejdzie jego czas. I zaraz po tych słowach matka Jakuba i Jana przychodzi do Niego z prośbą o dobre stanowiska dla jej synów w przyszłym królestwie! Widać, jak „nieskore” są serca do słuchania tego, co im Jezus mówi. Jak uparcie trzymamy się naszych pragnień i oczekiwań, a przez to nie jesteśmy w stanie zobaczyć tego, co się naprawdę dzieje – całej walki duchowej, która trwa i która wyraźnie prowadzi ku nieuchronnemu finałowi.

      Jak przedstawia to dramat proroka Jeremiasza z dzisiejszego pierwszego czytania, widać, że taka tendencja jest stała u ludzi. Późniejsze wydarzenia w życiu Jezusa pokazały, że rzeczywiście Apostołowie „niczego się nie nauczyli”, chociaż przecież Pan Jezus wszystko im powiedział. Ale nie jest to jedynie problem apostołów. Odnosi się także do nas. Scena z Ewangelii pokazuje, jak myślenie w ludzkich kategoriach, do których jesteśmy przyzwyczajeni, całkowicie zaciemnia sens wypowiedzi Pana Jezusa, przez co uczniowie nie potraktowali Jego słów na serio. Podobnie jest także i z naszym odbiorem Ewangelii. Póki nosimy w sobie stare ambicje: bycia lepszymi od innych i posiadania więcej, odczuwamy zazdrość i lęk przed odsłonięciem się naszych słabości... Ciągle nie rozumiemy prawdziwie Ewangelii i nie potrafimy jej zawierzyć.

      Trzeba sobie dobrze uświadomić, jak bardzo silne jest w nas myślenie w kategoriach tego świata. W przypadku apostołów trzeba było całkowitego załamania się ich oczekiwań i wyobrażeń o Mesjaszu wobec wydarzeń paschalnych i później spotkania Zmartwychwstałego, aby mogli prawdziwie stać się ludźmi wiary. Trzeba było Ducha Świętego, który ich ogarnął, aby zrozumieli, co im Pan Jezus mówił. Na tym właśnie polegała metanoja, czyli przemiana serca i myśli, która pozwalała zobaczyć prawdę.

      Nie wiecie, o co prosicie. Paradoks ich prośby polega na tym, że w istocie Pan Jezus pragnie im dać władzę. Zapowiada to później:

      Zaprawdę, powiadam wam: Przy odrodzeniu, gdy Syn Człowieczy zasiądzie na swym tronie chwały, wy, którzy poszliście za Mną, zasiądziecie również na dwunastu tronach, sądząc dwanaście pokoleń Izraela (Mt 19,28).

      Zatem władza jest dla nich przewidziana, ale jej sens jest zupełnie inny. I to wyjaśnia Pan Jezus w dalszym wywodzie w odpowiedzi zarówno na pytanie synów Zebedeusza, jak również na oburzenie innych uczniów. Władza w Jego królestwie polega na czymś zupełnie innym niż tu na ziemi. Jest ona służbą:

      Kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem waszym, na wzór Syna Człowieczego, który nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu (Mt 20,26–28).

      Tego ani Jakub, ani Jan jeszcze nie byli w stanie pragnąć, bo wydało się im to nie do przyjęcia. Później jednak, po zmartwychwstaniu Pana, Jakub stanie się pierwszym męczennikiem z grona apostołów. Jan, chociaż nie zginął za wiarę, będzie jednak prześladowany. Wtedy będą już wiedzieli, co ich prośba wówczas znaczyła. Problem polegał na tym, że przystąpili do Jezusa z prośbami, nosząc w sobie ziemskie ambicje.

      My również często stajemy przed Bogiem z podobnymi prośbami, wyrosłymi z całkowicie doczesnych pragnień. Słowa Nie wiecie, o co prosicie – odnoszą się także do tych próśb. Dlatego też może się wydawać, że Bóg nie wysłuchuje nas, bo daje nam według swojego rozumienia dobra. Daje to, co dla nas najlepsze w danej chwili, a co może w naszym odczuciu wyglądać na całkowite zaprzeczenie naszych próśb. Nieraz spotykamy się w takiej sytuacji z kryzysem wiary. Przede wszystkim jednak jest to wynik niedojrzałości poznania Boga i Jego zamysłu. Przykład Jakuba i Jana wskazuje na to, że wpierw należałoby prawdziwie wsłuchać się w słowa Pana Jezusa, autentycznie zrozumieć Jego ducha, przyjąć go, i dopiero wtedy nasza prośba stanie się prawdziwa. Oczywiście, dopóki żyjemy na ziemi, nie poznamy w pełni zamysłu Pana i nasze prośby pozostaną niedoskonałe. Dlatego też nie same prośby są najważniejsze w modlitwie, ale spotkanie z Bogiem, który nas uczy tego, na czym polega prawdziwe życie. Konkretnie wyraża się to przez słuchanie, zachowywanie w sercu i rozważanie tego, co znaczą słowa Boże. Dokładnie tak robiła Maryja, jak pisze o tym św. Łukasz. Trzeba nam się przede wszystkim uczyć Bożej logiki, aby samemu nie zaprzepaścić łaski, jaką Bóg nam daje, choć może ona wydawać się nam przeszkodą, a nie łaską. Trzeba też cierpliwie wierzyć, że kiedyś zrozumiemy więcej niż obecnie.
    • iktoto Homilia 2 Czw WP 24.03.11, 22:50
      2. Czwartek WP
      Jr 17,5–10

      Łk 16,19–31



      Serce jest zdradliwsze niż wszystko inne i niepoprawne – któż je zgłębi? (Jr 17,9).

      Serce, jak o nim pisze Katechizm Kościoła Katolickiego, jest miejscem spotkania z Bogiem. A oto Jeremiasz wypowiada takie ostre słowa! Trzeba to nieco wyjaśnić. Serce w Biblii jest rozumiane jako centrum człowieka. Nam zazwyczaj serce kojarzy się z uczuciami, jest dla nas centrum uczuć. Dla Żydów było ono jednak centrum, które obejmowało także myślenie i wolę. To w sercu swoim człowiek myśli i w sercu powstają decyzje. Serce to tyle, co nasze wnętrze, które czasem określamy słowem „duch”. Dzisiaj często tajemnicę naszego wnętrza określamy słowem „ja”.

      Pan Jezus powiedział w Ewangelii: gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje (Mt 6,21). Serce człowieka jest tam, gdzie widzi swoje szczęście, skąd oczekuje dla siebie dobra. Jeżeli zwodzi go pozór, to jego serce błąka się po manowcach. Jego decyzje są pokrętne. Chowa się ze swymi planami. Stwarza pozory, aby nie można było odgadnąć jego zamiarów. I o tym właśnie mówi Jeremiasz. Nie jest to jednak prawdziwe serce człowieka, nie jest to centrum, w którym przebywa Bóg. Niezależnie jednak od wszystkiego, Bóg bada to fałszywe serce. On jest jedynym prawdziwym Sędzią, bo zna wszystkie tajniki naszego serca.

      O tym, gdzie umieszczamy nasze serce, decyduje nasza nadzieja, perspektywa skarbu, dobra, jakiego się spodziewamy. Jeremiasz pisze:

      Przeklęty mąż, który pokłada nadzieję w człowieku i który w ciele upatruje swą siłę, a od Pana odwraca swe serce...

      Błogosławiony mąż, który pokłada ufność w Panu, i Pan jest jego nadzieją. Jest on podobny do drzewa zasadzonego nad wodą, co swe korzenie puszcza ku strumieniowi (Jr 17,5.7n).

      Te obrazy są bardzo wyraźne. Warto, abyśmy zastanowili się nad naszymi istotnymi nadziejami, nad naszym skarbem. Gdzie on rze­czy­wiście jest? Jeremiasz pomaga nam postawić sobie takie pytania.

      Zauważmy, że tekst pierwszego czytania daje nam właściwy klucz do zrozumienia sensu przypowieści o bogaczu i Łazarzu. Zazwyczaj zwracamy uwagę na to, że bogacz został potępiony, bo nie okazał miłosierdzia biednemu Łazarzowi. Ale przecież w Ewangelii wcale nie ma o tym mowy. Taka interpretacja przypowieści o bogaczu i Łazarzu bierze się z naszego moralnego patrzenia. Pan Jezus, wkładając w usta Abrahama właściwą ocenę, mówi:

      Wspomnij, synu, że za życia otrzymałeś swoje dobra, a Łazarz przeciwnie, niedolę; teraz on tu doznaje pociechy, a ty męki cierpisz (Łk 16,25).

      Bogacz nie poszedł do piekła z powodu swojego bogactwa ani z powodu braku miłosierdzia, o którym ta przypowieść nie mówi, ale z powodu pokładania ufności w dobrach tego świata, bez spojrzenia na Boga – tak właśnie, jak o tym mówi prorok Jeremiasz. Łazarz z kolei w swojej niedoli stale spoglądał na Boga. Gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje (Mt 6,21). Przypowieść niejako ilustruje tę wypowiedź Pana Jezusa.

      Ciekawa jest jeszcze dalsza część dialogu Abrahama z bogaczem – charakterystyczne jest to, że nie ma on imienia, jest bezimienny, czyli w języku biblijnym jest nikim. Dopiero z piekła odzywa się ludzkim głosem. Okazuje się, że ma braci, o których się troszczy. Cierpienie wzbudza w nim człowieczeństwo i braterstwo. Prosi Abrahama, by posłał Łazarza do żyjących braci, aby ten ich ostrzegł. Odpowiedź Abrahama jest jednak zadziwiająca:

      Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą (Mt 16,31).

      Nieraz można usłyszeć od ludzi: gdybym zobaczył... to bym uwierzył. Nieprawda. Wiara nie zastępuje wiedzy. Sama wiedza nie daje życia. Wiara jest spotkaniem, które wymaga zawierzenia. Trzeba je w sobie odkryć w konfrontacji słowa Bożego z własnym życiem. Wiara odnosi się do wewnętrznej prawdy serca, a nie do zewnętrznych faktów. W najlepszym przypadku bracia bogacza mogliby się przestraszyć i zacząć uważać, aby nie popełnić zła. Nie o to jednak chodzi Bogu. On pragnie miłości i zawierzenia, a nie zewnętrznej poprawności. Do miłości nie da się przekonać żadnymi zewnętrznymi informacjami. Ona zaczyna się w sercu, kiedy dopuszczamy do niego słowo Boga. To jest właściwy kierunek naszego duchowego poszukiwania.
      • iktoto Homilia 25.03. 24.03.11, 22:51
        25.03. – Zwiastowanie NMP
        Iz 7,10–14; 8,10c

        Hbr 10,4–10

        Łk 1,26–38



        Oto idę, abym spełniał wolę Twoją (Hbr 10,9, zob. Ps 40,8n).

        Boga nie interesują zewnętrzne ofiary, Jemu zależy na żywej więzi, pragnie, by człowiek Go pragnął, pragnie nas samych. Inaczej mówiąc, pragnie naszego serca. Cały dramat spotkania człowieka z Bogiem rozgrywa się na płaszczyźnie więzi opartej na ufności lub jej braku. Grzech pierworodny w swojej istocie polega na zwątpieniu w dobroć Boga, a przez to na zerwaniu więzi miłości z Nim. Dlatego powrót do Boga z istoty przechodzi przez konkretne ludzkie wy­bory, wybory przeciwne do wyboru, który do­prowadził do grzechu.

        Oto idę, abym spełniał wolę Twoją – taka jest wola Syna Bożego, który stał się człowiekiem. Jest ona dokładnie przeciwna do chęci sprawdzenia, czy Boże przykazanie jest słuszne, czy rzeczywiście przekroczenie Bożego zakazu niesie w sobie zapowiedziane zło. Podobnie na pustyni szatan kusił Jezusa, by sprawdził, czy jest On rzeczywiście wybrany i umiłowany przez Boga. Na to odpowiedział Pan Jezus: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego (Mt 4,7).

        Nie byłoby żadnego problemu, gdyby człowiek nie otrzymał wolnej woli. Nie byłoby grzechu, nie byłoby w związku z tym żadnego odstępstwa od Boga itd. Ale wtedy człowiek byłby podobny do oswojonego zwierzątka domowego. Może bardzo miłego, żywego, potrzebującego nawet uczuć i darzącego uczuciami, jak to bywa z naszymi pupilami, ale nie można by wówczas mówić o więzi, którą nazywamy miłością. Bóg stworzył człowieka wolnym i pragnie, aby on jako wolny wrócił do Niego.

        Trzeba sobie mocno uświadomić wielkość wolności, jaką nam Bóg dał. A dając ją, jak bardzo zawierzył człowiekowi, ofiarując mu tak dużo! Jest to wręcz przerażające! Jak można było np. zawierzyć całą sprawę królestwa Bożego Piotrowi, człowiekowi, który przecież zdradził – mimo usilnych deklaracji zaparł się swego Mistrza? Jeżeli dalej przyjrzymy się historii Kościoła, to zauważymy, jak wiele było w niej niechwalebnych działań! Ile zwykłej ludzkiej polityki, przekupstwa, symonii,... Nie warto nawet wymieniać. Przed końcem dwudziestego wieku Jan Paweł II w imieniu Kościoła publicznie wyznawał grzechy. Dzięki Bogu, że doszło do takiego publicznego wyznania win samego Kościoła, ale szkoda, że dopiero dzisiaj! Samo wyznanie win nie oznacza jednak, że nie grzeszymy stale i nie upadamy, wywołując zgorszenie. Szczególnie tragicznie wygląda to w kontekście „modlitwy arcykapłańskiej Pana Jezusa”. Przecież trzeba powiedzieć: nie posłuchaliśmy Pana i nie zrobiliśmy wszystkiego, byśmy byli jedno, by dawać świadectwo prawdzie, że Jezus rzeczywiście jest Synem Bożym i tylko w Nim jest zbawienie.

        I mimo tego wszystkiego, o czym Pan Jezus wiedział, znał bowiem nas ludzi i nasze słabości, powierzył nam swój Kościół! A wiemy, że było to dobre. Dlaczego? Bo nie ma innej drogi do więzi miłości jak tylko przez szanowanie wolności drugiego człowieka. Niewątpliwie największym cudem jest współdziałaniu łaski i wolnej woli człowieka. Kiedyś filozofowie stawiali sprzeczne w sobie pytanie: Czy Bóg jest w stanie stworzyć kamień, którego nie dźwignie? Otóż wolna wola wydaje się w rzeczywistości takim „ka­mie­niem”. Czy Bóg, stwarzając wolną istotę, jest w stanie ją pociągnąć ku sobie, nakłonić do pełnej jedności z Nim, respektując w pełni jej wolność?! To pytanie jest trudniejsze i niesprzeczne w sobie, ale jest prawdziwym pytaniem, w którego cieniu żyjemy.

        Dopiero po uświadomienie sobie tego problemu zaczynamy widzieć właściwy sens wydarzeń związanych z Wcieleniem Syna Bożego: Oto idę, abym spełniał wolę Twoją (Hbr 10,9, zob. Ps 40,8n). Bóg prowadzi nas do ponownej jedności ze sobą przez wolę wyboru Jego woli. Psalm zapowiada albo raczej odsłania prawdę o woli Syna. Natomiast Ewangelia mówi o woli Najświętszej Marii Panny. Wybór Syna jest dla nas bardziej tajemniczy, bo wyrasta z Jego relacji z Ojcem, która nie jest dla nas w pełni odkryta. Warto jednak przyjrzeć się decyzji Maryi wyrażonej w scenie zwiastowania.

        Ważna jest tonacja zapowiedzi anioła: wypowiada on orędzie o Mesjaszu w najwyższym tonie „królewskiego mesjanizmu”. Jak zareaguje wobec takiej obietnicy kobieta, która ma zostać matką? Zwykle chyba byłby to zachwyt albo fałszywa skromność. Natomiast Jej reakcja jest trzeźwa: Jakże się to stanie, skoro nie znam męża? (Łk 1,34). Po pierwsze Maria nie wierzy od razu i bezkrytycznie, ale wie, że nie ona jest w tym pytaniu najważniejsza, lecz sprawa. Nie widać u niej żadnego skoncentrowania na sobie, na swojej godności, ważności... Nie mówi: „Jak to, Ja?!”. Albo: „Ależ nie jestem godna!”.

        Jej pytanie, wydaje się, ma jeszcze jeden ważny aspekt, Maria nie ufa takiej obietnicy, gdyż może ona pochodzić od Złego, za bardzo bowiem odpowiada kobiecemu pragnieniu Żydówki. Dlatego też później anioł, uznając jej wątpliwość, sam daje jej znak w postaci Elżbiety. Maria podejmuje ten znak niemal natychmiast.

        Późniejsza historia ukazuje, jak to ścieżki Boże są zupełnie inne niż ścieżki ludzkie. „Złoty mesjanizm” w praktyce życia Marii, Józefa i Dziecka wyglądał raczej biednie. Wydarzenia wydawały się mu przeczyć: tułaczka, urodzenie Syna gdzieś w obcym terenie, w prymitywnej jaskini, potem ucieczka, ubóstwo.... Gdzie ten tron Dawida! Z Ewangelii wiemy, jakie były wyobrażenia na temat mesjasza. Dobrym przykładem jest matka Zebedeuszów ze swoją prośbą (zob. Mt 20,21).

        Wola Boża jednak realizuje się w sposób paradoksalny, ale konsekwentny. Dzisiaj zaczynamy rozumieć, dlaczego tak się działo. Tylko ubogi jest prawdziwie dla wszystkich, a nie tylko dla wybranych i majętnych. Tylko cierpienie i śmierć dla sprawiedliwości lub za przyjaciół stanowią dla człowieka świadectwo prawdy. Tylko miłość do końca potrafi pociągnąć. Ale musi to być miłość konsekwentna i do końca realizowana.

        Zauważmy, jak Bóg jest konsekwentny w respektowaniu wolności człowieka! Przyjście Jego Syna na świat wymagało zgody Marii. Jej „Tak” stało się początkiem nauki. Ona w życiu stopniowo wzrasta w dojrzałości i zrozumieniu tych wszystkich paradoksów, ale dlatego, że umiała je przyjąć, nie dając się zwieść ludzkim wyobrażeniom o „królewskim mesjanizmie”. Mesjanizm królewski prawdziwie się urzeczywistnił i to w stopniu nieporównanie większym, wręcz kosmicznym. Zaskakuje nas dojrzałość Marii, która potrafiła to zrozumieć. Podczas gdy wszyscy zwątpili, tylko Ona zdała egzamin z wiary, była jedyną, która uwierzyła i nie poszła w dniu zmartwychwstania do pustego grobu.

        Dzisiaj Bóg nas stawia na drodze realizacji Jego planu zbawienia. I przed nami staje wybór i konsekwencja tego wyboru. Sprawa Jego królestwa spoczywa w naszych rękach. Maria jest dla nas wzorem i Przewodniczką. Jej „Niech mi się stanie”, które odmawiamy codziennie podczas modlitwy „Anioł Pański”, przypomina nam o tym, że jedynie zgoda i posłuszeństwo Jego woli pozwalają prawdziwie wejść w misterium pojednania człowieka z Bogiem i jemu służyć. Trzeba się na to zdecydować i konsekwentnie tego szukać.
    • iktoto Homilia 2 Sob WP 26.03.11, 20:45
      2. Sobota WP
      Mi 7,14–15.18–20

      Łk 15,1–3.11–32



      [Bóg] nie żywi gniewu na zawsze, bo upodobał sobie miłosierdzie (por. Mi 7,18).

      „Upodobanie miłosierdzia” jest tym, co potrafimy odczytać z Bożego postępowania z nami. Nic wspanialszego dla nas: powierzmy się takiemu Bogu! Jest to najbardziej logiczne i prawdziwe, ale jakże trudne w praktyce!

      Przypowieść o miłosiernym ojcu doskonale ilustruje, jak trudno jest prawdziwie zawierzyć ojcu, dobremu ojcu! Obaj synowie mieli z tym trudności. Młodszy, na którym najczęściej koncentrujemy się przy omówieniu tej przypowieści – zresztą tradycyjnie nazywamy ją przypowieścią o „synu marnotrawnym” – na swój sposób chciał osiągnąć szczęście i cieszyć się nim. Skończyło się to tragicznie. I dopiero tragedia doprowadziła go do refleksji i przemiany serca. Starszy syn, „porządny moralnie i pracowity”, stale liczy na swoje zasługi i według nich chce być oceniany. Warto się raczej na nim skupić, bo chyba większość z nas przypomina bardziej starszego syna niż młodszego.

      Zupełnie nie rozumie on sposobu patrzenia ojca, nie rozumie jego miłosierdzia. Ta sytuacja pokazuje, że jeszcze nie spotkał się prawdziwie z ojcem. Ojciec ciągle jest dla niego jakąś instancją, która ma dać mu potwierdzenie własnej wartości. W momencie rozminięcia się z oczekiwaną oceną jego wartości, ujawnia się separacja od ojca w postaci zamknięcia i buntu.

      Istnieje w nas bardzo silna potrzeba potwierdzenia, że jesteśmy dobrzy. Inaczej burzy się nam sens samego istnienia. Dlatego potrzebujemy jasnych i prostych kryteriów oceny. Daje je np. porównanie z innymi, gorszymi. Stąd bunt, gdy ktoś okazuje miłosierdzie temu gorszemu i przez to stawia go na równi z nami. Wszystko się nam wali. Nasze oczekiwania bywają tak silne, że mogą doprowadzić nawet do gniewu i to, o ironio, gniewu na miłosierdzie! Tak się stało w przypadku starszego brata. Znamy taką reakcję z innych fragmentów Pisma Świętego. W poniedziałek wspomnieliśmy proroka Jonasza, który się gniewał na dobroć Boga, na jego łaskawość i przebaczenie. W przypowieści o robotnikach w winnicy Pan Jezus mówi o pretensjach robotników za to, że zrównał ich z mniej pracującymi. Skąd się bierze taka reakcja? Jest ona wynikiem myślenia porównawczego. A to z kolei napędzane jest naszymi ambicjami. To myślenie jest skutkiem grzechu pierworodnego jako wynik odizolowania się od Boga i ludzi. Chodzi w nim o szukanie swego. Tak właśnie dzieje się ze starszym bratem.

      Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę (Łk 15,29n).

      Warto zwrócić uwagę na kilka elementów tej wypowiedzi. Akcent pada w niej na zestawieniu własnych zasług i win drugiego. Przypowieść nie mówi nic o winach starszego syna, ale znając życie, trudno sobie wyobrazić, aby był absolutnie nieskazitelny. O tym jednak nie pamięta. Natomiast winy swojego brata wyolbrzymia. W samej przypowieści czytamy, że młodszy syn roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie. Nie ma mowy o tym, że roztrwonił go z nierządnicami. Dalej charakterystyczne jest to, że starszy brat nie nazywa młodszego swoim bratem, ale mówi o nim do ojca „twój syn”. Tym samym nie tylko odrzuca brata, ale i obwinia ojca. Aby osądzić drugiego, trzeba wpierw się od niego odciąć, zobaczyć w nim obcego. Jest to zdrada braterstwa.

      Pamiętamy, jak Pan Jezus, odpowiadając na pytanie o naszego bliźniego, przytacza przypowieść o miłosiernym Samarytaninie. Na koniec pyta: Któryż z tych trzech okazał się, według twego zdania, bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców? (Łk 10,36). Bliźnim stajemy się przez miłość i przez to uzyskujemy szczególną godność. Dla starszego brata nie ma różnicy między przyjaciółmi i bratem. Wszyscy są w gruncie rzeczy obcymi, z którymi można się zabawić lub mogą stanowić dla nas konkurencję. Nie rozumie, że nasza wartość nie zależy od porównania z kimkolwiek. Że pomniejszenie wartości drugiego nie dodaje nam samym wartości. Że nasza godność bierze się z żywej relacji do Boga.

      Niezmiernie głęboka jest odpowiedź ojca na takie pretensje syna. Ojciec się nie złości na niego, choć mógłby się czuć dotknięty sformułowaniem: „syn twój” i krytyką swojego postępowania. Ojciec jednak odpowiada z całą łagodnością:

      Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy. A trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył, zaginął a odnalazł się (Łk 15,31n).

      Niezwykłą głębię tej wypowiedzi można rozpoznać, zestawiając ją z modlitwą Jezusa do Ojca. Używa w niej takiego samego sformułowania:

      Teraz poznali, że wszystko, cokolwiek Mi dałeś, pochodzi od Ciebie (...) Wszystko bowiem moje jest Twoje, a Twoje jest moje, i w nich zostałem otoczony chwałą (J 17,7.10).

      Te słowa odsłaniają pełną komunię Syna z Ojcem. O podobnej komunii mówi w przypowieści ojciec do syna. Syn jednak nie rozumie tej prawdy. Aby odkryć prawdziwą wartość komunii, „bycia z” w zwyczajności, trzeba zawierzyć, otworzyć się na spotkanie z drugim i nie chcieć czegoś innego niż samego życia. Tego właśnie pragnie ojciec dla obu synów. Pewnie i synowi trzeba będzie jeszcze jakiegoś doświadczenia, aby zrozumiał ojca.

      Ten problem na różne sposoby powtarza się w naszym życiu. Można powiedzieć, że klucz do pełni życia to zawierzenie, że w naszym życiu jesteśmy prowadzeni przez kogoś, że wszystko, co nas spotyka, ma sens i prowadzi do pełni, że życie jest misterium, w którym stale się czegoś uczymy i nic nie jest w nim załatwione, rozstrzygnięte, ale stale się dzieje i ku czemuś prowadzi.
      • iktoto Homilia 3 Nd WP A 26.03.11, 20:46
        3. Niedziela WP A
        Wj 17,3–7

        Rz 5,1–2.5–8

        J 4,5–42



        O, gdybyś znała dar Boży i wiedziała, kim jest Ten, kto ci mówi (J 4,10).

        Bóg jest wszędzie obecny i wszystko przenika swoją łaską. Bez jego łaski nie bylibyśmy w stanie niczego osiągnąć. Ale my tego nie widzimy, nie czujemy. To jest dramat człowieka, który żyje dzięki łasce, dzięki niezmiernie delikatnej miłości, sam o niej nie pamiętając, a czasem wręcz szydząc z niej. Scena spotkania Pana Jezusa z Samarytanką przy studni stopniowo odsłania kolejne głębie, jakie objawia Pan Jezus w zwykłym na pozór spotkaniu.

        Spotkanie rozpoczyna się najzwyklejszą prośbą Pana Jezusa: Daj Mi pić (J 4,7). On pierwszy wychodzi do człowieka. W życiu duchowym zawsze tak jest, że to Bóg pierwszy zwraca się do nas. My jedynie odpowiadamy na Jego zagadnięcie. Od naszej odpowiedzi zależy dalszy dialog. Prośba Żyda skierowana do Samarytanki była nie na miejscu, bo przekraczała utrwalone schematy zachowań, wynikłe z ludzkich animozji. Pan Jezus o nich oczywiście wiedział, ale świadomie je ignorował. Prostota spotkania człowieka z człowiekiem, bez blokady wyrosłej z ludzkich uprzedzeń, niechęci, lęków itd. staje się podstawą prawdziwego spotkania.

        Reakcją Samarytanki było zdziwienie, że Pan Jezus nie respektuje utartych zwyczajów. W jej pytaniu pojawiła się raczej nuta zaciekawienia niż oburzenia, widać stąd, że ona sama nie zamykała się w stereotypach. Pytanie było szczere, było pytaniem zwykłego człowieka, który wyrósł w konkretnym środowisku, kulturze, przyjmując jego prawa i nakazy, nie w pełni je rozumiejąc, czując jednak, że nie wszystko w nich jest najlepsze. Pan Jezus umiał w tym pytaniu wyczuć pragnienie serca, jakiś smutek człowieka bezsilnego i słabego.

        Słowa: O, gdybyś znała dar Boży i wiedziała, kim jest Ten, kto ci mówi: “Daj Mi się napić”, prosiłabyś Go wówczas, a dałby ci wody żywej (J 4,10) wyrażają zamiary Boga wobec człowieka zagubionego. Tutaj zaczynamy dotykać misterium obecnego w zwykłym spotkaniu. Na kanwie zwykłych wydarzeń rozgrywa się głębszy dialog. Zaczyna się on jednak odsłaniać dopiero wówczas, gdy człowiek prawdziwie szuka, pyta i pragnie czegoś więcej niż to, co dają relacje w wymiarze horyzontalnym, ograniczającym nasze patrzenie jedynie do ziemskiego doświadczenia.

        Pewne zdystansowanie się do własnej tradycji widać w dalszym pytaniu Samarytanki: Panie, widzę, że jesteś prorokiem. Ojcowie nasi oddawali cześć Bogu na tej górze, a wy mówicie, że w Jerozolimie jest miejsce, gdzie należy czcić Boga (J 4,19n). Samarytanka była człowiekiem szukającym. Być może, wcześniej brakowało jej odwagi na postawienie wprost pytań, które by podważały zastaną tradycję, ale w sytuacji spotkania z Kimś, w kim czuła jakąś głębię i tajemnicę, serce wypowiedziało to, co ją gnębiło.

        Kluczem otwierającym serce jest prawda. Długo można żyć w atmosferze przyjmowania obiegowych oczywistości, uczestniczyć w grze pozorów, ale kiedy człowiek niespodziewanie usłyszy prawdę o sobie, prawdę, której się nie spodziewał, która wstrząsa jego wnętrzem, która obnaża ukryte sprawy, nie może się już dalej kamuflować i grać wobec innych. Prawda wstrząsa i ukazuje złudność pozoru. Stąd stwierdzenie: Panie, widzę, że jesteś prorokiem (J 4,19). Z Prorokiem nie można mówić o pozorach, z Prorokiem mówi się o prawdziwej więzi z Bogiem. Ojcowie nasi oddawali cześć Bogu na tej górze, a wy mówicie, że w Jerozolimie jest miejsce, gdzie należy czcić Boga (J 4,10). Jaki jest związek między przekazywaną z pokolenia na pokolenia tradycją i prawdziwą więzią z Bogiem? Nie byłoby problemu, gdyby tradycje różnych narodów były zgodne, ale przecież się różnią, a nawet są ze sobą sprzeczne?! Czyżby Bóg był inny dla Samarytan, a inny dla Żydów?

        Pan Jezus mówi wyraźnie, że to Żydzi mają prawdziwą tradycję, ale oto nadchodzi czas, gdy prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, i takich to czcicieli chce mieć Ojciec (J 4,23). Nawet prawdziwa tradycja może rodzić w ludziach nieprawdziwe postawy. Żydzi gardzili innymi, jako niemającymi przystępu do Boga. I choć otrzymali prawdziwy depozyt wiary, grzeszyli pychą, która nie ma niczego wspólnego z prawdziwym kultem Boga. Tutaj odsłania się prawdziwa płaszczyzna życia: więź z Bogiem żywym lub jej brak, niezależnie od tego, skąd człowiek pochodzi, skąd przy­cho­dzi. Cześć w Duchu i prawdzie to klucz do prawdziwego spotkania się z Bogiem i życia, to przystęp do źródła wody wytryskującej ku życiu wiecznemu (por. J 4,14). To źródło jest wszędzie, nie jedynie w Jerozolimie czy na górze... Ono jest w sercu każdego człowieka. I Jezus pragnie to źródło odsłonić wszystkim.

        Rozmowa znajduje ciekawy finał. Samarytanka jest dociekliwa i widać, jak konsekwentnie myśli:

        «Wiem, że przyj­dzie Mesjasz, zwany Chry­stu­sem. A kiedy On przyjdzie, ob­jawi nam wszystko». Po­wie­dział do niej Jezus: «Jestem Nim Ja, który z to­bą mó­wię» (J 4,25n).

        Usłyszała ona to, czego Jezus nie powiedział nikomu innemu wprost: że jest oczekiwanym Mesjaszem. Krótka rozmowa, rozpoczynająca się od prostego pytania o wodę, doprowadziła do wyznania przez Pana Jezusa prawdy o Jego misji. Był to wynik konsekwentnych pytań o prawdę, jakie zaczęła stawiać Samarytanka. Scena z Samarytanką jest jedną z tych, w których Pan Jezus nie potrafi odmówić. Zawsze było tak, gdy Jezus spotkał się ze szczerą prośbą lub szczerą wiarą. Przeciwieństwem tej postawy jest pretensja i wynikające z niej szemranie. Massa i Meriba z dzisiejszego pierwszego czytania stały się dla Izraela przysłowiowym miejscem takiej próby. Po doświadczeniu niezmiernego cudu wyprowadzenia z Egiptu Izrael nie był w stanie spojrzeć z ufnością w przyszłość. Lęki o zwykłą codzienność przyćmiły zasadnicze pytania i refleksję.

        Święty Paweł zachęca nas w drugim czytaniu, abyśmy odpowiedzieli na darmową łaskę zbawienia naszą całkowitą ufnością: trwamy i chlubimy się na­dzie­ją chwa­ły Bożej… A nadzieja zawieść nie mo­że, ponieważ mi­łość Boża rozlana jest w naszych ser­cach przez Ducha Świę­tego (Rz 8,2.5). Nie wystarczy otrzymać od Boga dar, trzeba Mu jeszcze zawierzyć i dobrze na ten dar odpowiedzieć. Dopiero nasza szczera odpowiedź buduje właściwą przestrzeń spotkania.
    • iktoto Homilia 3 Pn WP 28.03.11, 18:51
      3. Poniedziałek WP
      2 Krl 5,1–15a

      Łk 4,24–30

      Żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie (Łk 4,24).

      Dzisiejsze czytania wskazują nie tylko na brak zrozumienia dla proroka we własnym domu, ale także na zasadę nieco bardziej ogólną: trudno uwierzyć w coś, co jest proste i łatwe. Cytowane zdanie wypowiada Pan Jezus do swoich rodaków, a nawet do swojej rodziny. Jak trudno uwierzyć, że człowiek, którego się tak dobrze zna, ma jakiś szczególny dar i łaskę, że jest posłańcem Boga.

      W pierwszym czytaniu historia Naamana pokazuje po pierwsze, że król Izraela nie wiedział, że ma u siebie proroka, a po drugie, że łatwiej uwierzyć w wartość czegoś, co kosztuje dużo niż w coś, co jest dane za darmo. To się powtarza do dzisiaj. By ludzie uznali wartość czegokolwiek, trzeba to nagłośnić i zażądać wysokiej ceny. Dzisiaj głównym kreatorem autorytetów jest TV i Internet. A przecież, jeżeli się przyjrzeć temu, co w nich się pokazuje, to naprawdę trudno czasem dostrzec mądrość ludzi, którzy nimi kierują i w nich występują.

      Dlaczego trudno uwierzyć w proroka z własnego domu, uwierzyć, że ktoś bliski powie nam coś ważnego i mądrego? Może tak jest, bo za dobrze tę osobę znamy i w związku z tym niczego się specjalnego nie spodziewamy? Wydaje się, że zasadniczą przeszkodą jest nasze oczekiwanie wyrosłe z wyobrażeń. Taką trudność ma Naaman:

      Przecież myślałam sobie: Na pewno wyjdzie, stanie, następnie wezwie imienia Pana, Boga swego, poruszywszy ręką nad miejscem chorym i odejmie trąd (2 Krl 5,11).

      Wszystko dokonało się zupełnie inaczej. Elizeusz jak gdyby zlekceważył tak dostojną postać. Polecenie obmycia się w Jordanie siedem razy, przekazane przez posłańca, stanowiło próbę wiary. Samo uzdrowienie dokonało się przez posłuszeństwo słowu Boga. I to Naaman zrozumiał. Uzdrowienie stało się dla niego świadectwem prawdziwości Boga Izraela. Wiara i autentyczność słów proroka są do sprawdzenia. Pismo Święte do tego nas wzywa. W Księdze Powtórzonego Prawa czytamy:

      Jeśli pomyślisz w swym sercu: A w jaki sposób poznam słowo, którego Pan nie mówił? – gdy prorok przepowie coś w imieniu Pana, a słowo jego będzie bez skutku i nie spełni się, znaczy to, że tego Pan do niego nie mówił, lecz w swej pysze powiedział to sam prorok. Nie będziesz się go obawiał (Pwt 18,21n).

      Naaman miał okazję sprawdzić, że ma do czynienia z prawdziwym prorokiem.

      Brak wiary w to, co bliskie, ma najbardziej tragiczny wymiar w naszym braku zawierzenia temu, co sami wiemy i wyczuwamy. Nie wierzymy własnemu sumieniu i jego głosowi. Boimy się, zachować niemądrze i szukamy „mądrości” potwierdzonej przez publiczność. W ten sposób jednak tracimy to, co najważniejsze dla nas: tracimy swoją oryginalność i autentyczność. W istocie naprawdę wiemy dosyć dużo, jeżeli nie dajemy się zagłuszyć przez światowy hałas.

      W Ewangelii pojawił się jeszcze inny wątek odrzucenia prawdy. Mieszkańcy Nazaretu mogli zobaczyć, czy słowa Jezusa się spełniają. Ale nie to stało się dla nich kryterium. Odrzucenie Jezusa nastąpiło po słowach wskazujących na szczególne łaski, jakie przez Eliasza i Elizeusza otrzymali poganie. Ten sam problem pojawi się później w Dziejach Apostolskich przy działalności misyjnej św. Pawła. Żydzi byli zdolni zaakceptować wiele nawet ostrych zarzutów, ale nie byli w stanie przyjąć, że poganie zostali także dziedzicami królestwa Bożego, podobnie jak oni – Żydzi. Odrzucenie Jezusa nastąpiło dlatego, że nie powiedział im tego, co chcieli usłyszeć.

      Nasze oczekiwania zawsze stanowią największą przeszkodę na drodze modlitwy i spotkania z Bogiem. On przychodzi tak, jak sam chce i zawsze zaskakuje, zawsze jest inaczej, niż sobie to wyobrażamy. Dlatego jedyne, co nam pozostaje, to otwartość i badanie wewnętrznej prawdy przez rozeznanie ducha tego wszystkiego, co dzieje się w naszym życiu. Temu rozeznaniu zasadniczo powinna służyć władza w Kościele. Przełożony przede wszystkim powinien mieć charyzmat rozpoznawania Bożego działania i Jego woli. Podobnie i rodzice powinni umieć rozeznawać ducha u swoich dzieci, aby im pomóc właściwie wybrać drogę życia. Ale aby tak się stało, sami muszą być ludźmi wsłuchanymi w Boga i rozpoznającymi we własnym życiu Boże działanie, czyli powinni być ludźmi modlitwy.


      • iktoto Homilia 3 Wt WP 28.03.11, 18:51
        3. Wtorek WP
        Dn 3,25.34–43

        Mt 18,21–35

        Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą? (Mt 18,32n).

        W tych słowach Pan Jezus, odpowiadając na pytanie św. Piotra: Ile razy mam przebaczyć?, starał się przedstawić właściwą logikę myślenia. Zauważmy, że św. Piotr zadał pytanie w oderwaniu od własnej uczciwości: ile razy ja mam przebaczyć? Nie ma natomiast mowy o tym, że ja także potrzebuję przebaczenia. Dług mojego brata względem mnie istnieje niezależnie od mojego długu wobec kogoś innego. Pan Jezus przypomina, że nie można tak myśleć. Nikt nie jest w takiej sytuacji, że jedynie inni zawinili wobec niego, a on jest sprawiedliwy. Niestety, wszyscy mamy skłonność tak uważać, ale to myślenie jest z gruntu fałszywe. Wszyscyśmy zgrzeszyli i nikomu nie dostaje sprawiedliwości. Wszyscy potrzebujemy Bożego przebaczenia. Dlatego nikt nie może zwolnić się od obowiązku przebaczenia drugiemu. Wyraźnie mówi o tym Księga Mądrości Syracha:

        Odpuść przewinę bliźniemu,
        a wówczas, gdy błagać będziesz, zostaną ci odpuszczone grzechy.
        Gdy człowiek żywi złość przeciw drugiemu,
        jakże u Pana szukać będzie uzdrowienia?
        Nie ma on miłosierdzia nad człowiekiem do siebie podobnym,
        jakże błagać będzie o odpuszczenie swoich własnych grzechów?
        Sam będąc ciałem trwa w nienawiści,
        któż więc zyska dla niego odpuszczenie grzechów? (Syr 28,2–5).

        Wydaje się, że największą chorobą naszego czasu jest brak konsekwencji myślenia, o której mówi Pan Jezus: Jaką miarą mierzycie, taką i wam odmierzą. Domagamy się dla siebie miłosiernego traktowania, innym natomiast odmawiamy prawa do miłosierdzia. Najlepiej ujawnia się to w mówieniu o innych. Oburzamy się na postępowanie innych, choć sami postępujemy podobnie, ale na to już nie zwracamy uwagi. Ma to przyczynę w oderwanym myśleniu: nasze sprawy z kimś traktujemy całkowicie niezależnie od spraw, które ma z nami ktoś inny. Dla Pana Boga, jak wynika z tej przypowieści, sprawa wygląda zupełnie inaczej.

        Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Ten zwrot zawiera w sobie dwa ważne momenty. Ponieważ mnie prosiłeś:– przebaczenie związane jest z prośbą w bezpośrednim spotkaniu. Przebaczenie „z serca”, o jakie chodzi Panu Jezusowi, nie jest sprawą mechaniczną, nie jest prostym zapomnieniem. Ono wyrasta ze spotkania, w którym proszący uznaje swoją winę. Pokrzywdzony powinien być świadomy swojej własnej winy w innych sytuacjach. Obaj jesteśmy winni: on wobec mnie, a ja wobec kogoś innego. A każdy z nas jest winny wobec Boga: Przeciwko Tobie samemu zgrzeszyłem i uczyniłem, co złe jest przed Tobą (Ps 51,6). Jesteśmy zatem w podobnej sytuacji grzechu i obaj potrzebujemy miłosierdzia. Bez spotkania się z drugim człowiekiem w świadomości własnej grzeszności pojawia się bardzo silna pokusa pychy. Taka, jaka ujawnia się u faryzeusza w świątyni:

        Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik (Łk 18,11).

        Drugi moment wyrażają słowa: Darowałem ci cały ten dług. Jak wiemy z początku przypowieści, sługa nie prosił o darowanie długu, ale o cierpliwość, aby dług mógł zwrócić. Natomiast król ten dług darował. Przypomina się w tym momencie przykazanie miłości nieprzyjaciół:

        Wy natomiast miłujcie waszych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze i pożyczajcie, niczego się za to nie spodziewając. A wasza nagroda będzie wielka, i będziecie synami Najwyższego; ponieważ On jest dobry dla niewdzięcznych i złych (Łk 6,35).

        To przykazanie, podane przez Pana Jezusa, ukazuje sposób postępowania Boga względem nas. W naszym długu wobec Boga nie chodzi o spłacenie go, jest to niemożliwe, ale o prawdziwą prośbę i przyjęcie takiej samej zasady postępowania względem innych. Wtedy stajemy się „dziećmi Boga”. Dług, nasze rozmaite sprawy, konflikty, jakie się tutaj rozgrywają, nie są ważne same w sobie. Nie chodzi o to, kto ma rację, kto lepszy, kto winny, kto niewinny. Ale o prawdziwe spotkanie z Bogiem i drugim człowiekiem, który, podobnie jak ja, jest Jego dzieckiem. Takie spotkanie jest możliwe tylko w sercu, do którego nie mamy bezpośredniego dostępu. Natomiast przebaczenie jest bardzo ważną bramą do niego. Staje się nią, bo przez przebaczenie upodabniamy się do Boga, który w tym sercu mieszka. Przebaczyć z serca oznacza tyle, co w naszym przebaczeniu sięgnąć serca. Przede wszystkim przez sięgnięcie po Boży wzór, a raczej Bożego ducha przebaczenia. Ponadto przebaczenie otwiera nasze serce na spotkanie z drugim. Przebaczenie jest pierwszym gestem miłości, tym samym jest bramą do królestwa Bożego, które jest królestwem miłości, czyli królestwem wzajemnego dzielenia się dobrem. Ono jest warunkiem koniecznym wszelkiej miłości, co tak mocno podkreśla kilka razy w ewangelii Pan Jezus.

        Przebaczenie prowadzi do zmiany myślenia z egocentrycznego i oderwanego do myślenia w kategoriach solidarności i wspólnej biedy z drugim, do współ-myślenia z innymi. Mówiąc w skrócie: od myślenia w kategoriach „ja”, do myślenia w kategoriach „my”. Takie myślenie jest początkiem życia, bo w nim nie chodzi o to, kto ma rację, ale o to, byśmy prawdziwie żyli.
    • iktoto Homilia 3 śr WP 29.03.11, 21:16
      3. Środa WP
      Pwt 4,1.5–9

      Mt 5,17–19

      Patrzcie, nauczałem was praw i nakazów, jak mi rozkazał czynić Pan, Bóg mój, abyście je wypełniali w ziemi, do której idziecie, by objąć ją w posiadanie. Strzeżcie ich i wypełniajcie je, bo one są waszą mądrością i umiejętnością (Pwt 4,5n).

      Prawo Boże jest mądrością i umiejętnością daną nam, byśmy objęli w posiadanie ziemię obiecaną! Bóg dał je Izraelowi podczas wędrówki z „domu niewoli” do ziemi obiecanej, która jest swoistym symbolem raju. Dla każdego z nas ziemią obiecaną jest nasze serce, które jest miejscem spotkania z Bogiem. W tym kontekście dla każdego z nas indywidualnie prawo zostało dane, aby nam wskazać drogę do serca. Takie rozumienie potwierdza dalsza wypowiedź Mojżesza: Bo któryż naród wielki ma bogów tak bliskich, jak Pan, Bóg nasz, ilekroć Go wzywamy? (Pwt 4,7). Przestrzeganie prawa prowadzi nas do więzi z Bogiem. Jest to bardzo ważny wątek w Biblii. Może warto przypomnieć, że Pan Jezus powie później do uczniów:

      Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości (J 15,10).

      Nie widać jej w formalno-prawnym traktowaniu prawa Bożego. Z takim podejściem spotkał się Pan Jezus. Bardzo Go takie podejście bolało. Nieraz musiał je korygować. Szczególnie widoczne było to w odniesieniu do szabatu i jego przestrzegania. Ale jeszcze bardziej wymowne jest Jego osobiste podejście do Prawa. W dzisiejszej Ewangelii mówi: Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić (Mt 5,17). Właśnie wypełnić. Co to jednak znaczy? Jezus pokazuje to w dalszej części, gdzie podaje swój komentarz do przykazań. Komentując przykazanie: „nie zabijaj”, mówi: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi (Mt 5,22). Objaśniając przykazanie: „nie cudzołóż”, mówi: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa (Mt 5,28). A dalej: Jeśli więc prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie (Mt 5,29). Można by przytoczyć wszystkie Jego uwagi do przykazań. Istotne jest w tych komentarzach to, że Pan Jezus wskazuje w nich, co dzieje się w naszym sercu. Przykazania, tak jak one brzmią, są drogowskazami, które trzeba podjąć i głębiej zrozumieć w sercu. Na tym polega ich „wypełnienie”. Wtedy dopiero ukazuje się ich mądrość. Innymi słowy, trzeba odkryć głębię Prawa we własnym sercu.

      Jeżeli jedynie troszczymy się o formalne zachowanie przykazań, stanowią one ograniczenie, które zawsze nam przeszkadza i krępuje nas. Staramy się wówczas je ominąć albo tak zinterpretować, żeby nie były zbyt uciążliwe. Powstaje wówczas cała kazuistyka, czyli katalog różnych przypadków i sposobów ich rozwiązywania. Takie podejście do dzisiaj pokutuje w naszej mentalności. Niestety, wówczas nie korzystamy z mądrości Prawa Bożego, z jego życiodajnej mocy. Od nas zależy, czy odkryjemy, że niesie ono w sobie życie i stara się do życia nas doprowadzić, czy też zostanie ono dla nas jedynie ograniczeniem i przeszkodą. Bardzo ważna jest prawdziwa refleksja nad swoim życiowym doświadczeniem, odważne, krytyczne spojrzenie na siebie i swoje postępowanie oraz na jego skutki.
      • nati1011 Monika - dziękuję 29.03.11, 22:31
        Dziękuję Ci za upór i konsekwencję. Dziekuję za trud umieszczania tych czytań.

        I prosze o więcej smile
    • iktoto Homilia 3 Czw WP 31.03.11, 21:25
      3. Czwartek WP
      Jr 7,23–28

      Łk 11,14–23



      Kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie; a kto nie zbiera ze Mną, rozprasza (Łk 11,23).

      Zasadniczym tematem dzisiejszych czytań jest posłuszeństwo Bogu i Chrystusowi. Jeremiasz pisze o braku posłuszeństwa Bożym przykazaniom. Warto jednak zobaczyć, że w istocie chodzi nie o posłuszeństwo jakimś zasadom, ale posłuszeństwo Osobie.

      Dałem wam przykazanie: Słuchajcie głosu mojego, a będę wam Bogiem, wy zaś będziecie Mi narodem (Jr 7,23).

      W religii żydowskiej zasadnicza jest więź przymierza. Przykazania natomiast należą do jego warunków. Najważniejsza jest żywa więź osobowa, która nie polega na subiektywnej, emocjonalnej relacji, ale na więzi realnej, mającej konkretny wyraz w życiu i działaniu. Tak jest np. w małżeństwie – mąż i żona są w związku, który ma konkretne konsekwencje: mieszkają razem, mają wspólny majątek, dzieci, razem muszą dźwigać ciężar życia rodzinnego... Podobnie więź z Bogiem pociąga za sobą konkretne konsekwencje w życiu. Jeżeli Pan jest naszym Bogiem, to Jego słowo, Jego polecenie powinno być czymś najważniejszym, obowiązującym dla nas. Inaczej nasza wiara staje się subiektywnym przeżyciem, niemającym żadnej konsekwencji w życiu, a nakazy Boga można dowolnie interpretować i zmieniać.

      Przedziwne jest nasze nieposłuszeństwo. To zjawisko się stale powtarza w życiu każdego pokolenia i w życiu każdego człowieka. Właściwie wiele wiemy, znamy Boże przykazania, Jego wolę, a tak naprawdę nie wypełniamy tego, czego On od nas oczekuje. Dlaczego tak jest? Dlaczego stwarzamy sobie pozory, udajemy, że wszystko jest w porządku, że czegoś nie widzimy...? Dlaczego potrzeba wstrząsu, abyśmy wreszcie poważnie potraktowali Boże polecenia i obietnice? Dlaczego nasze serce jest tak nieskore do uwierzenia? Dlaczego?!

      Konflikt Pana Jezusa z Żydami jest wspaniałą ilustracją tego problemu. Dlaczego Żydzi woleli się domyślać, że przez Belzebuba, władcę złych duchów, wyrzuca złe duchy (Łk 11,15), niż przyjąć, że czyni to mocą Bożą? Przecież jeżeli mocą Bożą wyrzuca złe duchy, to rzeczywiście przybliżyło się królestwo Boże, co powinno być najgłębszym pragnieniem ich serca! Dlaczego się go bali? To pytanie nie odnosi się jedynie do Żydów żyjących za czasów Pana Jezusa, ale i dzisiaj my sami musimy sobie je bardzo jasno postawić, bo postępujemy bardzo podobnie do współczesnych Panu Jezusowi Żydów.
      • iktoto Re: Homilia 3 Pt WP 31.03.11, 21:25
        3. Piątek WP
        Oz 14,2–10

        Mk 12,28b-34



        Bo drogi Pańskie są proste: kroczą nimi sprawiedliwi, lecz potykają się na nich grzesznicy (Oz 14,10).

        Drogi Boże nie tylko są proste, ale także w pewnym sensie oczywiste. Trudność polega na tym, że my gmatwamy się w swoich myślach, pragnieniach, zamiarach. Brak nam prostoty. Często tworzymy bardzo skomplikowane uzasadnienia dla wątpliwych pomysłów i przedsięwzięć.

        Jednocześnie prostota to nie prostactwo ani prymitywne skojarzenia, ani bezkrytyczne przyjmowanie zastanych zwyczajów jako normy. Wspomniane zachowania w realizacji mogą sprawiać wrażenie prostoty, bo nie budzą w nas wątpliwości, ale nie są nimi, bo działanie według schematów nie wyrasta z naszej wolności. Prostota, na jaką wskazuje Ewangelia, jest prostotą serca, z którego rodzi się w naszej głębi wolna decyzja, odnosząca się do naszego życia lub śmierci.

        W dialogu z dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus wskazuje, jak należy odkrywać ową prostotę. Może do niej dojść człowiek poszukujący, czyli człowiek myślący, który nie boi się stawiać pytań, a jednocześnie jest gotów przyjąć konsekwencje wyrastające z pojawiającej się odpowiedzi na postawione pytanie. Dla prostoty oba te warunki są niezbędne: zarówno odwaga postawienia pytania odnoszącego się do własnego życia, jak i gotowość przyjęcia odpowiedzi. Uczony w Piśmie postawił takie pytanie: Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań? (Mk 12,28). Jego odpowiedź wskazuje na to, że było to prawdziwe pytanie, a nie sprawdzian dla Pana Jezusa, na ile potrafi właściwie objaśniać zagadnienia wiary. Potwierdza to później Pan Jezus słowami: Niedaleko jesteś od królestwa Bożego (Mk 12,34). Znamy z Ewangelii inne sytuacje, w których pytający chcieli właściwie zastawić na Pana Jezusa pułapkę, co się im zasadniczo nie udawało. W tym przypadku jednak, wydaje się, mamy do czynienia z autentycznym pytaniem.

        Jeżeli prawdziwie pytamy, to odpowiedź, jaka się pojawia, czy to usłyszana, czy wyczytana, czy wyrastająca z sytuacji, zawsze harmonizuje z wewnętrznym głosem rozbrzmiewającym w sercu. Uczony w Piśmie potwierdza słowa Pana Jezusa, prawie powtarzając je:

        Bardzo dobrze, Nauczycielu, słusznieś powiedział, bo Jeden jest i nie ma innego prócz Niego. Miłować Go całym sercem, całym umysłem i całą mocą i miłować bliźniego jak siebie samego daleko więcej znaczy niż wszystkie całopalenia i ofiary (Mk 12,32n).

        Kiedy odkrywamy w sobie taką samą odpowiedź, jaką słyszymy na zewnątrz, dochodzimy do bardzo ważnego momentu – do decyzji pójścia za tą odpowiedzią, czyli przyjęcia jej za swoją albo zdystansowania się do niej, ustawiając ją być może w szeregu pięknych wypowiedzi godnych podziwu, ale niewiążących nas w naszych postanowieniach. W tym momencie pojawia się rozdwojenie: nasze serce zostaje oddzielone od naszego życia. Brak jedności w głębi owocuje brakiem prostoty. Zaczyna się w nas skomplikowana gra, którą najlepiej widać po tendencji do usprawiedliwiania się.

        Ewangelijna prostota rodzi się z jedności w naszym wnętrzu, jedności myśli i działania. Ta wewnętrzna jedność wyraża się prostotą wiary w Boga, który jest jednością: Jeden jest i nie ma innego prócz Niego (Mk 12,32). Ponadto wyraża się także jednością miłości Boga i bliźniego, bo nie ma prawdziwej miłości, bez jedności tych dwóch wymiarów.
    • iktoto Homilia 4 Wt WP 05.04.11, 19:26
      4. Wtorek WP
      Ez 47,1–9,12

      J 5,1–3a.5–16

      Dzisiejsza Ewangelia ukazuje tragiczną historię człowieka chorego od wielu lat, który przez te długie lata pragnął uleczenia, pewnie modlił się o nie i robił wszystko, co było w jego mocy, by wyzdrowieć. I zdarzyło się, że wreszcie spotkał na swojej drodze Tego, który jest jedynym Lekarzem, i został przez Niego uleczony. Wydawałoby się, że osiągnął to, o czym marzył; można by sądzić, że wobec takiego cudu, którego doświadczył na sobie, jego wdzięczność wobec Dobroczyńcy powinna wręcz spowodować przylgnięcie do Niego. Tak było np. w przypadku uzdrowionego przez Pana Jezusa – po drugiej stronie Jeziora Galilejskiego – człowieka opętanego. Chciał on pozostać z Jezusem, ale Pan Jezus nie zgodził się na to. Jednak w przypadku chorego z dzisiejszej Ewangelii okazało się, że „przydarzyło mu się coś gorszego”: przydarzył mu się grzech niewdzięczności i zdrady wobec Dobroczyńcy. Wydaje się, że uzdrowiony zupełnie zapomniał o Dobroczyńcy. Zamiast okazać wdzięczność, chory, lękając się o siebie, poszedł do Żydów, aby powiedzieć im, że to Jezus mu polecił nosić łoże w szabat. Ta tragiczna historia pokazuje, jak jesteśmy wewnętrznie zniewoleni lękami, a przez to nieautentyczni. Okazuje się bowiem, że otrzymując nawet namacalnie łaskę, możemy ją zaprzepaścić.

      Dlaczego się tak stało? Co spowodowało takie niezrozumienie doznanego miłosierdzia? Aby to pojąć, trzeba przyjrzeć się bliżej samej sytuacji i sposobowi reagowania tego człowieka. Zauważmy, że nie prosił o uzdrowienie. To Pan Jezus przyszedł do niego i zapytał, czy chce być zdrowy. On jednak nie potrafił odpowiedzieć prosto na proste pytanie. Nie powiedział: „Tak, chcę być uzdrowiony”. W odpowiedzi na proste pytanie Pana Jezusa, przedstawił swoją trudną sytuację i niezdolność do wykorzystania nadarzającej się od czasu do czasu okazji związanej z poruszeniem wody. Powiedział do Pana Jezusa:

      Panie, nie mam człowieka, aby mnie wprowadził do sadzawki, gdy nastąpi poruszenie wody. Gdy ja sam już dochodzę, inny wchodzi przede mną (J 5,7).

      „Nie mam człowieka” – ta wypowiedź wskazuje na sposób myślenia. Przede wszystkim chory ma bardzo konkretne wyobrażenie o swoim uzdrowieniu. Wie, jak się ma ono dokonać. Już nie potrafi pragnąć samego uzdrowienia, ale cały czas myśli o przeprowadzeniu swojego planu uzdrowienia. Drugi człowiek jest mu potrzebny jedynie jako narzędzie do realizacji tego planu. Zarówno brak prostoty odpowiedzi, jak myślenie o drugim człowieku jako o narzędziu do realizacji własnych pragnień powodują, że dalsze wydarzenia układają się w określony sposób. Kiedy poczuł się zagrożony przez zarzut faryzeuszy, drugi człowiek, chociaż był nim jego największy Dobroczyńca, stał się dla niego nieważny wobec potrzeby usprawiedliwienia siebie. Wdzięczność zupełnie zniknęła z jego myślenia. Wydaje się, że nie był on zdolny do nawiązania prawdziwej więzi z drugim człowiekiem. Pamiętamy z Księgi Rodzaju, że po grzechu Adam i Ewa zaczęli się wzajemnie siebie wstydzić. Stało się tak przez to, że spojrzeli na siebie jak na przedmiot pożądania.

      Istnieje afrykańskie przysłowie, mówiące, że „najlepszym lekarstwem dla człowieka jest drugi człowiek”. Jest to niezmiernie ważna prawda, o której, niestety, dzisiaj, w dobie medycyny farmakologicznej, czyli medycyny opartej na zaufaniu do rozmaitych preparatów chemicznych, bardzo często zapominamy. Człowiek fizycznie zdrowy, ale niezdolny do miłości, jest człowiekiem głęboko chorym. Zdrowie fizyczne niewiele mu daje. Zresztą zazwyczaj niezdolność do pełnego życia w więzi z drugim człowiekiem pociąga za sobą po pewnym czasie choroby także w wymiarze psychicznym i somatycznym.

      Niestety, nasze nastawienie tylko na fizyczne zdrowie i koncentracja jedynie na sposobie dochodzenia do niego, czyli sposobie osiągnięcia czegoś, co sobie zamierzyliśmy, powoduje często ślepotę na to, co w życiu najważniejsze: na samo życie, które jest sztuką wspólnego bycia. Bez takiej wspólnoty nie ma życia. W Biblii życie rozumiane jest jako istnienie przed obliczem Boga, a śmierć to nie unicestwienie, lecz istnienie bez odniesieniu do Boga. Bez żywej więzi z Bogiem nie ma w nas życia. Bóg nie jest po to, by spełniać nasze zachcianki. Pragnie On wprowadzić nas w swoje życie, pragnie z nami więzi miłości. Katechizm Kościoła Katolickiego stara się nam uświadomić właściwą hierarchę ważności. O modlitwie błagalnej czytamy w nim:

      Dawca jest cenniejszy niż udzielony dar – On jest „Skarbem”, 478 a jest w Nim serce Jego Syna; dar jest udzielany „jako dodatek” (KKK 2604).

      W sercu chorego od 38 lat człowieka nie było miejsca dla Dawcy. Ale to oznacza, że wybrał on w sercu coś, co nie dawało mu udziału w prawdziwym życiu. Na tym polegało to „coś gorszego”. Przedmiotowe podejście do życia mści się na człowieku brakiem prawdziwego życia. Tak było np. w przypadku marnotrawnego syna. Doświadczył on tego bardzo dotkliwie.

      Zobaczmy, że Ewangelia bardzo konsekwentnie wprowadza nas w wymiar osobowej relacji z Bogiem i bliźnimi. Jedynie w tej relacji możemy odnaleźć życie. Wszystkie obrazy, zapowiedzi dotyczące nowego życia w Ewangelii uzyskują spełnienie w Osobie Jezusa Chrystusa. W dzisiejszym pierwszym czytaniu prorok Ezechiel ukazuje nam odbudowaną świątynię jako źródło życia. Ten materialny obraz uzyskuje swoje spełnienie nie w żadnym nowym budynku świątynnym, ale w Osobie Jezusa Chrystusa. Kiedy zapytano Go, jakim prawem wypędził ze świątyni przekupniów, odpowiedział: Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo. Nie zrozumieli Go wówczas, ciągle myśląc o budynkach, gdy On natomiast mówił o świątyni swego ciała, jak to skomentował Ewangelista (zob. J 2,19–21). Opis wody wypływającej z prawej strony świątyni zrealizował się ostatecznie w momencie śmierci Pana Jezusa na krzyżu, kiedy żołnierz włócznią przebił Mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda (J 19,34). Woda jest symbolem chrztu św., krew natomiast Eucharystii.

      W tym opisie zgadza się nawet szczegół mówiący o wodzie płynącej spod prawej strony świątyni (Ez 47,1). Żołnierz przebił serce Pana Jezusa, który wisiał wyżej, niż stał żołnierz, nie na wprost, ale od dołu od strony prawej ku lewej, gdzie było serce. I dlatego to z prawego boku Jezusa do dzisiaj płyną ku nam niezliczone strumienie łaski, co wspaniale ilustruje coraz bardziej pogłębiający się potok z opisu Ezechiela. Jednocześnie ten strumień wskazuje na obfitość łaski, która zaczyna wypływać z serc tych, którzy poszli za Jezusem. Pan Jezus zapowiedział to uroczyście w świątyni:

      Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we Mnie – niech przyjdzie do Mnie i pije! Jak rzekło Pismo: Strumienie wody żywej popłyną z jego wnętrza. A powiedział to o Duchu, którego mieli otrzymać wierzący w Niego; Duch bowiem jeszcze nie był /dany/, ponieważ Jezus nie został jeszcze uwielbiony (J 7,37–39).

      W ten sposób realizuje się prawda o świątyni Boga w naszym sercu. To, co było dotychczas martwe, staje się żywe. Dzieje się właśnie tak, jak w obrazie z proroka Ezechiela. Wody płyną na teren słony, pozbawiony roślin, i czynią z tej pustyni żyzny ogród. Wydaje się, że w naszym życiu natrafiamy na wiele takich pustyni pozbawionych życia. Może nawet narzekamy z tego powodu. Trzeba jednak, aby dopłynęły do nich zdroje łaski i to za naszym pośrednictwem. Jeżeli bowiem prawdziwie stajemy się świątynią Boga i prawdziwie czerpiemy z Niego swoje życie, to sami powinniśmy stawać się źródłami wody wytryskującej ku życiu.
      • iktoto Homilia 4 Śr WP 05.04.11, 19:27
        4. Środa WP
        Iz 49,8–15

        J 5,17–30

        Wyjdźcie na wolność! – to wołanie Boga skierowane do każdego z nas i jednocześnie do nas wszystkich. Księga Izajasza, czasem zwana „ewangelią Starego Testamentu”, zwłaszcza w swojej drugiej części jest wielkim orędziem o wyzwoleniu Izraela z niewoli. Bóg bardzo pragnie wyzwolenia człowieka. Człowiek także pragnie wolności. Jednak rozumienie wolności przez człowieka jest zupełnie odmienne niż to, co pragnie człowiekowi dać Bóg. W raju człowiek w imię wolności okazał Bogu nieposłuszeństwo! Do dzisiaj ponosimy konsekwencje tego wyboru. Potem przez wieki powtarzały się próby realizacji własnego wyobrażenia o wolności i to zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i społecznym. Zazwyczaj człowiekowi wydaje się, że wolność polega na możliwości robienia tego, co chce. Takie rozumienie wolności oferuje się nam dzisiaj. Pomijając fakt, że jest to pozorne, bo naprawdę nie możemy robić tego, co byśmy chcieli, choćby z tego powodu, że nie pozwalają nam na to warunki, to takie pojęcie wolności bardzo odpowiada tym, którzy umieją sprytnie manipulować ludzkimi pragnieniami, co dzisiaj robi się powszechnie. Możliwość robienia tego, co się chce, bez rozumienia prawdziwej wartości tego, co człowiek robi, nie jest wolnością, ale swobodą, która może prowadzić do tragedii. Życie rządzi się bardzo wyraźnymi prawami. Jeżeli w imię swobody człowiek je przekracza, prowadzi to do niszczenia życia. O wolności można mówić dopiero wówczas, gdy pojawia się wybór wartości, która buduje życie. Takiego wyboru dokonuje się wobec pokusy zaspokojenia swoich pragnień, które w istocie życie niszczą. Wolność, jak napisał do młodzieży Jan Paweł II, to zdolność wyboru prawdziwego dobra.

        W tym momencie powstaje jednak podstawowe pytanie: co buduje życie, a co je niszczy? Można w imię fałszywych wartości podejmować ogromne wysiłki i w dobrej wierze zamiast życie budować, niszczyć je. Tak było w życiu św. Pawła, dopóki nie spotkał na swojej drodze Chrystusa. Dlatego z prawdziwą wolnością związana jest zdolność właściwego rozeznania dobra.

        Jak to zrobić, skoro wszyscy jesteśmy zranieni przez grzech pierworodny? Sami w swojej samotności nie jesteśmy do tego zdolni. Do tajemnicy grzechu pierworodnego należy istniejąca w nas pycha, która podpowiada nam, że sami sobie damy radę, że sami najlepiej wiemy, co i jak należy robić. Często w życiu wiele musimy doświadczyć, i to wielokroć także biedy, by zrozumieć, że sami sobie nie damy rady. Tak było w przypadku marnotrawnego syna z niedzielnej Ewangelii. Potrzebny jest ktoś, kto nas poprowadzi do prawdziwego rozeznania. Komu możemy zawierzyć? To jest podstawowe pytanie, na które Bóg stara się odpowiedzieć w całej historii narodu wybranego. W dzisiejszym pierwszym czytaniu z Księgi Izajasza Bóg stara się nam wskazać na Swoją ogromną miłość do nas. Wbrew pokusie szatańskiej z raju, miłość Boga jest bezinteresowna. Otrzymujemy jej piękny obraz w postaci miłości macierzyńskiej. Zazwyczaj podkreśla się ojcowską miłość, tak jak w niedzielnej przypowieści, ale fragmenty Pisma świętego pokazują także, że jest to jednocześnie bardzo czuła miłość macierzyńska:

        Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie (Iz 49,15).

        Miłość Boga nie jest męska czy żeńska, ona jest ponad tym podziałem, jest natomiast bardzo osobową i czułą miłością, ale jednocześnie jest miłością w wolności, miłością, która się nie narzuca, która konsekwentnie stara się doprowadzić swoje dzieci do pełni wolności. Bez zrozumienia tej prawdy nie jesteśmy w stanie zawierzyć Bogu. Nie zrozumiemy także dzisiejszej Ewangelii, w której Pan Jezus mówi o swoim działaniu. Jest ono w pełni wolne, chociaż powiada: Syn nie mógłby niczego czynić sam od siebie, gdyby nie widział Ojca czyniącego (J 5,19). Zauważmy: dotyczy to samego Syna Bożego! On jako człowiek wskazuje nam zasadę postępowania w wolności: spojrzenie na to, co czyni Ojciec. Tak postępują małe dzieci. Kiedy coś robią, patrzą na rodziców i po ich reakcji rozpoznają, czy to, co robią, jest dobre, czy złe. Ale w pewnym momencie zaczynają się buntować i chcą same wszystko robić wbrew ostrzeżeniom i zakazom. Wydaje się, że u nas powtarza się taki dziecięcy bunt. I trzeba się czasem sparzyć, aby zrozumieć, że rodzice lepiej wiedzą, co jest prawdziwie dobre.

        Zobaczmy, jak wolność realizuje się w ludzkim działaniu Pana Jezusa. Jest On całkowicie posłuszny swojemu Ojcu. W naszym ludzkim odczuciu posłuszeństwo wydaje się przeciwieństwem wolności i bywa tak, gdy ten, któremu jesteśmy posłuszni, ma swoje interesy i do ich realizacji używa naszego posłuszeństwa. W relacji z Bogiem jest zupełnie inaczej. Wpierw i przede wszystkim Bóg, wzywając nas do posłuszeństwa, nie zmusza nas do niego. Zawsze jest u niego aktualne: jeżeli chcesz, to chodź. Niedzielna przypowieść pokazuje, jak ojciec dał synom wolność. Młodszemu pozwolił zrobić coś, o czym wiedział, że będzie złe! Starszego także nie zmuszał, ale przekonywał. W relacji z Bogiem doświadczamy niezwykłej wolności. Nikt nie szanuje naszej wolności tak jak Bóg! Można się wręcz przerazić tym, jak bardzo szanuje On naszą wolność. Często się nawet buntujemy przeciwko temu, pytając: dlaczego dopuszcza do zła?

        Zobaczmy jednak, jak jest ukierunkowana wolność, którą Bóg nam daje i ku czemu zmierza posłuszeństwo Jego woli. Pan Jezus mówi:

        Ojciec bowiem miłuje Syna i ukazuje Mu to wszystko, co On sam czyni, i jeszcze większe dzieła ukaże Mu, abyście się dziwili. Albowiem jak Ojciec wskrzesza umarłych i ożywia, tak również i Syn ożywia tych, których chce. Ojciec bowiem nie sądzi nikogo, lecz cały sąd przekazał Synowi, aby wszyscy oddawali cześć Synowi, tak jak oddają cześć Ojcu (J 5,).

        Ojciec pragnie, by Syn był jak Ojciec, by miał taką władzę jak Ojciec. Pragnie Synowi oddać władzę sądzenia. Pamiętamy węża, który w raju sugerował, że Bóg nie chce człowieka dopuścić do pełni dojrzałości i pragnie zachować dla siebie pełną wiedzę. Otóż paradoksalnie właśnie chce nas doprowadzić do pełnej wiedzy i dać nam władzę sądzenia. Po swoim zmartwychwstaniu Pan Jezus przekazał taką władzę swoim uczniom: Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane (J 20,23). To znaczy: „wasz sąd posiada moc wiążącą w niebie”! Na innym miejscu mówi:

        Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego (J 15,15).

        Wolność okazuje się przede wszystkim przestrzenią prawdziwej więzi między osobami. Jej wartość nie polega na tym, że możemy robić to, co chcemy, ale na tym, że w wolności naprawdę możemy się stać sobą w spotkaniu z drugą osobą. Możemy zacząć prawdziwie żyć przez więź miłości z innymi.


    • iktoto Homilia 4 Pt WP 08.04.11, 15:45
      4. Piątek WP
      Mdr 2,1a.12–22

      J 7,1–2.10.25–30

      Pobłądzili, bo własna złość ich zaślepiła (Mdr 2,21).

      Doświadczenie Boga, który jest źródłem wszelkiego istnienia, jest czymś najoczywistszym dla człowieka, który prawdziwie i w pełni żyje, czyli człowieka będącego blisko Boga. Dla niego nic nie jest bardziej przejrzyste i jasne. Jednak w naszym doświadczeniu bywa inaczej. Dlaczego? Dlatego, że istnieje jakieś zaślepienie. Pan Jezus często domaga się od słuchaczy, aby rozpoznawali, kim jest. Kiedy nie rozpoznają, zarzuca im nie tylko ślepotę, ale również przewrotność i złość. Ostatecznie ta złość doszła do szczytu w czasie, gdy skazano Go na śmierć, umęczono i ukrzyżowano. Jego krzyż odsłonił w ten sposób tajemnicę przewrotności w sercu każdego z nas.

      Złość zawsze zaślepia. Dzisiejsze pierwsze czytanie jest klasycznym tekstem ukazującym tę przewrotną logikę. Zaczyna się ona od poczucia bycia oskarżonym:

      Zarzuca nam łamanie prawa, wypomina nam błędy naszych obyczajów. Chełpi się, że zna Boga, zwie siebie dzieckiem Pańskim. Jest potępie­niem naszych zamysłów, sam widok jego jest dla nas przykry, bo życie jego niepodobne do innych i drogi jego odmienne (Mdr 2,12–14).

      W istocie jednak to nie sprawiedliwy oskarża grzeszników, ale ich własne sumienie, które przewrotnie starają się zagłuszyć, wchodząc z nim w polemikę. Aby jednak to było możliwe, muszą głos sumienia niejako wyrzucić na zewnątrz, przypisując go innemu człowiekowi – w dzisiejszym pierwszym czytaniu owemu sprawiedliwemu. Wtedy cały spór z głosem sumienia może się odbywać przed publicznością złożoną z ludzi podobnych do owych przewrotnych. Warto zauważyć, że chociaż ani sumienie, ani ów sprawiedliwy nic nie mówią, jednak, milcząc, mówią więcej niż byłaby w stanie to zrobić jakakolwiek wypowiedź przed takim trybunałem. Milcząc, pozwalają mówić samej prawdzie. Wszelkie argumenty, racje i proponowane próby nie mają żadnego sensu, bo całe gremium „sędziów” jest sztuczne. Dzisiaj powiedzielibyśmy: wirtualne. To w istocie walka z cieniami. W chwilowym układzie tej pozornej rzeczywistości przewrotna logika wydaje się nawet mocna:

      Zobaczmyż, czy prawdziwe są jego słowa, wybadajmy, co będzie przy jego zejściu. Bo jeśli sprawiedliwy jest synem Bożym, Bóg ujmie się za nim i wyrwie go z ręki przeciwników. Dotknijmy go obelgą i katuszą, by poznać jego łagodność i doświadczyć jego cierpliwości. Zasądźmy go na śmierć haniebną, bo – jak mówił – będzie ocalony (Mdr 2,17–20).

      Ten tekst wręcz dosłownie urzeczywistnił się w całym procesie i męce Jezusa. Wszyscy właściwie oczekiwali rozstrzygnięcia: czy Jego słowa okażą się prawdziwe i zwycięży, czy umrze, co według nich oznaczałoby klęskę Jego orędzia.

      Tak pomyśleli – i pobłądzili, bo własna złość ich zaślepiła. Nie pojęli tajemnic Bożych, nie spodziewali się nagrody za prawość i nie docenili odpłaty dusz czystych (Mdr 2,21n).

      Nie zrozumieli, że Boże myśli są inne niż ludzkie i Bóg daje nie takie zwycięstwo, jakiego by się spodziewali ludzie. Jeszcze lepiej wyraża to następne zdanie z Księgi Mądrości: Bo dla nieśmiertelności Bóg stworzył człowieka – uczynił go obrazem swej własnej wieczności (Mdr 2,23). Zwycięstwo w wymiarze tego świata niczego nie daje, bo ten świat przemija, jest chwilowy. Bóg daje zwycięstwo na swoją miarę. Objawia je zmartwychwstanie Chrystusa. Ale okazuje się, że nie jest ono dostępne dla tych, którzy z uporem chcą widzieć sukces w kategoriach tego świata.

      Aby odkryć prawdę, czyli zobaczyć wszystko w podobny sposób, jak widzi Bóg, trzeba spojrzeć z miłością i wyrozumiałością. Właśnie z takiej perspektywy przemawia do nas Jezus na kartach dzisiejszej Ewangelii. Niezrozumienie Jego słów bierze się z tajemnicy naszego wewnętrznego zranienia grzechem. Ze względu na to zranienie, z którego powinniśmy sobie zdawać sprawę, musimy w samych sobie walczyć o spojrzenie z miłością. Trzeba się w sercu zdecydować na miłosierdzie. Bez takiego zdecydowania wcześniej czy później wpadniemy w przewrotność myślenia, gdyż potrzeba obrony siebie ostatecznie zwycięży w nas i – podobnie jak Żydów za czasów Pana Jezusa – doprowadzi nas do zbrodni, która niekoniecznie musi się wyrazić skazaniem kogoś na śmierć, ale zawsze przejawi się w jakimś przewrotnym ośmieszeniu prawdy i sprawiedliwości.

      Krzyż Chrystusa odsłonił przewrotność naszego ludzkiego serca. Każdy z nas musi zobaczyć, że owa przewrotność nie odnosi się jedynie do Żydów za czasów Pana Jezusa, ale także do nas. Jeśli tego nie zrozumiemy i nie zdecydujemy się na walkę o prawdę w nas samych, nie osiągniemy prawdziwego postępu duchowego.


      • iktoto Re: Homilia 4 Sob WP 08.04.11, 15:46
        4. Sobota WP
        Jr 11,18–20

        J 7,40–53

        Jak można zasądzić i skazać sprawiedliwego? Istnieją pewne konieczne warunki, aby to było możliwe. Przede wszystkim zasądzony musi być dla nas kimś obcym, a najlepiej wrogiem. Aby utrzymać wrogą postawę wobec niego, musimy pilnować się, aby nie wejść z nim w bezpośredni kontakt twarzą w twarz w spokojnej rozmowie. Jeżeli już dochodzi do spotkania, to musi ono mieć charakter walki z odpowiednio dużą dawką emocji, które są w stanie zagłuszyć spokojną refleksję. Bardzo dobrze jeżeli odbywa się to wobec widowni, przed którą można wykazać, że osądzony robi coś skandalicznego. Tutaj uproszczone argumenty, oparte na formalnym rozumieniu prawa i przepisów, są najwłaściwszym narzędziem walki z podsądnym. Trzeba nieustannie utrzymywać w sobie odpowiedni poziom agresji i nie pozwolić na jego zmniejszenie. Najlepiej to uzyskać wspólnie z tymi, którzy mają podobne zamiary. Samotnie, bez poparcia dla naszych „uzasadnionych racji”, nie bylibyśmy w stanie utrzymać swojej wrogości i potępienia. Poparcie innych jest niezbędne, aby można było spokojnie kogoś potępić i skazać. Później trzeba się konsekwentnie trzymać swoich racji. Gdyby okazało się, że nie są one prawdziwe, groziłoby to nam całkowitą kompromitacją, do czego nie można za nic dopuścić!

        Wszystko to jest obecne w dzisiejszej Ewangelii i w relacji proroka Jeremiasza. Są to mechanizmy zawsze aktualne i dlatego scenariusze powtarzają się w każdym pokoleniu w różnych sytuacjach życiowych. Żeby „obronić” swoje racje i „niewinność”, nie należy zbliżyć się do bliźniego, bo cała misternie budowana konstrukcja runęłaby w jednym momencie. Tak się stało ze strażnikami posłanymi, by pojmali Jezusa: Nigdy jeszcze nikt nie przemawiał tak, jak ten człowiek przemawia (J 7,46). Nagle usłyszeli słowo, jakiego nigdy nie słyszeli. Otwarła się perspektywa ludzkiego spotkania. Hodowana w sobie nienawiść musiała ustąpić.
    • iktoto Homilia 5 Nd WP A 10.04.11, 13:49
      5. Niedziela WP A
      Ez 37,12–14

      Rz 8,8–11

      J 11,3–7.17.20–27

      Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie (J 11,25).

      To zdanie dziwnie dla nas brzmi. Ktoś mówi w nim o sobie, że jest życiem! Zwykle myślimy, że życie jest czymś, co ktoś posiada. A Pan Jezus mówi: Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem, a dalej: Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki (J 11,26). Jak to jest możliwe?!

      Żeby to pojąć, trzeba sięgnąć do samego rozumienia Boga w Biblii i więzi, jaka istnieje między Nim a człowiekiem. Prorok Ezechiel mówi: poznacie, że Ja jestem Pan, gdy wasze groby otworzę i z grobów was wydobędę, ludu mój (Ez 37,13). Określenie „Pan” w tym tekście użyte jest w miejsce Jhwh, imienia samego Boga, które kiedyś objawił Mojżeszowi (zob. Wj 3,14). Jhwh – co na nasz język tłumaczymy: „Jestem, który Jestem”. Można też tłumaczyć: „Jestem Będący”. Ponieważ hebrajski język nie miał czasów w naszym rozumieniu, można to określenie tłumaczyć nieco inaczej: „Jestem, który Będę”, „Będę, który Będę”. Jednocześnie trzeba uwzględnić, że skoro „jest” w Biblii wpierw i przede wszystkim odnosi się do więzi osobowej, to „jestem” oznacza żywą osobową obecność. Można wówczas imię Boże tłumaczyć jako: „zobaczysz, kim Jestem”. Takie tłumaczenie Jhwh zgadza się z następnymi zdaniami z Wj 3: Jestem, Bóg ojców waszych, Bóg Abrahama, Bóg Izaaka i Bóg Jakuba (Wj 3,15) i ze wskazaniem: Ja będę z tobą. Znakiem zaś dla ciebie, że Ja cię posłałem, będzie to, że po wyprowadzeniu tego ludu z Egiptu oddacie cześć Bogu na tej górze (Wj 3,12). I rzeczywiście, za rok Mojżesz przyprowadził cały Izrael do stóp tej góry, gdzie Bóg zawarł z nim przymierze.

      Samo określenie imienia Bożego Jahwe zawiera w sobie przesłanie wskazujące na osobiste doświadczenie. Bóg jest żywy, to znaczy jest Bogiem żywych więzi. Taki był argument Pana Jezusa w sporze z saduceuszami, gdy kwestionowali zmartwychwstanie (zob. Mk 12,19–28).

      Żywa więź z Bogiem staje się faktem przez dar Ducha Świętego. Mówi o tym wyraźnie św. Paweł w dzisiejszym czytaniu z Listu do Rzymian. Żywa więź z Jezusem polega na udziale w Jego Duchu. Brak tego samego Ducha oznacza, że nie mamy w Jezusie udziału, a przez to jesteśmy martwi. Jedynie Duch Święty daje prawdziwe życie, bo On jest Duchem Ojca i Syna:

      Je­żeli mieszka w was Duch Tego, który Jezusa wskrze­sił z mar­t­wych, to Ten, co wskrzesił Jezusa Chrys­tu­sa z mar­t­wych, przywróci do życia wasze śmiertelne cia­ła mo­cą mieszkającego w was Ducha (Rz 8,11).

      W tajemnicy życia w Duchu Świętym zawiera się zasadnicza prawda bycia chrześcijaninem i prawda o zmartwychwstaniu, czyli prawda o naszym nowym życiu. W Nim prawda o Bogu Jhwh uzyskuje swój ostateczny kształt. Nie jest to abstrakcyjna prawda o Najwyższym istnieniu czy Najwyższej istocie, czy nawet o samym istnieniu w jego czystym „esse – być”. Prawda odkrywana jedynie w intelekcie pozostaje jakąś abstrakcją. Duch Święty natomiast jest tajemnicą życia, które staje się naszym udziałem. Jest to prawda żywa, obecna w nas, w naszym życiu, a nie jedynie w naszym myśleniu. Można ją rozpoznać po postawach każdego z nas w relacji do innych ludzi. Właściwie świadectwo życia jest jedynym kryterium poznania.

      Być może, Ducha Świętego kojarzymy ze szczególnymi darami i przeżyciem uniesienia, jak to miało miejsce podczas Zesłania Ducha Świętego. Podobne zjawiska, jak wiemy, powtarzają się i dzisiaj w tak zwanych ruchach charyzmatycznych. Musimy jednak pamiętać, że były to jedynie przejawy Jego obecności, zewnętrzne znaki. Natomiast samo życie w Duchu odsłania się w postawie wobec konkretnych sytuacji.

      Określenie „duch” oznacza wpierw poruszenie, ruah – tchnienie życia, które w człowieku od razu ma charakter etyczny, czyli odnoszący się do postępowania wobec innych. Posiadać Ducha Chrystusa oznacza zatem przede wszystkim mieć w sobie takie samo poruszenie serca, taki sam dynamizm postępowania jak Jezus Chrystus. To, czy mamy Ducha, można poznać po owocach, a nie po zamiarach czy po samych przejawach w postaci nadzwyczajnych zjawisk. Duch zawsze daje życie i można Go poznać po owocach, które są świadectwem prawdziwego życia. Święty Paweł daje nam w Liście do Galatów konkretny sposób rozpoznania obecnego Ducha, wymieniając Jego owoce: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie (Ga 5,22n). Do tej listy należy jeszcze dołożyć pokorę, którą św. Paweł wymienia w innym miejscu.

      Ta prawda wpierw i przede wszystkim odnosiła się do Jezusa. Można te owoce doskonale w Nim rozpoznać. Całkowicie ogarnięty Duchem, wprowadził swoje Człowieczeństwo w doskonałą jedność z Nim. Nie potrzebował tego dla siebie jako Syna Bożego, bo posiadał tę jedność z natury. Natomiast człowiek dzięki temu uzyskał życie będące udziałem w życiu Boga. Zdobywając je dla nas, Jezus stał się bramą naszego zbawienia, a nawet można powiedzieć więcej: miejscem zbawienia. W Nim wypełniło się to, co zapowiedział prorok Ezechiel: Udzielę wam Mego ducha po to, byście ożyli, i po­wiodę was do kra­ju waszego, i poznacie, że Ja, Pan, to powiedziałem i wy­konam (Ez 37,14). Dokonało się to o wiele wspanialej, niż byśmy mogli to sobie wyobrazić. Pan Jezus powiedział nam:

      To w Nim mamy zmartwychwstanie i życie. W jego Ciele. Nie dzięki naszym dobrym dziełom, osobistym wysiłkom, ale przez udział w Nim i jego Duchu.


    • iktoto Homilia 5 Pn WP 11.04.11, 22:04
      5. Poniedziałek WP
      Dn 13,41–62

      J 8,1–11

      I Ja ciebie nie potępiam. – Idź, a od tej chwili już nie grzesz (J 8,11).

      Pan Jezus nie przyszedł moralizować, pouczać, napominać, wy­ka­zy­wać błędy i grzechy... On przyszedł nas wyzwolić, zbawić. W Ewa­n­ge­lii według św. Jana powiedział to wyraźnie:

      Nie przyszedłem bowiem po to, aby świat potępić, ale by świat zbawić. Kto Mną gardzi i nie przyjmuje słów moich, ten ma swego sędziego: słowo, które wygłosiłem, ono to będzie go sądzić w dniu ostatecznym (J 12,47n).

      Zbawienie nie polega na usprawiedliwieniu wszystkiego, każdego ludzkiego działania, niezależnie od jego wartości, od jego dobra lub zła. Zbawienie nie oznacza tolerancji dla wszystkiego, co człowiek chce robić. Prawdziwe zbawienie polega na wyzwoleniu do życia w prawdzie. To doskonale ilustrują oba dzisiejsze czytania. W Ewangelii Pan Jezus zostaje postawiony przed półprawdą. Może najlepiej wyraził tę sytuację Jan Paweł II w swoim komentarzu do tej sceny:

      Kobieta jest pozostawiona samotnie pod pręgierzem opinii ze „swoim grzechem”, podczas gdy za tym „jej” grzechem kryje się mężczyzna jako grzesznik, winny „grzechu cudzego”, co więcej, jako zań odpo­wie­dzial­ny. Jednakże jego grzech uchodzi uwagi, zostaje zmilczany: zdaje się nie ponosić odpowiedzialności za „grzech cudzy”! Czasem staje się on wręcz oskarżycielem, jak w wypadku opisanym, niepomny swego własnego grzechu. Ileż razy w sposób podobny kobieta płaci za swój grzech (może nawet i ona winna jest niekiedy grzechu mężczyzny jako „grzechu cudzego”wink – płaci jednak ona sama i płaci samotnie! (MD 14)

      Cóż wobec takiej niesprawiedliwości? Pan Jezus milczy, ale Jego milczenie jest pełne wymowy, cisza zdaje się krzyczeć. Wystarczy jedynie wypowiedzieć prawdę tej ciszy: Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień (J 8,7). Pan Jezus przez swoje milczenie przypomina przybyłym tajemnicę sumienia istniejącą w naszym sercu.

      Pan Jezus swoją postawą ukazuje, jak działa sumienie. Faryzeusze i uczeni w Piśmie przychodzą do Niego, wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć (J 8,6). W tym celu odwołują się do Prawa, jakie im zostawił Mojżesz, niepodważalny autorytet dla wszystkich Żydów. Prawo jednak, jak wiemy, ma to do siebie, że można je rozmaicie interpretować, można je także naginać, często bywa ono przedmiotem sporu. Wiemy, jak w sądzie adwokaci umieją żonglować rozmaitymi paragrafami, aby przeforsować interesy swojego klienta. Na płaszczyźnie prawa można toczyć spór. Z sumieniem jest zupełnie inaczej. Ono nie wchodzi w żadne polemiki ani kłótnie. Ono jest głosem samej prawdy, która jest naga, jest taka, jaka jest i nie udaje się jej ubrać w żadne szaty dla nas wygodne. Z sumieniem nie można wchodzić w jakiekolwiek kompromisy. Na wszelkie argumenty, racje milczy, niejako przepalając człowieka od wewnątrz wyrzutem, nie dając schronienia za żadnym fałszem czy pozorem.

      Scena z Ewangelii ukazuje, jak Pan Jezus przemawia do nas na płaszczyźnie sumienia, jak nie chce wikłać się w spory polityczne, rozmaite układy między ludźmi, a nawet spory natury moralno-prawnej, w polemiki, oskarżenia... Nieustannie oczekuje, abyśmy otworzyli swoje serce na wewnętrzny głos. Scena ukazuje, jak sumienie działa nawet w sercu człowieka, który ma złe zamiary.

      Nie wystarczy jednak, że każdy ze swojej natury ma sumienie. Zasadniczy problem polega na tym, czy chcemy przyjąć głos naszego sumienia i czy chcemy za nim pójść. Ci, którzy przyprowadzili kobietę pochwyconą na cudzołóstwie, usłyszeli głos sumienia, mało tego, sumienie ich zmusiło do rezygnacji z powziętego zamiaru, ale, jak pisze Ewangelia: wszyscy jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych (J 8,9). Ale oni nie przyjęli go prawdziwie, raczej głos sumienia ich pokonał, a oni uciekli, czując się pokonanymi. Nie zrozumieli, że uznanie prawdy nie jest żadną klęską człowieka, ale właśnie zwycięstwem. Nieco dalej w tym samym rozdziale Pan Jezus powie: Jeżeli trwacie w nauce mojej, jesteście prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli (J 8,31n). Kiedy człowiek przyjmuje głos sumienia i idzie za nim, staje się człowiekiem sumienia, staje się prawdziwie uczniem w szkole sumienia, a przez to dzieckiem Boga.

      Uczestnicy dzisiejszej sceny ewangelijnej pewnie należeli później do tłumu, który wołał: „Ukrzyżuj!”. To wołanie było histerycznym krzykiem ludzi, którzy chcieli zagłuszyć swoje sumienie. Najczęściej robi się to przez odnajdywanie winnych naszego nieszczęścia i zrzucenie na nich całej winy. Bardzo nie lubimy poczucia winy. Dlatego tak trudno się nam przyznać, że sami jesteśmy winni naszej biedy, czy to moralnej, czy życiowej. Zrzucanie winy na innych jest klasycznym sposobem ucieczki od sumienia. Jest to tym mocniejsze i bardziej przewrotne, im bardziej człowiek jest wewnętrznie nieuczciwy.

      Tak właśnie było w przypadku fałszywie oskarżonej przez dwóch starców Zuzanny z dzisiejszego pierwszego czytania. Ta sytuacja pokazuje jednocześnie, jak bardzo pożądanie jest bliskie nienawiści. Zarówno jedno, jak drugie jest namiętnością i swoją siłę czerpie z egocentryzmu, który jest przeciwieństwem sumienia i prawdziwego serca.
      • iktoto Homilia 5 Wt WP 11.04.11, 22:05
        5. Wtorek WP
        Lb 21,4–9

        J 8,21–30

        Jeżeli bowiem nie uwierzycie, że Ja Jestem, pomrzecie w grzechach waszych (J 8,24).

        Co Pan Jezus mówi w tych słowach? Co to znaczy uwierzyć w owo: Ja Jestem? Zazwyczaj mówimy: jestem... i podajemy swoje imię i nazwisko albo zawód, albo coś, co nas określa. A tutaj Pan Jezus nie mówi, że jest kimś, ale jedynie: Ja Jestem. Dla nas to określenie może nie być na pierwszy rzut oka czytelne, ale nie dla Żyda. Żydzi wiedzieli, że Pan Jezus odnosi do siebie słowa, jakie Bóg powiedział do Mojżesza przy krzaku gorejącym pod górą Synaj, gdy ten zapytał Boga o Jego imię. Bóg powiedział wówczas:

        Odpowiedział Bóg Mojżeszowi: Jestem, Który Jestem. I dodał: Tak powiesz synom Izraela: Jestem posłał mnie do was. Mówił dalej Bóg do Mojżesza: Tak powiesz Izraelitom: Jestem, Bóg ojców waszych, Bóg Abrahama, Bóg Izaaka i Bóg Jakuba posłał mnie do was. To jest imię moje na wieki i to jest moje zawołanie na najdalsze pokolenia (Wj 3,14n).

        Bóg wówczas po raz pierwszy objawił swoje imię. Dotychczas był dla Abrahama, Izaaka i Jakuba po prostu Bogiem. Mojżeszowi jednak powiedział coś o sobie, powiedział mu swoje imię, które nie jest po prostu jakimś nazwaniem, ale czymś, co odsłania istotę. Bóg powiedział mu, Kim jest, niejako odsłonił rąbek swojego serca. Nie było to ani dla Mojżesza, ani dla następnych pokoleń jasno widoczne. Dopiero z czasem, szczególnie prorocy, odkrywają prawdziwy sens owego imienia Bożego.

        Warto jednak na początku powiedzieć coś o sensie tego określenia. Jestem, który Jestem nie oznacza po prostu tego, że Bóg jest taki, jaki jest i nie jest inny. Nie oznacza jedynie, że jest samym istnieniem, choć w Nim zawiera się i ta tajemnica: On jest we wszystkim, co istnieje, bez Niego nic nie może istnieć – wiemy to z katechezy, w Nim poruszamy się, żyjemy i jesteśmy, jak to określił św. Paweł. To jest prawda, ale gdy Bóg objawiał Mojżeszowi swoje imię, nie o tę prawdę Mu zasadniczo chodziło. Aby lepiej zrozumieć to określenie, trzeba przyjrzeć się frazie: Tak powiesz Izraelitom: Jestem, Bóg ojców waszych, Bóg Abrahama, Bóg Izaaka i Bóg Jakuba posłał mnie do was. Otóż trzeba wiedzieć, że dla Izraelitów określenie „jestem” zawsze odnosiło się do konkretnego spotkania i właściwie trzeba by je raczej tłumaczyć: „jestem z tobą”. Nie jestem w ogóle, gdzieś sobie..., ale jestem z tobą konkretnie. Właśnie ten sens wydobywa Pan Jezus w sporze z saduceuszami, którzy podważali wiarę w zmartwychwstanie. Odniósł się wówczas do tego tekstu, mówiąc: Bóg nie jest [Bogiem] umarłych, lecz żywych (Mt 22,32). Bóg jest od razu w żywej relacji z tymi, dla których jest Bogiem. Nie „byłem”, ale „jestem”, czyli Abraham żyje, bo „Bóg jest z nim w żywej relacji”, chociaż za czasów Mojżesza Abraham był już dawno pochowany w grobie!

        Przy czym w języku hebrajskim nie chodzi o proste bycie tu i teraz przed Mojżeszem. Użyty jest tam szczególny rodzaj gramatycznego czasu przypominający naszą formę niedokonaną, co można by tłu­ma­czyć następująco: „jestem, jaki będę” czy „jestem tym, kim będę”. Jest to zatem wskazanie na przyszłość. Jeżeli jeszcze uwzględ­nimy fakt bycia „z” i „dla” kogoś, to można by to określe­nie próbować oddać w następujący sposób: „Jestem z tobą taki, jaki będę dla ciebie”. Tę treść oddają następujące słowa Jahwe skiero­wa­ne do Mojżesza:

        Ja będę z tobą. Znakiem zaś dla ciebie, że Ja cię posłałem, będzie to, że po wyprowadzeniu tego ludu z Egiptu od­da­cie cześć Bogu na tej górze (Wj 3,12).

        Można zatem starać się przetłumaczyć tę frazę następująco: „kiedy przyprowadzisz tutaj Izraela i oddasz Mi cześć na tej górze, zobaczysz, że Ja jestem”.

        W poznaniu Boga ważne, a właściwie rozstrzygające, jest, doświadczenie biorące się z zawierzenia: „Oto pójdziesz, przyprowadzisz Izraela, a wówczas poznasz Mnie, poznasz, że Ja jestem z tobą”.

        Do takiego doświadczenia Boga każdy z nas jest wezwany. Opis z Księgi Liczb z dzisiejszego pierwszego czytania był takim doświadczeniem: I rzeczywiście, jeśli kogo wąż ukąsił, a ukąszony spojrzał na węża mie­dzianego, zostawał przy życiu (Lb 21,9). Słowo Boga, Jego obiet­nica, rzeczywiście się spełniały. Z tego doświadczenia speł­nie­nia się Bożej obietnicy wyrasta doświadczenie prawdziwości naszego zawierzenia, a stąd prawdziwości Bożego Jestem, które jest zawsze dla nas i z nami. Święty Paweł potem w Liście do Rzymian wypowie jedno z najwspanialszych dla nas stwierdzeń: Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? (Rz 8,31).

        W tym kontekście należy odczytać zacytowane na początku zdanie z dzisiejszej Ewangelii: Jeżeli bowiem nie uwierzycie, że Ja Jestem, pomrzecie w grzechach waszych (J 8,24). Oto na krzyżu, podczas owego wywyższenia Syna Bożego, objawia się pełnia Jego bycia „z” i „dla” nas. Bóg w swoim Synu jest z nami w tym, co najtrudniejsze, w cierpieniu i śmierci. Owo: „Jestem z tobą tak, jak będę”, tutaj na krzyżu dochodzi do pełni. Czy można być bliżej człowieka niż w śmierci? Czasem mówi się: każdy umiera sam. I to jest prawda. Można być przy człowieku, być świadkiem jego umierania, ale śmierć jest tylko jego udziałem, my pozostajemy na zewnątrz. Natomiast tutaj dokonuje się coś przedziwnego: oto umiera Syn Człowieczy, który jest jednocześnie Synem Bożym. Umiera jako Człowiek, całkowicie solidaryzując się z każdym człowiekiem, który umiera. Ale jednocześnie, będąc Bogiem, jest w śmierci każdego z nas. Nie jest jedynie zewnętrznym świadkiem umierania, ale jest Tym, który przejmuje nas w śmierci Jednak dokonuje się to tylko wtedy, gdy tego pragniemy, kiedy uwierzymy, że On Jest z nami. Człowiek jest wolny i może powiedzieć Bogu „nie” – o czym nam przypomniał Jan Paweł II podczas pierwszej pielgrzymki do Polski – człowiek może nie uwierzyć, nie zawierzyć Jego dobroci i miłości, może się od Boga odwrócić. I wówczas dokonuje się owo fatalne: pomrzecie w grzechach waszych.

        Ale powtórzmy za Papieżem pytanie: W imię czego mam powiedzieć Bogu „nie”? W imię czego mam odrzucić Jego miłość? Dzisiaj za odpowiedź niech nam wystarczą końcowe słowa Ewangelii:

        Gdy wywyższycie Syna Człowieczego, wtedy poznacie, że Ja Jestem i że Ja nic sam z siebie nie czynię, ale że mówię to, czego Mnie Ojciec nauczył. A Ten, który Mnie posłał, jest ze Mną: nie pozostawił Mnie samego, bo Ja zawsze czynię to, co się Jemu podoba (J 8,28n).

        Otóż Jezus jako Człowiek w swojej śmierci doświadcza owego Bożego, Ojcowego Jestem, który Jestem. Mówi przecież: nie pozostawił Mnie samego. Tak, Ojciec nie pozostawia Syna w Jego ludzkiej kondycji samego, mimo najtrudniejszego doświadczenia opuszczenia. Pamiętamy słowa Pana Jezusa z krzyża: Eloi, Eloi, lema sabachthani, to znaczy: Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił? (Mk 15,34). Doświadczył najgłębszego ludzkiego ogołocenia i osamotnienia, ale Jego zawierzenie Ojcu, Jego Jestem z Tobą, doprowadziło do Jego zmartwychwstania jako Człowieka. I właśnie to samo nam obiecuje, jeżeli uwierzymy, że On jest owym Jestem, który Jestem, czyli jestem z wami, jestem z tobą.

        W naszym życiu chrześcijańskim właściwie chodzi o jedno: o coraz mocniejsze wchodzenie w tajemnicę Jego bycia dla nas. Zaczęło się to od chrztu, który jest zanurzeniem w śmierci Jezusa, aby razem z Nim żyć. I ten sakrament jest stale naszym programem życia. Od tego, czy prawdziwie go w swoim życiu zrealizujemy, będzie zależało nasze życie w Bogu w Jego królestwie.
    • iktoto Homilia 5 śr WP 13.04.11, 20:30
      5. Środa WP
      Dn 3,14–20.91–92.95

      J 8,31–42

      Kto jest moim ojcem? W odpowiedzi na to pytanie wskazujemy na naszego rodziciela. Jednak ojcostwo ma swoją głębię. Ojcostwo posiada wpierw i przede wszystkim wymiar duchowy. Ojcem jest ten, który daje ducha. Kto jest moim prawdziwym ojcem? Dla chrześcijan jest nim jedynie Ojciec niebieski. Pan Jezus mówi nam to wprost:

      Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie (Mt 23,9).

      Dzisiejsza Ewangelia ukazuje jednak, że nie wystarczy przypisywać sobie przynależności do takiego Ojca. Żydzi mówią Panu Jezusowi wprost: Myśmy się nie urodzili z nierządu, jednego mamy Ojca – Boga (J 8,41). Pan Jezus odpowiada im jednak wyraźnie w dalszej części Ewangelii słowami, których nie zawiera dzisiejsze czytanie: Wy macie diabła za ojca i chcecie spełniać pożądania waszego ojca (J 8,44). Ich prawdziwym ojcem okazuje się zupełnie ktoś inny, wręcz całkowicie przeciwny i to mimo usilnej deklaracji! Musimy jednocześnie pamiętać, że Żydzi byli ludźmi przestrzegającymi bardzo pilnie przepisów Prawa w sposób o wiele bardziej skrupulatny niż najgorliwsi katolicy w Polsce! W swoim mniemaniu mieli zatem uzasadnione prawo do noszenia miana dzieci Boga. Dlatego my dzisiaj musimy bardzo dobrze pamiętać o tej wypowiedzi Pana Jezusa skierowanej do nich.

      Sprawa jest jeszcze o tyle trudniejsza, że rozgrywa się w sercu każdego z nas. Bardzo dramatycznie uwidacznia się to w scenie z 16. rozdziału Ewangelii według św. Mateusza, w której św. Piotr na pytanie Pana Jezusa: A wy za kogo Mnie uważacie? (Mt 16,15) odpowiada: Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego (Mt 16,16). Na tę odpowiedź słyszy z ust Chrystusa: Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie (Mt 16,17). Ale za chwilę, kiedy Jezus mówi o swojej męce i śmierci, a Piotr zaczyna Mu robić wyrzuty, słyszy: Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku (Mt 16,23). W jednym momencie zostaje uznany za kogoś, kto mówi z natchnienia Bożego, w drugim zostaje nazwany szatanem. Wszystko zależy od tego, z jakiego natchnienia, z jakiego ducha człowiek przemawia, kogo w istocie wewnętrznie słucha. Przy czym św. Piotr, pocieszając Pana Jezusa, wcale nie uważał, że jego słowa pochodzą od szatana, wręcz przeciwnie, według swojego mniemania robił dobrze!

      Jak zatem stajemy się dziećmi Boga? Pan Jezus daje nam dzisiaj wyraźne wskazanie: Jeżeli trwacie w nauce mojej, jesteście prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli (J 8,31n). Stajemy się dziećmi Bożymi przez „trwanie w nauce Chrystusa”, która prowadzi do „poznania prawdy”. Co znaczy dla nas owo „trwacie”? Może dobrze oddaje tę treść wypowiedź Pana Jezusa, kiedy przyszli do Niego krewni i chcieli z Nim rozmawiać akurat wtedy, gdy nauczał: Moją matką i moimi braćmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i wypełniają je (Łk 8,21).

      Dzisiaj Pan Jezus nie przebywa wśród nas tak, jak przed dwoma tysiącami lat w Palestynie, będąc w postaci człowieka. W Wieczerniku zapowiedział, że pośle nam Parakleta, Ducha Prawdy:

      Gdy zaś przyjdzie On, Duch prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. Bo nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko, cokolwiek usłyszy, i oznajmi wam rzeczy przyszłe. On Mnie otoczy chwałą, ponieważ z mojego weźmie i wam objawi. Wszystko, co ma Ojciec, jest moje. Dlatego powiedziałem, że z mojego weźmie i wam objawi (J 16,13–15).

      To właśnie Duch Święty doprowadza nas do „całej prawdy” i On przekazuje nam naukę Jezusa, naukę, która nie jest Jego, ale Ojca. Duch nie mówi niczego nowego, ale prowadzi do zrozumienia nauki przekazanej nam przez Jezusa Chrystusa. Ta nauka pochodzi nie od Niego samego, ale od Ojca, jak to Pan Jezus mówi w dzisiejszej Ewangelii. Mamy tu do czynienia z charakterystycznym sposobem objawienia: od Ojca przez Jezusa w Duchu Świętym. Przez Syna i Ducha zostajemy zakorzenieni w Ojcu. Taka jest prawdziwa dynamika życia duchowego, jaką nam przynosi Pan Jezus. I dlatego zawsze naszym punktem odniesienia będzie Jezus Chrystus i Jego nauka, ale w żywym przekazie Ducha Świętego, który nas wprowadza w całą głębię poznania.

      Praktycznie polega to na tym, abyśmy umieli autentycznie słuchać sercem. Zauważmy, że nieustannie nachodzą nas rozmaite myśli, pragnienia, natchnienia… Pojawiają się one samoistnie albo w odpowiedzi na usłyszane słowo, sytuację, w jakiej jesteśmy, doświadczane cierpienie lub przyjemność… Te myśli i uczucia sugerują nam określony sposób postępowania. W zależności od tego za czym pójdziemy, takimi się stajemy: dziećmi Boga lub dziećmi naszych namiętności, którymi bardzo często steruje Zły. Podstawowa sztuka życia duchowego polega na rozeznawaniu źródła tych myśli i na umiejętności odrzucenia złych pobudek, a przyjmowania dobrych. Ten wysiłek nazywali mnisi „strażą serca”.

      Stosunkowo łatwo można rozpoznać złe myśli, gdy są pokusami do grzesznego działania. Natomiast w większości przypadków pojawiające się myśli nie są wyraźnie złe czy dobre. Np. św. Piotr nie namawiał Pana Jezusa do czegoś złego moralnie. Pragnął jedynie oddalić od Niego „złe” myśli, mało tego, chciał umocnić Go w wierze w sukces. A jednak usłyszał tak mocne słowa: Zejdź Mi z oczu, szatanie! Widzimy, że nie jest łatwo odróżnić to, co pochodzi od Boga, od tego, co pochodzi jedynie z naszych wyobrażeń czy wprost od Złego! To wymaga nauki. Właściwie trzeba powiedzieć, że nieustannie jesteśmy jedynie uczniami w szkole rozeznawania Bożego natchnienia.

      Jak się tego uczyć? Właściwie najważniejsza jest otwartość na prowadzenie nas przez Ducha Świętego do całej prawdy. Musimy sobie powiedzieć, że nie jesteśmy „mądrzy”, nie wiemy wszystkiego, jesteśmy jedynie uczniami w szkole. Na tym polega postawa pokory, która jest warunkiem poznania prawdy. Dalej trzeba nam nieustannie patrzeć na owoce poszczególnych wyborów. Po owocach poznacie. Święty Paweł wskazuje nam owoce, jakie rodzą się z ciała:

      nierząd, nieczystość, wyuzdanie, uprawianie bałwochwalstwa, czary, nienawiść, spór, zawiść, wzburzenie, niewłaściwa pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozłamy, zazdrość, pijaństwo, hulanki i tym podobne. Co do nich zapowiadam wam, jak to już zapowiedziałem: ci, którzy się takich rzeczy dopuszczają, królestwa Bożego nie odziedziczą (Ga 5,19–21).

      Natomiast owocami Ducha są:

      miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie (Ga 522n).

      Kiedy dobrze obserwujemy nasze decyzje i ich konsekwencje, stopniowo uczymy się rozróżniać to, co jest od Boga i to, co nie jest od Niego. Wymienione owoce wskazują, co naprawdę prowadzi do życia i to życie buduje, a co prowadzi do rozbicia, niszczenia życia.

      Wielką szkołą dla nas jest Pismo Święte i liturgia. Drugi Sobór Watykański mówi nam, że liturgia jest „szczytem i źródłem chrześcijańskiego życia”. Nie doktryna, nie moralność, ale liturgia, misterium, szczególnie Eucharystia. I ona też staje się dla nas szkołą życia.
      • iktoto Homilia 5 czw WP 13.04.11, 20:30
        5. Czwartek WP
        Rdz 17,3–9

        J 8,51–59

        Zanim Abraham stał się, Ja jestem (J 8,58). Abraham, jak każdy inny człowiek, staje się, a Chrystus mówi o sobie: Ja jestem. Mówiliśmy już o sensie tego sformułowania. Dzisiaj chciałbym zwrócić uwagę na przeciwieństwo: staje się – jest. Na nim polega całe nieporozumienie w rozmowie z Jezusem. Jego słuchacze widzą wszystko w nieustannym procesie stawania się i umierania:

        Czy Ty jesteś większy od ojca naszego Abrahama, który przecież umarł? I prorocy pomarli... Pięćdziesięciu lat jeszcze nie masz, a Abrahama widziałeś?

        Rzeczywiście: jak można było widzieć Abrahama, który żył ponad tysiąc lat wcześniej, nie mając nawet 50 lat? Jest to w kategoriach naszego ziemskiego doświadczenia oczywista niemożliwość. Dlatego w tej sytuacji Pan Jezus jednoznacznie mówi o sobie: Jestem, który jestem. Wiara, jakiej domagał się Pan Jezus w tej wypowiedzi, przerastała Żydów całkowicie. Jestem, który Jestem oznaczało: jestem Jahwe. Tak przemawiać mógł jedynie Bóg, a nie człowiek, a jakżeż ktoś, kogo widzieli jako człowieka, mógł się uważać za Boga! Było to dla nich bluźnierstwo. Dlatego porwali kamienie, aby Go ukamienować.

        Prawda, którą przyniósł Pan Jezus, a właściwie, którą sam był, całkowicie przerastała wszystkich. Nikt nie był w stanie jej zobaczyć, być może z wyjątkiem Jego Matki, która na kartach Ewangelii właściwie milczy. Jednak ta prawda staje się „widoczna” w Jego zmartwychwstaniu i po Zesłaniu Ducha Świętego. Chrystus Zmartwychwstały objawia tajemnicę Bożego Jestem. Ukazuje nam nowe życie, które przerasta nieustanne stawanie się i przemijanie, ukazuje życie, które jest udziałem w Bożym Jestem.

        Dopiero w perspektywie zmartwychwstania wypowiedzi Pana Jezusa stają się dla nas czytelne. Dlatego nie należy potępiać tych Żydów, którzy polemizowali z Panem Jezusem. Obawiam się, że my nie bylibyśmy lepsi od nich. Pan Jezus wyraźnie mówi, abyśmy nie sądzili: Bo takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą (Mt 7,2). Jednak ta sytuacja uczy nas, jak bardzo trzeba nam dać się prowadzić przez słowo Boże. Jak trzeba je mądrze odczytywać. W Nowym Testamencie mamy kilka osób, które potrafiły dobrze odczytać sens Bożego słowa. Do nich należy wpierw i przede wszystkim Najświętsza Maria Panna. Wymaga to mądrości duchowej, umiejętności rozpoznania ducha Bożej myśli, odkrycia Jego zamysłu zbawczego. Dopiero w tej perspektywie można zacząć odczytywać to wszystko, co nam przez Jezusa daje.

        Dzisiejsze pierwsze czytanie dotyczy Abrahama i zawartego z nim przymierza. Jest to pierwsza historyczna postać, od której rozpoczyna się stopniowo realizacja Bożego zamysłu zbawczego. Przymierze gwarantuje wierność Boga w Jego błogosławieństwie skierowanym do nas.

        Przymierze moje, które zawieram pomiędzy Mną a tobą oraz twoim potomstwem, będzie trwało z pokolenia w pokolenie jako przymierze wieczne, abym był Bogiem twoim, a potem twego potomstwa (Rdz 17,7)

        Zobaczmy, jak ta obietnica się po latach spełnia. Abraham musiał jednak długo czekać na urodzenie się syna, Izaaka. Musiał się wykazać prawdziwym zawierzeniem. Abraham pewnie wierzył w realizację Bożej obietnicy, ale w wymiarze naturalnym. Pewnie nigdy by mu nie przyszło do głowy, że stanie się tak, jak się stało: po wiekach widać, jak ogromna liczba ludzi na świecie odnosi się do niego jako do swojego ojca w wierze. Bóg daje obietnicę, ale zawsze przerasta ona nasze wyobrażenie o jej spełnieniu. Wypełnia ją w sensie dosłownym, ale ważniejsze jest wypełnienie według Bożej miary, zgodnie z Jego zamysłem.

        W dzisiejszej Ewangelii, kontynuując poprzednie wątki, Pan Jezus stara się powiedzieć Żydom, że pragnie wszystkich doprowadzić do pełni życia, które ostatecznie jest udziałem w Bożym Jestem: Jeśli kto zachowa moją naukę, nie zazna śmierci na wieki (J 8,51). Oni jednak zupełnie tego nie rozumieją. Ta prawda całkowicie ich przerasta. Ich grzech nie polegał na tym, że nie zrozumieli słów Jezusa, ale na tym, że nie rozumiejąc, zamiast – w obliczu znaków, jakie im dawał – pytać i starać się wnikać w prawdę Jego słów, od razu uznali Go za bluźniercę.

        Podczas Eucharystii stajemy wobec misterium. Z jednej strony otrzymujemy Jego słowo, ewangelię o Bożym zbawieniu, z drugiej zaś uzyskujemy już teraz udział w Bożym życiu przez komunię. Liturgia jest wielkim misterium Bożego Jestem, które jest nam przekazywane. Nie chodzi w niej jedynie o zaspokojenie naszych nawet najlepszych doczesnych pragnień, ale o odnalezienie się w Tym, który Jest. W tym momencie warto powiedzieć kilka słów o dwóch odrębnych określeniach czasu istniejących w języku greckim. Chronos jest czasem przemijających zdarzeń, czyli zwykłym czasem, takim, którego w życiu doświadczamy. Natomiast istnieje inne określenie czasu: kairos, który jest „czasem sposobnym”, „czasem, w którym coś się wydarza i w związku z tym nie jest ważne przemijanie, ale to, co się wydarza”, jest to „czas łaski”, „czas spotkania”, „czas obecności”. I liturgia jest takim czasem. Jeżeli ją przeżywamy w kategoriach chronos, to nie rozumiemy, czym ona jest.

        I tak jak Żydów przerastała prawda, jaką przyniósł Pan Jezus, tak nas najczęściej przerasta misterium, w którym uczestniczymy. Chodzi w nim o coś o wiele głębszego, niż jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Aby wejść właściwie w liturgię, trzeba wejść w kairos, czas łaski, otworzyć się na misterium, które nas całkowicie przerasta. Liturgia staje się wielką szkołą otwierania się na misterium Boga obecnego w naszym życiu, bo On jest obecny w życiu każdego z nas, tylko, niestety, najczęściej my tego nie umiemy dostrzec. Istnieją jednak pewne szczególne wydarzenia, które nagle odsłaniają tę żywą obecność Boga w naszej historii. Takim wydarzeniem była śmierć naszego papieża Jana Pawła II. Wydaje się, że jego umieranie było takim momentem w wymiarze całego świata. To było zdumiewające i chyba nie było jeszcze niczego podobnego, nigdy cały świat nie przeżywał odchodzenia jakiegoś człowieka. Może warto sobie przypomnieć, że wtedy nagle telewizja, radio, gazety przyjęły prawdziwie poważny charakter. Istniała jakaś wielka powaga i godność, jakiej sobie nie przypominam w żadnym innym momencie w historii świata. Pewnie lokalnie tak bywało, ale w wymiarze całego świata chyba nie!

        Ale to, co najważniejsze dla nas, to wielkie świadectwo, szkoła życia, jaką nam dał Jan Paweł II. Mianowicie on bardzo świadomie wchodził w najważniejsze misterium życia, jakie dokonuje się w śmierci. Jak wiemy, Papież nie pozwolił zastosować w odniesieniu do siebie tak zwanej „uporczywej terapii”, czyli ratowania życia biologicznego za wszelką cenę. Ten wybór świadczył o jego świadomości i wolności, z jaką wchodził w śmierć. Śmierć jest najważniejszym i najwspanialszym momentem w życiu chrześcijanina, bo jest to przecież moment spotkania się z Chrystusem, naszym Panem. To moment radości, a nie smutku czy rozpaczy. „Amen”, jakie mógł na końcu wypowiedzieć, jest doskonałym streszczeniem jego życia. Przypomina ono Jezusowe: „Wykonało się”.

        Wielkość człowieka można poznać po jego śmierci. Umieranie Jana Pawła II na oczach całego świata było ogromnym świadectwem jego wiary i potwierdzeniem autentyczności nauki, jaką głosił przez lata posługi pasterskiej. Obyśmy nie zmarnowali tej nauki, oby ona nam samym pomogła świadomie i bez lęku wchodzić we własne misterium życia, którego zwieńczeniem jest śmierć jako spotkanie z Chrystusem, naszym Odkupicielem.

        Nieustannie trzeba nam zawierzać i przerastać własne ograniczenia, aby sam Bóg przeniósł nas ze świata, który przemija, do swojego królestwa życia.


    • iktoto Homilia 5 Pt WP 15.04.11, 17:50
      5. Piątek OW
      Dz 15,22–31;

      J 15,12–17

      Podczas Ostatniej Wieczerzy Pan Jezus przekazał swoim uczniom testament. W swoich mowach zawarł podsumowanie całej swojej nauki, która właściwie streszcza się w jednym nakazie: To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem (J 15,12). Istotą tej miłości jest to, że jest żywa i czynna. Stąd wezwanie Pana Jezusa przyjmuje formę przykazania. Warunkiem autentycznej miłości jest przestrzeganie tego przykazania. Gdyby ktoś miał wątpliwości, co znaczy kochać, Pan Jezus pokazuje, na czym to praktycznie polega. Kto tak nie miłuje jak On, ten nie ma w sobie miłości Boga. Aby jeszcze rozwiać wszelkie wątpliwości odnośnie do tego stwierdzenia, św. Jan w swoim 1. Liście napisał jednoznacznie:

      Jeśliby ktoś mówił: Miłuję Boga, a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi. Takie zaś mamy od Niego przykazanie, aby ten, kto miłuje Boga, miłował też i brata swego (1 J 4,20n; zob. też: 1 J 3,10.14; 4,8).

      W sposób jasny i niedwuznaczny widać, że Panu Jezusowi zależy na wzajemnej miłości, która nikogo nie eliminuje. Także pogan, których zgodnie z postanowieniem tak zwanego Soboru Jerozolimskiego opisanego w pierwszym czytaniu z Dziejów Apostolskich, nie zmuszono do obrzezania i przyjęcia wszystkich praw Starego Testamentu. Apostołowie zredukowali wymagania odnoszące się do pogan do czterech zaleceń prawnych, które przy tym mają wyraźnie charakter wskazania, a nie nakazu:

      Powstrzymajcie się od ofiar składanych bożkom, od krwi, od tego, co uduszone, i od nierządu. Dobrze uczynicie, jeżeli powstrzymacie się od tego (Dz 15,29).

      Jeżeli się im przyjrzymy, to dwóch z nich dzisiaj nie zachowujemy: nie powstrzymujemy się od krwi (jadamy np. kaszankę) i od tego, co uduszone (nikt na to nie zwraca uwagi, jak się zabija zwierzęta na mięso). Zatem te zewnętrzne zasady nie mają istotnego znaczenia, nie one rozstrzygają o prawdziwości wiary. Rozstrzyga ostatecznie miłość!

      Zgodnie z tym nakazem Pana św. Benedykt, pisząc Regułę, w swoim testamencie bardzo mocno zaleca miłość jako najważniejszą zasadę życia, wzywając do zaangażowania w nią całej swojej duchowej energii:

      Ta więc właśnie gorliwość niechaj wyróżnia mnichów w ich życiu żarliwej miłości tak, aby w okazywaniu czci jedni drugich wyprzedzali. Niech słabości swoje duchowe i cielesne znoszą cierpliwie. Niech prześcigają się nawzajem w posłuszeństwie. Niechaj nikt nie szuka tego, co uważa za pożyteczne dla siebie, lecz raczej tego, co dla drugiego. Niech darzą się wzajemnie czystą w intencji miłością braterską. Niech Boga boją się dlatego, że Go miłują. Opata swego niech kochają miłością szczerą i pokorną. Niech nic nigdy nie będzie dla nich ważniejsze od Chrystusa, który oby nas razem raczył doprowadzić do życia wiecznego” (RegBen 72,3–12).

      Może jeszcze wyraźniej nakaz miłości wzajemnej odnosi się do małżeństw. W nich wyraźniej widać konsekwencje utraty miłości. W naszym życiu zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i wspólnotowym musimy nieustannie wracać w sumieniu do refleksji nad tematem miłości wzajemnej. Inaczej możemy przegrać wszystko, bo przecież po to przyszedł Pan Jezus na ziemię i to nam zalecił jako najważniejsze. Bez miłości jesteśmy jak cymbał brzmiący, nic nie znaczymy, jesteśmy nikim. Tylko kochając, naprawdę przyniesiemy owoc i Bóg pozostawi nas, dając nam jeszcze obfitsze życie.


      • iktoto Re: Homilia 5 Pt WP 15.04.11, 17:51
        5. Piątek WP
        Jr 20,10–13

        J 10,31–42

        Słowa Pana Jezusa nie są łatwe. Żydzi nie przypadkiem chcieli Go ukamienować, mówiąc:

        Nie chcemy Cię kamienować za dobry czyn, ale za bluźnierstwo, za to, że Ty, będąc człowiekiem, uważasz siebie za Boga.

        Słowa Pana Jezusa i dzisiaj byłyby nie do przyjęcia dla pobożnych ludzi. Kto, będąc człowiekiem, może mówić tak, jak mówi Bóg! Dla nas dzisiaj słowa Pana Jezusa są oczywiste, bo patrząc na Niego, od razu widzimy w Nim Boga. Ale dla ówczesnych słuchaczy było zupełnie inaczej: On był dla nich po prostu Człowiekiem. Mógł być Kimś nadzwyczajnym, ale nie Bogiem! A On zdecydowanie domagał się dla siebie zawierzenia takiego, jakie powinien człowiek mieć w odniesieniu do Boga.

        Wczoraj czytaliśmy w Ewangelii:

        Teraz wiemy, że jesteś opętany. Abraham umarł i prorocy – a Ty mówisz: Jeśli kto zachowa moją naukę, ten śmierci nie zazna na wieki (J 8,52).

        Wymagania Pana Jezusa odnośnie do wiary w Niego były istotnie szalone w tym czasie. A On mimo tego je stawiał i nie ustępował! Jak człowiek mógł w ogóle je przyjąć? Otóż Pan Jezus dał nam wyraźne kryterium:

        Jeżeli nie dokonuję dzieł mojego Ojca, to Mi nie wierzcie. Jeżeli jednak dokonuję, to choćbyście Mnie nie wierzyli, wierzcie moim dziełom, abyście poznali i wiedzieli, że Ojciec jest we Mnie, a Ja w Ojcu (J 10,37n).

        Trzeba rozeznawać czyny. W Ewangelii Pan Jezus wiele razy powtarza: Po owocach poznacie. Właśnie Jego czyny są znakami, po których mamy poznawać Jego samego i źródło Jego czynów. Karol Wojtyła w książce pt.: „Osoba i czyn” pokazał powiązanie, jakie istnieje pomiędzy osobą, podmiotem działania, i jej czynem. Przez czyn odsłania się prawda o osobie.

        Choćbyście Mnie nie wierzyli... Żydzi mogli nie wierzyć Jego słowom! Tę samą prawdę wypowiedział Pan Jezus, gdy mówił o grzechu przeciwko Duchowi Świętemu:

        Jeśli ktoś powie słowo przeciw Synowi Człowieczemu, będzie mu odpuszczone, lecz jeśli powie przeciw Duchowi Świętemu, nie będzie mu odpuszczone ani w tym wieku, ani w przyszłym (Mt 12,32).

        Grzech przeciwko Duchowi Świętemu to zafałszowanie wewnętrznego świadectwa, jakie w sobie mamy, to odrzucenie wewnętrznej prawdy, którą możemy rozpoznać, widząc czyjeś czyny i ich owoce. Można powiedzieć, że: takim niedającym się przebaczyć grzechem jest odrzucenie sumienia i kierowanie się innymi względami, choćby pozornie najbardziej pobożnymi. Właśnie ze względu na takie pozory pobożności został odrzucony i skazany na śmierć Pan Jezus. Dlatego w naszym życiu duchowym najważniejszą sprawą jest nauka rozeznawania prawdy w sumieniu.


        • iktoto Homilia 5 Sob WP 15.04.11, 17:51
          5. Sobota WP
          Ez 37,21–28

          J 11,45–57



          Bóg potrafi pisać prosto na krzywych liniach ludzkiego życia. Odnosi się to nie tylko do jednostek, ale także do całej historii człowieka. Ewangelia przedstawia konflikt Bożego zamysłu i ludzkich kalkulacji. Po wskrzeszeniu Łazarza i po szczególnym poruszeniu z nim związanym niepokój wśród Żydów w kręgach arcykapłanów i sanhedrynu przybrał charakter poczucia zagrożenia.

          Cóż my robimy wobec tego, że ten człowiek czyni wiele znaków? Jeżeli Go tak pozostawimy, to wszyscy uwierzą w Niego, i przyjdą Rzymianie, i zniszczą nasze miejsce święte i nasz naród (J 11,47n).

          Ciekawe, że wobec wielu znaków Żydzi – chociaż się domagali jakiegoś szczególnego znaku (!) – nie pomyśleli, że Jezus może także dokonać cudu wyzwolenia Izraela. Dlaczego nie porozmawiali z Nim na ten temat? Przepytywali Go natomiast z poprawności interpretacji Prawa, chcieli Go pochwycić w słowie, co się im nie udawało. Nigdy jednak nie spytali o perspektywę wyzwolenia Izraela, nawet w formie pytania podchwytliwego albo takiego, jakie zadał Piłat. Właściwie z góry osądzili, że nie można Go rozpatrywać w kategoriach mesjasza, chociaż taka sugestia przychodziła od strony ludu! Poważne pytanie o to, czy jest mesjaszem, padło dopiero podczas procesu, kiedy właściwie już Go osądzono i szukano jedynie pretekstu do skazania. Inaczej było np. z Janem Chrzcicielem. Jemu postawiono pytanie, czy jest mesjaszem, a po otrzymaniu negatywnej odpowiedzi, zapytano, co sam o sobie mówi. Tak się nie zdarzyło w odniesieniu do Pana Jezusa. Właściwie od razu istniała wobec Niego negatywna ocena i problem polegał jedynie na tym, jak Go wyeliminować.

          Okazuje się, że gdy pojawia się prawda w swojej nagości, ludzie wewnętrznie zakłamani nie próbują nawet z nią dyskutować, ale kombinują, jak by ją ośmieszyć i wykluczyć. Prawdę o takim wewnętrznym pokręceniu wypowiada Księga Mądrości w 2. rozdziale. Jednocześnie odsłania ona ogromną słabość i wewnętrzną niewolę tych ludzi. Gdzieś na dnie ich serca odzywa się pragnienie, aby Sprawiedliwy jednak pokazał, że prawda zwycięża. Jednak lęk w nich samych jest tak wielki, że nie pozwala im pójść za tym wewnętrznym głosem. Siłą napędową tego lęku jest pragnienie uzyskania potwierdzenia swojej tożsamości i wartości wobec jakiejś grupy ludzi. Pan Jezus zarzucił to kiedyś wprost swoim oponentom: Jak możecie uwierzyć, skoro od siebie wzajemnie odbieracie chwałę, a nie szukacie chwały, która pochodzi od samego Boga? (J 5,44). Tak rozumiana społeczność stanowi „świat”, który jest przeciwieństwem królestwa Bożego.

          Gdzieś w głębi naszego serca rozstrzyga się, co dla nas będzie zasadniczym kryterium w życiu: czy będzie to lęk lub fascynacja światem, czy też spotkanie z prawdą we własnym wnętrzu, które otwiera nas na królestwo Boga. W ówczesnych przełożonych żydowskiej społeczności zwyciężał lęk, który doprowadził do decyzji o zabiciu Pana Jezusa. Konkretnym powodem była obawa o zniszczenie Jerozolimy i świątyni przez Rzymian, którzy mogliby wystąpić przeciw porwanym przez Jezusa tłumom pragnącym wyzwolenia:

          Wy nic nie rozumiecie i nie bierzecie tego pod uwagę, że lepiej jest dla was, gdy jeden człowiek umrze za lud, niż miałby zginąć cały naród (J 11,49n).

          Taka obawa w kontekście działalności Pana Jezusa była zupełnie bezpodstawna. Nie było w Jego nauce żadnego nawoływania do walki zbrojnej. Niemniej w przedziwny sposób ta sentencja arcykapłana, oparta na fałszywych przesłankach i na lęku o własne dobro, zawiera w sobie Boży plan zbawienia. „Lepiej, aby jeden zmarł, niż miałby zginąć cały naród” – okazuje się prawdą w odniesieniu nie tylko do samego Izraela, ale w zamyśle Bożym do całej ludzkości. Jezus przyszedł po to, aby za nas oddać swoje życie, byśmy zdobyli udział w jego życiu. Boży zamysł całkowicie przerasta ludzkie myśli i wyobrażenia. Pragnieniem Boga było zamieszkanie wśród swojego ludu, co głosili już prorocy Starego Testamentu. Sięgnijmy do dzisiejszego pierwszego czytania:

          Założę ich i rozmnożę, a mój przybytek pośród nich umieszczę na stałe. Mieszkanie moje będzie pośród nich, a Ja będę ich Bogiem, oni zaś będą moim ludem (Ez 37,26n).

          Można by pomyśleć, że proroctwo ukazuje wizję społeczności zorganizowanej na wzór dawnego królestwa Izraela ze wspaniałą świątynią w Jerozolimie. Do tego obrazu można by jeszcze dodać powszechną sprawiedliwość i życzliwość pomiędzy ludźmi. Jednak przez przyjście Syna Bożego na świat wizja otrzymuje zupełnie inny sens. Mieszkanie Boga wśród ludu nie jest Jego gościną u nich, ale żywą więzią pokrewieństwa i komunią. Jego udziałem w naszym życiu i naszym udziałem w Jego życiu! Perspektywa ta do dzisiaj całkowicie przyćmiewa wszystko i nie jest przez nas do końca rozumiana. Bóg stale przerasta nasze wyobrażenia.
    • iktoto Homilia Wielki Poniedziałek 18.04.11, 11:47
      Wielki Poniedziałek WP
      Iz 42,1–7

      J 12,1–11

      Czemu to nie sprzedano tego olejku za trzysta denarów i nie rozdano ich ubogim? (J 12,5).

      Ostatnie dni przed Paschą stopniowo odsłaniają zasadniczy dramat rozgrywający się w sercu człowieka. Jest on szczególnie aktualny dzisiaj. Pytanie Judasza przybiera bardzo humanitarny kształt: trzeba się troszczyć o ubogich, a nie trwonić niepotrzebnie pieniędzy na zbyteczne wydatki. Dzisiaj myślenie humanitarne jest bardzo modne. Troska o biednych i poszkodowanych jest dobrze widziana i dlatego też można stosunkowo łatwo zdobyć popularność, organizując jakieś akcje tego rodzaju. Myślę, że niektórzy korzystają z tego, by zbijać kapitał społecznego zaufania. Ale podobnie jak wówczas, tak i dzisiaj ubogich nie brakuje i cała pomoc jest jedynie kroplą w morzu potrzeb. Zresztą sama pomoc charytatywna nie załatwi sprawy. Jest ona konieczna dla zaspokojenia doraźnych potrzeb, ale nie rozwiązuje problemu.

      Na czym polega zasadniczy dramat człowieka? Gdyby to ująć w jednym zdaniu, to można by powiedzieć: na sposobie patrzenia. Wydaje się, że wspaniale ujął to Dostojewski w opowiadaniu o Wielkim Inkwizytorze. Inkwizytor doskonale wiedział, że rozmawia z Jezusem, który przyszedł ponownie na świat, ale tak jak kiedyś arcykapłani, tak teraz on usuwa Go z życia społecznego, bo dowodzi, że w istocie Jezus nie rozumie prawdziwych potrzeb ludzi i swoją metodą pokory i uległości niczego nie uleczy. Wielki Inkwizytor wie lepiej niż Jezus, co trzeba zrobić, by skutecznie pomóc ludziom, jest on realistą, Jezus zaś jedynie naiwnym idealistą. Wydaje się, że taki Wielki Inkwizytor tkwi w każdym z nas i to bardzo głęboko. Może najbardziej szczerze ujawnia się to w pytaniu o zło: jak Bóg może dopuszczać do tak wielkiego zła na świecie?!

      Wydaje się nam, że trzeba przede wszystkim usunąć wszelkie zło i niesprawiedliwość, wówczas świat będzie lepszy, a ludzie szczęśliwsi. Wydaje się nam, że wiemy, co należy zrobić, aby było dobrze. Cały problem polega na tym, że inni nam nie pozwalają tego zrobić. Widać to najwyraźniej w dziedzinie polityki. Ileż było i stale na nowo powstaje różnych pomysłów na uzdrowienie sytuacji społecznej, a spra­wie­dli­woś­ci jak nie było, tak nie ma. Rozbieżności ciągle narastają. Niemniej stale myślimy: „Och, gdybym tak miał władzę absolutną, to bym zrobił wreszcie porządek na świecie!”.

      A oto Ten, który ma władzę absolutną, postępuje zupełnie inaczej: całkowicie z niej rezygnuje! Tę paradoksalną postawę zapowiada Izajasz:

      On przyniesie narodom Prawo. Nie będzie wołał ni podnosił głosu, nie da słyszeć krzyku swego na dworze. Nie złamie trzciny nadłamanej, nie zagasi knotka o nikłym płomyku (Iz 42,1–3).

      Taką postawę prezentuje Pan Jezus. I ona była przyczyną załamania się wszystkich uczniów. Najlepiej to widać na przykładzie św. Piotra. Podczas Ostatniej Wieczerzy zaklinał się, że jest gotów pójść za swoim Mistrzem nawet na śmierć. I w Ogrójcu rzeczywiście wyciągnął miecz i z odwagą uderzył na napastników, których było więcej niż towarzyszy Jezusa. Odwaga opuściła go zupełnie w momencie, gdy Jezus kazał mu schować miecz i dobrowolnie się oddał w ręce oprawców. To był dla św. Piotra szok, który spowodował, że się całkowicie załamał. Podobnie inni. W podobny sposób można także spojrzeć na postać Judasza. Co prawda św. Jan pisze o nim, że był złodziejem i wykradał pieniądze, ale nie wiemy, czy była to sprawiedliwa ocena. Motyw pieniędzy był za płytki w takiej sytuacji. Prawdopodobnie Judasz wierzył, podobnie jak Piotr, że Jezus jest Mesjaszem i że On przyniesie wyzwolenie Izraela. Denerwowała go opieszałość Jezusa i dlatego postanowił Go postawić wobec ostatecznej próby: zmusić do podjęcia wreszcie działania i wyzwolenia Izraela – przez wydanie Jezusa w ręce wrogów. I tutaj znowu całkowite załamanie: Jezus nie walczył. Poddał się brutalnej sile. Ale przecież mógł ich wszystkich zniszczyć jednym swoim słowem! Dlaczego nie walczył, nie zniszczył tych „synów Szatana”?

      I Piotr, i Judasz się załamali. Piotr zaparł się swojej więzi z Mistrzem, Judasz zdradził i ostatecznie w rozpaczy się powiesił. Zauważmy, że i arcykapłani także „wiedzieli lepiej”, co należało zrobić. Najwyższy Arcykapłan stwierdził: lepiej jest dla was, gdy jeden człowiek umrze za lud, niż miałby zginąć cały naród (J 11,50). I tak zamysły wszystkich, zarówno uczniów, jak i arcykapłanów, rozbiły się o krzyż Jezusa. Święty Paweł powie później, że dla Żydów krzyż był zgorszeniem, skandalem. Pokazało się, że nikt niczego nie rozumiał, nie byli sobie w stanie wyobrazić Boga w jego autentycznym działaniu. Nawet znajomość słów Izajasza w niczym im nie pomogła. Ale nie chodzi o to, byśmy dzisiaj oskarżali tamtych ludzi. To samo dotyczy nas samych. Mimo upływu 2000 lat od śmierci Jezusa na krzyżu i mimo Jego zmartwychwstania ciągle wydaje się nam, że aby coś zmienić, trzeba siłą działać wobec siły, trzeba jakiejś akcji, działania propagandowego, nagłośnienia...

      Zobaczmy, co dalej pisze Izajasz:

      On niezachwianie przyniesie Prawo. Nie zniechęci się ani nie załamie, aż utrwali Prawo na ziemi, a Jego pouczenia wyczekują wyspy (…wink Ja, Pan, powołałem Cię słusznie, ująłem Cię za rękę i ukształtowałem, ustanowiłem Cię przymierzem dla ludzi (Iz 42,3n.6n).

      Sługa Jahwe, jak go nazywamy w biblijnej tradycji, przyniesie Prawo, czyli prawdę. Ale tej prawdy nie wprowadzi przez kampanię reklamową ani przy pomocy siły argumentacji, a tym bardziej przy pomocy siły militarnej, którą ubiera się w ideologię, ale dokona się to przez wytrwałość i pouczenie, przez wytrwałość w świadczeniu o prawdzie. Dokona się to dzięki ukształtowanemu przez Boga sercu Jego Sługi. Jest on kimś, kto się daje kształtować przez Boga. Tutaj, wydaje się, dotykamy zasadniczej tajemnicy naszego serca, tajemnicy sumienia – Bożego głosu rozbrzmiewającego w naszym wnętrzu. Od nas zależy, czy za nim pójdziemy, czy go zignorujemy.

      Izajasz mówił wyraźnie o utrwaleniu Prawa, czyli o solidnej budowie, która obejmie cały świat. Dokona się przez obudzenie sumienia. „Realistom” ta myśl wydaje się zupełną naiwnością świadczącą o niezrozumieniu człowieka. Podobnie myślał Wielki Inkwizytor, ale właśnie taki jest zamysł Boży i tak Bóg ten zamysł realizuje przez Jezusa Chrystusa i przez tych, którzy za nim idą. W tym wszystkim przedziwna jest wiara Boga w człowieka i zwycięstwo jego sumienia!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka